Tytuł oryginału Stare povesti ceske Koncepcja graficzna Andrzej Czeczot i Stanisław Kluska Opracowanie graficzne Stanisław Kluska @ Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo ..Śląsk.. Katowice 1989 Niniejsze wydanie zostało oparte na edycji Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1955 r. ISBN 83-216-0754-3 Alojzy Jirasek: pisarz historyczny jako nauczyciel i przewodnik po historii narodu 1 "Stare podania czeskie" są książką, która należy do dziedzictwa literackiego dziewiętnastego wieku i wyraża ideały poznawcze oraz edukacyjne właściwe odrodzeńczej fazie rozwoju czeskiego piśmiennictwa. W swoim czasie odegrała ważną rolę w dziejach ludowego czytelnictwa w Czechach, a dzisiaj jest jedną z ciągle wznawianych i bezustannie potrzebnych książek dla młodzieży. Wybitny prozaik, autor cenionych i popularnych powieści historycznych oraz bardzo wziętych utworów o tematyce współczesnej, napisał ją w 1894 roku i adresował do szerokich rzesz czytelniczych w swojej ojczyźnie, pragnąc im przybliżyć starodawne czeskie dzieje oraz przypomnieć o zapomnianych czasach dawnej świetności. Najzupełniej świadomie wykorzystywał historię narodową do realizacji zadań edukacyjnych i politycznych. Był jednym z ostatnich wielkich pisarzy czeskich, którzy literaturę traktowali jako sposób uczestniczenia w walce o narodowe odrodzenie Czechów i uformowanie w społeczeństwie świadomości czeskiej odrębności narodowej. Przypomnienie i utrwalenie wiedzy o przeszłości uważał za główny obowiązek literatury i jako autor pojmował ją utylitarnie, kodując w swych tekstach wyraziste i łatwo czytelne przesłanie patriotyczne. Wyrażało się ono przeświadczeniem, iż naród posiadający starodawną i wielką historię oraz określający swą odrębność poprzez język i umiłowanie wolności ma prawo i powinien istnieć według własnych regulacji swojego losu i swych przeświadczeń o przeszłości. 2 W czasach, kiedy nauczyciel historii w Litomyślu, a potem w Pradze, przystępował do spożytkowania swej bogatej wiedzy historycznej w literackim opracowaniu starych podań czeskich, sytuacja 5 w Czechach była dla jego narodu wysoce niekorzystna. Wybitny krytyk literacki i artystyczny antagonista Jiraska, Frantiśek X. Śalda pisał o niej następująco: "Był to dziwny czas, ten koniec lat osiemdziesiątych i ten początek lat dziewięćdziesiątych. Mroczny, wyschnięty, rozpaczliwy, bliski samobójstwu co do słowa i litery". W 1866 roku Hubert Gordon Schauer, czeski krytyk i estetyk, ogłosił artykuł "Nase dve otazky", w którym dał wyraz niewiary w możliwości ruchu narodowo-odrodzeńczego i postawił dwa generalne pytania o sens społecznego celu życia narodu oraz o możliwość znalezienia wystarczających sił, aby wytworzyć przewodnią siłę dla jego egzystencji. Schauer - wyrażając sceptycyzm generacji zmęczonej politycznymi walkami oraz zaniepokojonej dualistycznymi rozwiązaniami w obrębie monarchii przynoszącymi korzyści Węgrom, a straty Czechom, zniechęcony do skompromitowanej polityki staroczechów - pisał w.prost o swych wątpliwościach, co do szans realizacji programu niepodległościowego. Jego pytanie brzmiało dramatycznie i wyrażało krańcowe zwątpienie: czy nie lepiej byłoby, miast trawić siły na spełnienie dzieła narodowego odrodzenia, wejść w sposób świadomy w większą zbiorowość narodową, jaką stanowili w cesarstwie Niemcy. 3 Pytanie Schauera było rozpaczliwym wyzwaniem intelektualisty zmęczonego życiem wypełnionym daremnymi nadziejami, w jakie obfitowała nie tylko jego biografia, ale również ezgystencja wielu świadomych działaczy czeskich, którzy w okresie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych nie zdobywali w polityce niczego, co by mogło krzepić ich nadzieje i oczekiwania. Przegrywali czescy politycy w daremnym oporze i nie uczestnicząc w życiu politycznym, monarchii, coraz bardziej izolowali siebie i ziemie czeskie. U goda niemiecko-czeska nie została zawarta w czasie wieloletnich rządów premiera Taaffego, nie doprowadzono do autonomii ziem królestwa czeskiego w ramach wewnątrzaustriackiej umowy na wzór węgierski, Wiedeń coraz bardziej zbliżał się do cesarstwa niemieckiego, rósł nacjonalizm niemiecki, potęgowały się kolizje polityczno-wyborcze pomiędzy Niemcami i Czechami w okręgach północnoczeskich. Los czeskiej przyszłości wydawał się niejasny i powodował znaczne obniżenie nastrojów patriotycznych. Alojzy Jirasek, wtedy już znany i bardzo popularny autor powieści historycznych z dziejów czeskich, pisał swe "Stare podania czeskie", aby krzepić i ratować zastępy ludowych czytelników przed germanizacją 6 i przywiązać je do czeskiej historii. Absolwent uniwersytetu praskiego i wierny uczeń wielkiego czeskiego historyka i polityka, Frantiśka Palackiego, dysponował nie tylko olbrzymią wiedzą i znakomitymi umiejętnościami pisarskimi, głęboko również wierzył, iż narodowość to nie tylko państwo i ustawy tworzone przez zbiorowość ludzi wolnych, ale również prawa historyczne, język, poczucie wielkości, które może być uzasadnieniem żądania wolności dla narodu, który swą niepodległość utracił. . 4 Alojzy Jirasek należał do kolejnej generacji Czechów, którzy .' usłyszeli rewolucyjne wołanie o wolność ludów i prawo do ich politycznej suwerenności i realizacji tego ideału poświęcili całe swoje życie. Niejasne możliwości polityczne w wielonarodowej monarchii habsburskiej spychało jego pokolenie i jego poprzedników w poszukiwanie uzasadnień dla wolnościowych postulatów w przeszłości. To były właśnie te czasy, o których pisał polski badacz (Andrzej Zieliński), kiedy uzasadnień istnienia narodu poszukiwano w przeszłości, często nawet bardzo odległej. "Cofanie się w przeszłość do mniej lub bardziej niejasnych i niepewnych początków ludu, mocno subiektywne interpretowanie dziejów, sięganie do pomocy filologii i archeologii, nierzadko budzące przedawnione spory, odgrzebujące prawa mniej lub więcej urojone, lekceważące dzieło czasu oto zasadnicze przejawy działania idei narodowości jako wyrazu nasilają. uświadomienia narodowego i dążności niepodległościowych." cego Się Jirasek był wiernym uczniem swojej epoki. Za mistrzem, Frantiśkiem Polackim, przyjmował za wyznanie wiary głębokie przeświadczenie, iż naród czeski jest powołany do stworzenia społeczeństwa demokratycznego i wolnego. Czeskie pocZucie demokratyzmu objawiło się najpełniej w ruchu husyckim, który został zdławiony przez niemiecki feudalizm, reprezentujący pierwiastek autorytetu, gdy żywioł czeski uosabiał w nauce Husa rozumowe dowodzenie prawa do wolnego i demokratycznego życia. Po raz wtóry feudalna Europa ciężko doświadczyła czeskie pragnienie wolności, dławiąc w przymusowych działaniach rekatolizacyjnych naturalną formę istnienia Czechów oraz ich wolę zbudowania rozumnego i wolnego państwa. Naród czeski może się ostać i odrodzić tylko i jedynie. poprzez upowszechnienie wzorców kulturowych, które tkwią w husyckiej i protestanckiej przeszłości, poprzez uświadomienie sobie wielkości i żywotności przekazów moralnego życia i postępowania, poprzez odrzucenie wszelkich fałszów i dwuznaczności istnienia, niegodnych prawdzi- 7 wego Czecha. Oczywiście, dowieść stnienia czeskiej duchowej jedności nie sposób i nie sposób też skłaniać kogokolwiek, aby w nią uwierzył, ale przecież można ją zobaczyć w zwierciadle przeszłości. I dlatego trzeba było spisać i przypomnieć na powszechny użytek wszystko. co mówiło o wielkości i szlachetności czeskiej historii, która - jak wierzył Alojzy Jirasek za swym mistrzem Palackim - realizowała się poprzez pracę i walkę ludu i lud też jest miernikiem dawnych i przyszłościowych możliwości Czechów. 5. Można powiedzieć za Józefem Chałasińskim. iż Alojzy Jirasek należał do wielkiej grupy twórców, którzy uprawiają "rzemiosło wytwarzania wyobrażeń, idei. pojęć, mitów o człowieku '1 społeczeństwie, słowem tych treści kultury, bez których nie byłoby idei całości społeczeństwa czy narodu". Jego pojmowanie historii nie było już sentymentalne i liryczne, jak u jego poprzedników spośród walterscottowskich pisarzy historycznych - Klicpery, Tylla czy Trebizskiego. On tworzył już ideołogiczne wiązania w czeskiej świadomości narodowej; opowiadał się przeciwko nadwładzy Austrii i za Polackim przypominał, iż Czesi byli już przed Habsburgami, co mogło stanowić dobrą podstawę do wróżby, iż będą też po nich. Przypominał ich świetność, sławne ciyny urodzonych, ale i prostych ludzi, kto ' rych zasługi starał się równouprawnić. a właściwie tak przedstawić, aby widoczne stało się jego przekonanie, iż siły i geniusz narodu kryje się w możliwościach jego ludu, w dzielności i wytrwałości prostego człowieka. I choć nałeżał do pokolenia przesyconego duchenm pozytywisty .. cznego racjonalizmu z wielką intuicją opracowuje stare czeskie mity i podania nie zubożając ich warstwy. irracjonałnej. Jak w "starych tekstach pełno tu proroctw i spełnień, ingerencji sił nadprzyrodzonych, znaków tajemnych, magicznych korektur w postęPowaniu ludzi, wierzeń chrześcijańskich. Pogańska i feudalna, szlachecka i ludowa. odświętnie wielka i zwyczajna przeszłość Czech odsłaniana jest na podstawie starych czeskich kronik średniowiecznych i późniejszych zapisów w taki jednak sposób. aby na plan pierwszy wywieść prymat łudowego żywiołu, jego plebejską z .ywotność i niewzruszoną siłę trwania na przekór wszystkim przeciwieństwom losu. 6 "Stare podania czeskie" były w momencie swego powstania nowością i zyskały od razu wielką popularność. Nie były to już nudne dydaktyczne opowieści, jakie pisał przed nim J.K.Hraś czy B.M.Kulda, nie były to również opowieści historyka-pedanta, jak na przykład A.Sedlaćka, ani nie były to łzawe i patetyczne opowieści Trebizskiego. Jirasek gwarantował pełną naukowość narracji, na krytykę zawsze odpowiadał coraz lepszym faktograficznym przygotowaniem swych tekstów, ale jednocześnie opowiadał z właściwą sobie serdeczną rozlewnością, w sposób wyjątkowo prosty i nieskomplikowany, ajednocześnie umacniający u czytelnika przeświadczenie, iż opowiada się jakby specjalnie dla niego, jakby zwierzając się mu ze spraw, których jeszcze nie znał, ale koniecznie powinien poznać i usłyszeć. Ludowy czytelnik odnajdywał w podaniach bohateróW ze swego świata, ludzi dobrych i silnych, prawych i sprawiedliwych oraz znajdował tam krzepiące potwierdzenie sensu swej codziennej pracy. właśnie ona stanowi o czeskiej sile trwania i o czeskiej niezniszczalności. Czytelnik spotykał w podaniach ludzi pracowitych, dzielnych i humanitarnych i w oparciu o te wzory formował swe przeświadczenia o czeskim narodowym charakterze oraz o wartości pracy jako sposobu utrzymania niezależności i wybicia si,ę na niepodległość. Gdyby bowiem pracowici i sprawiedliwi ginąć mieli, gdzieżby była boża sprawiedliwość i czy świat w ogóle miałby jakikolwiek sens. 7 Alojzy Jirasek chciał poprzez swoje książki budować zaufanie do historii pojmowanej jako prostą i codzienną obecność człowieka we wszystkich zadaniach, jakie stawia przed nim świat. Uczył zaufania do dziejów czeskich i starał się optymistycznie ukazać ich głęboki sens oraz tkwiącą w nich nadzieję na urzeczywistnienie czeskiego snu o wolności. Łączył swą ideowo-wychowawczą koncepcję z wysokimi umiejętnościami pisarskimi. W wielkich cyklach prozaicznych ("Bractwo, "Skały", "Mroki" i "Skalakowie" i w innych powieściach) ukazał dziej .e narodu czeskiego w jego zwycięstwach i kłęskach, a w prozie współczesnej jego losy dziewiętnastowieczne ("Uroki świata", "A.J.F.L. Vek" i inne). Był jednym z najbardziej popułarnych pisarzy czeskich w okresie powojennym w Połsce i dobrze, iż znowu wracamy do jego dzieła, aby uczyć się z niego historii sąsiedzkiego narodu. Witold Nawrocki Z PRADAWNYCH BAŚNI Rozmyślałem dni starodawne i roki wieczne miałem na pamięci... Psalm 76 Przyjdźcie i posłuchajcie dawnych opowieści. Posłuchajcie, jak nasz praojciec i przodkowie przywędrowali do naszej ziemi i osiedli nad Łabą, Weltawą i innymi rzekami tej . krainy. Posłuchajcie, co dochowało się z mroku dawnych wieków, co zostało ze starych baśni minionych pokoleń, w cieniu starych gajów kłaniających się bogom, składających ofiary źródelkom ukrytym w cichych dolinach, jeziorom, rzekom i świętemu żywemu ogniowi. Wspomnijcie dzieje owych pierwszych lat i posłuchajcie, jak wyglądała nasza ojczyzna, nim zamicszkało w niej nasze plemię. Nie bylo grodów, a nieliczne sioła rozrzucone z rzadka i tam tylko, gdzie ostaly się nikle resztki dawniejszych mieszkańców, innym mówiących językiem.. Cała niemal ziemia odpoczywała nie tknięta radłem. Wszędzie bylo pusto i dziko: na wzgórzach, równiach, w dolinach. Ogromne dziewicze puszcze czerniały na górach granicznych sze.rokimi pasmami spływając po zboczach daleko w głąb kra.ju i przechodząc w nieprzebyte stare, ciemne bory, pośród których jaśniały świeżą zielenią polany, porosłe wysoką, bujną trawą. W lasach i w odkrytym połu było wiele trzęsawisk i zdradliwych mokradeł rozbrzmiewających krzykiem wodnego ptactwa, wiele cichych, czarnych, tajemniczych jeziorek; odbijały się w nich stare drzewa o grubych pniach, porosłych siwym. brodatym mchem. Rzadko zabłądził tu człowiek. Za to zwierza nie brakło. Nie goniony, nie tępiony, mnożył się tak, że ledwie dlań miejsca starczało. w mrocznej kniei niedźwiedź szukał w dziuplach miodnych plastrów dzikie pszczoły roiły się w koronach drzew. Dzik rył pulchną leśną' glebę, a przez gęste, splątane podszycie przedzieraly się lisy i żbiki. Na galęzi czaił się zwinny ryś przenikając bystrym okiem pólmrok boru. w którym rozbrzmiewał daleki ryk ogromnego żubra, dążącego do brodu lub źródła. Bez lęku przemykał jeleń, a za nim stado łani. na polanach pasły się sarny; lecz także mnóstwo wilków skradało się za łupem w lesie i po całej krainie. 12 Wysoko. w słonecznych przestworzach, nad wierzchołkami drzew, płynął król wszelakiego ptactwa - orzeł skalny i jego krewniacy. W skałach i lasach gnieździły się stada drapieżników, jastrzębi, sokołów, rarogów, krogulców i wiele odmian pomniejszych drapieżców, sów i puchaczy. Potoki, rzeki i jeziora pełne były ryb; wydra mieszkająca w cieniu starych olch i wierzb, zarośniętych dzikim chmielem, miała obfite łowy, bobry zaś , nie płoszone przez .nikogo, spokojnie budowaały swe kunsztowne domki. Szum wiatru i poruszanych nim galęzi zlewał się ze szmerem potoków i hukiem rzek, których piaszczyste brzegi lśniły w słońcu ziarenkami szczerego złta. Głębia ziemi byla jeszcze zamknięta. nikt .się w nią dotąd nie wdarł w poszukiwaniu drogich rud i cennych kruszców. Cała kraina tchnęła bujnością i bogactwem. Ziemia, urodza.jna i płodna, czekalaa tylko na pracowity lud, który mó głby uażywać jej hojnych darów. I przyszedl ów lud, i ziemię nietkniętą uaprawił; uszlachetnił.ją ciężkim, znojnym trudem i uświęcił potem swoim i krwią, którą wylewał w licznych bojach, broniąc kraju zdobytego własnymi rękoma i swojej mowy ojczystej. Z dalckiej praojczyzny slowiańskicj przybył tu lud ten, nasi przodkowie, ze swym wodzem Czechem. O nich tedy zaczniemy opowieść. 0 Czechu I Po tamtej stronie Tatr, na nadwiślańskich równinach, od niepamiętnych lat rozciągała się ziemia chorwacka. część pierwotnej ogromnej ojczyzny Słowian. Zamieszkiwały ją liczne plemiona, bliskie sobie językiem, zwyczajami i sposobem życia. I stało się, że rozgorzały wśród nich zwady i krwawe boje o dziedziny j miedze. Powstały rody przeciwko rodom. krewni walczyli z krewnymi zabijaiąc się wzajemnie, w onczas dwaj bracia możnego rodu, Czech i Lech. wodzowie dwóch plemion, postanowili opuścić nieszczęsną ziemię rodzinną. - Poszukamy nowych siedzib - rzekli - gdzie szczep nasz będzie żył i pracował spokojnie. - Albowiem już wzorem przodków zwykli byli pilnie uprawiać swą rolę, siać wszelakie rodzaje zbóż, hodować stada koni, bydła i owiec. I uczynili. jako rzekli. Zwoławszy swe plemiona złożyli bogom ofiary, wynieśli bożki domowe i pożegnawszy ziemię ojczystą wyruszyli na zachód słońca. Szedł ród za rodem, każdy z licznych rodzin złożony, sami przyjaciele i krewni. Na czele podążały czaty i zbrojni. za nimi wojewoda i Czech. siwobrody, lecz silny, dzielny, przy nim brat Lech. wokoło zaś władycy, starostowie rodów, wszyscy konno. Z tyłu ciągnęli starcy. niewiasty i dzieci. Na wozach lub wierzchem. potem stada bydła, a na końcu znów hufiec zbrojnych. Szli najpierw przez ziemie pokrewnych im plemion, minęli chorwackie granice. przeszli w bród Odrę i wkroczyli w nieznane górzyste krainy. Idąc dalej wzdłuż rzeki Łaby znaleźli jeszcze osady. których mieszkańcy podobn- Ym do nich mówili językiem. Wyrazu wojewoda użvwamv tu w jego zachowanym w języku czeskim znaczenlu: "wiodący wojów", czyli wódz, naczelnik. 14 Lecz przeprawiwszy się przez ową rzekę zagłębili Się w kraj pusty, pozbawiony. niemal ludzkich siedzib Gdzieniegdzie tylko napotykali z rzadka rozsiane osady, zamieszkałe przez ludzi obcej mowy, odzianych w skóry, nielicznych, lecz śmiałych i walecznych, którzy z bronią w ręku zachodzili im drogę. Czech i Lech ze swymi wojami wycięli ich w pień, a zniszczywszy nędzne lepianki i nory, co ludziom tym służyły za mieszkanie, szli dalej, z lasu w las. Niełatwa była droga pośród gęstych puszcz, trudny pochód przez łąki i bagna, zarosłe trzciną, turzycą, kępami mchu i krzów różnorakich. Pod wieczór wędrowcy rozpalili ogniska, podsycając płomień do rana, by blask jego rozjaśnił mroki lasu i płoszył podstępnych dzikich drapieżców. Tak doszli do trzeciej wielkiej rzeki, Wełtawy, co przecina kraj pusty zupełnie dziki; gdy i tę przebrnęli szczęśliwie, czeładź jęła sarkać, że nie ma końca wędrówce, że czas na załoz . enie stałych siedzib. . Wtedy wojewoda Czech wskazał górę wysoką, błękitniejącą w dali nad szeroką równiną, i rzekł: - Podejdziemy pod tę górę, tam damy odpocznienie dzieci .om i dobytkowi. Uczynili więc tak i rozłożyli się u podnóża góry, która zowie się Rzip. Wojewodowie i starsi rodów , obejrzawszy ziemię wokoło, poznali jej urodzajność. Rano zaś, o pierwszej zorzy, wstał Czech i ruszył sam jeden przez cały cichy las, pełen .jeszcze nocnego cienia. na szczyt góry. Gdy dotarł nań, był już ranek; szeroki kraj roztaczał się oto przed nim w nieprzejrzaną dal aż ku sinym górom; rozległa równina, las, zarośla, niwy i łąki. Wśród bujnej zieleni lśniły niby rozlane srebro wstęgi rzek. Uradował się praojciec Czech na widok pięknej krainy i zadumiał się nad nią głęboko. . "Co też nam tu bogowie gotują, jak darzyć się tu będzie memu rodowi i przyszłym pokoleniom?" Zstąpiwszy .z góry, opowiedział, co ujizał. Nazajutrz rozeszli się po lasach okolicznych, by poznać ową krainę. Wszystko im się podobało: i wody ryb pełne, i ziemia szczodra; uznali przeto, że dobrze tu będzie mieszkać. A gdy dnia trzeciego słońce wzeszło nad lasami, zawołał Czech brata i starszych i kazał im zgromadzić wszystką czeladź: I wstąpiwszy z nimi na wzniesienie, skąd kraj rozciągał się jak długi i szeroki, w takie przemówił słowa: - Poniechajcie skarg, znaleźliśmy bowiem ziemię, na której pozostaniemy i założymy swe siedziby. Spójrzcie, oto kraj, któregoście szukali. 15 Wielokroć mówiłem wam o nim i przyrzekłem doń zaprowadzić. Oto ziemia obiecana, pełna ptactwa i zwierza, miodem i mlekiem płynąca. Wszystkiego będziem tu mieli w bród, a góry bronić nas będą przed nieprzyjacioły. Oto ziemia według woli waszej! Tylko imienia nie ma jeszcze rozważcie, jakie nadać jej miano. - Twoje! Twoim imieniem niechże się nazywa! - zawołał, jakby przez bogów natchniony, starzec z długą brodą, najsędziwszy spośród. starostów. Inni starOstowie i czeladź powtórzyli wnet za nim: , , . . - Twoim, twoim imieniem! Po tobie niech nosi imię! Uradował się wojewoda Czech usłyszawszy głos ludu swego, padł na kolana i ucałował ziemię, nową ojczyznę swego plemienia. Powstawszy wyciągnął ręce nad rozległą krainą i wzruszony. błogosławił ją wołając: , - Witaj, ziemio święta. ziemio obiecana! Zachowaj nas w zdrowiu, zachowaj bez szkody i rozmnażaj z pokolenia w pokolenie po wieki wieków! Z radością w sercu ustawił na ziemi zabrane z dawnej ojczyzny bożki domowe odziane w białe szaty i rozniecił wielki ogień. I złożyli dziękczynną ofiarę całopalną, błagając bogów o błogosławieństwo i radowali się społem. II Ludzie jęli się ciężkiej, znojnej pracy. Podzieliwszy ziemię poczęli ją uprawiać. Gdzie był las, rąbali go lub wypalaali ogniem, karczowali pnie, przekopywali niwy i ugory. następnego zaś lata orali radłem. Wnet zaczęli też stawiać zagrody, chaty ciosane, słomą kryte. Każdy ród żył osobno na swojej ziemi. Ogrody, pola i łąki były dziedziną, czyli wspólną własnością jednego rodu, lasy zaś, pastwiska, rzeki i jeziora - należały do całego plemienia. Co wieś to ród. Budynki mieszkalne, chlewy, stajnie, szopy i stodoły stawiano w ogrodzeniach z wikliny lub z grubo ciosanych belek, otaczając kręgiem plac pośrodku wsi. Co roku przybywało pól wokół osad. co roku żniwa były obfitsze. Szeroko falowały niezmierzone łany żyta, jęczmienia, owsa i prosa, odbijały się od nich pasy wiotkiego lnu i wysokich konopi jasną zielenią, obok różnobarwnych zagonów maku. Łąki i lipowe gaje rozbrzmiewaly śpiewem pszczół, dziko gnieżdżących się w leśnych barciach lub hodowanych w słomianych ulach i w pniach starych drzew. Co roku przybywało bydła i owiec; na ogrodzonych pastwiskach harcowały dorodne źrebięta i pasły się rosłe klacze. Wybrany starosta sprawował rządy w rodzie i roztaczał pieczę nad wspólnym mieniem. W imieniu rodu zaczynał i kończył modły, składał ofiary, witał gości, godził powaśnionych i rozdzielał pracę czeladzi. Każdy miał swoje zadanie, każdy swoją siedzibę. Niewiasty krzątały się koło gospodarstwa, przędły, tkały płótna i sukno, szyły przyodziewek: giezła, koszule i kaftany, suknie męskie i niewieście, nogawice, płaszcze, futra i kożuchy. MężczyZni pasali stada, bronili ich przed drapieżcami, pracowali w polu, wyprawiali się do puszczy na łowy z psami, ubijając dzikiego żwierza z zasadzki za pomocą łuków, oszczepów, sideł i dołów, w które wabili najczęściej wilki, najsrożej dające się we znaki stadom. Radość i ochota panowały w siołach i na polach. Z pastwisk dobiegał dźwięk piszczałki lub trąbity, na łąkach, polach i w sadach mile brzmiały pieśni młodej czeladzi. Tylko w południe nikt nie ośmielał się śpiewać i 1 cisza zalegała głęboka. Wówczas bowiem pojawiały się południce i sunęły w białych szatach, niczym jasny cień wśrÓd łanów, ku ludzkim osiedlom, na zgubę nie strzeżonym dzieciom; ukazywały się też dziwożony, straszne, kosookie baby o wielkich głowach, zsyłające na ludzi płacz dziki, i piękne leśne boginki o złotych włosach, w wieńcu na głowie, odziane w białe giezła. Ludzie bali się także jędzonek sprowadzających sen, czarownic wyłupiających oczy i błędnych duszyczek, które unosiły się nad błotami i mokradłami w postaci niebieskich płomyków. Z trwogą omijali jeziora i leśne strugi, gdzie w cieniu starych drzew i w gąszczu krzewÓw czyhał wodnik przybierając coraz to inną postać, gdzie wabiły w mroczną toń blade wiły w zielonkawych szatkach. Ale najbardziej lękali się gromowładcy Peruna i jego posła - błyskawicy, i wszelakich złych biesów, co osłabiały ciało ludzkie i kości, a rozum mąciły. Ich to błagali o litość, im znosili dary nad zdroje: czarne kokosze i gołębie, im poświęcali ofiary, szczególną czcią darzyli boga Welesa, by chronił stada od zarazy i błogosławił im: w zagrodach było bezpieczniej. Domów mieszkalnych strzegły duchy przodków, ktÓrych wizerunki stały na poświęconym miejscu przy palenisku. Nawet psotny przynosił chochlik, maleńki bożek o długich pazurkach u rąk i nog, szczęście domostwu, zaś skrzat domowy pilnował bydła i karmiłje; tylko w nocy psocił, spać nie dając czeladzi. A dopÓki pod piecem lub progiem leżał wąż domowy - opiekun chaty - nle opuszczało jej szczęście i błogosła wieństwo. Gdy jesienią zaczynaly opadać liście z drzew, a gęste mgly kładły się na równinie, gdy ziemia tężala i śnieg przysypal wszystko dokoła. zbierały się rodziny w obszernych izbach o belkowanych pulapach i zamkniętych okiennicach. 17 Wielki kamienny piec ogrzewal wnętrze, a o , gien na palenisku rozświetlal je. Czerwony blask pełgal po ścianach. gdzi e wisiały tarcze obciągnięte ciemną skórą, sidła, łuki. drewniane kołczany pokryte sko ' rą borsuczą. krótki miecz, mocny oszczep i ciężki mlot z kamienia, a rogi je1eni i żubrów rzucały dziwaczne cienie. W tym migotliwym świetle kobiety przędły, mężczyźni naprawiali narzędzia, sporządali broń lub odpoczywali utrudzeni po łowach; Ileż tam snuło się gawęd, ile rozbrzmiewało dawnych pieśni! Myśliwi opowiadali o swych zmaganiach z niedźwiedziem czy żubrem i o dzikich. obrośniętych gęstym wlosem mężach, co sami niewidzialni, wciągają ludzi przez sploty zwodnych korzeni w leśne ostępy i moczary, skąd - bywalo - nie wracał często najdzielniejszy nawet łowca. Siwowłosy starzec cofnąl się myślą do ich dawnej, dalekiej krainy, wspominał stare utarczki i boje. dzielnych wojów i chrobrego wodza, co raz przed bitwą wstał o pólnocy, opuścił wojsko i począł wyć jak wilk. Odpowiedziało mu wpierw wyciejednego wilka, a po chwili ozwało się całe ich stado, I snuly się gawędy o dziwnych zjawach i przywidzeniach w noc ciemną na moczarach, w szczerym polu czy w leśnym pustkowiu, o smokach ognistych latających w szarym zmroku, o zlej babie-jadze. czarownicy strzegącej martwej i żywej wody, o białych wróżkach. co zjawiają się u kolebki noworodków. wiedźmach o , o zlych i dobrych znakach. Ze świętą zgrozą słuchali zgromadzeni w izbie tajemnych wróżb rodu i plemienia. Gdy ogień przygasl, kładli się na łoża wysłane skórami. Nim usnęli. wznosili modły do pradziadów powierzając 'calą wies ' ich opiece. Duchy przodków troskliwie strzegły zagrody potomków. Żyła bowiem i kwitła życzliwość wśród ludzi, miłość rodzinna przechodziła z pokolenia na pokolenie. mocną więzią łącząc żywych ze zmarlymi, a czas dzisiejsz,y z tym, który przeminął. , Ogrodzona płotami, zasypana śniegiem. cichła wieś w mroczną noc zimową; w dal niosło się jeno czujne naszczekiwanie psów, ilekroć zwietrzyły wilka, co skradal się lyskając zielonymi ślepiami, lub gdy od rzeki ozwał się krótki gwizd wydry. 18 W ten cz as śniegów i lod'ów, długich zmierzchów i nocy władała krajem Marzanna, dopóki bóg slońca nie począł dłużej i cieplej spoglądać w oblicze ziemi. Gdy spływały wodą lodowe okowy, radowały się wszystkie sioła i wszystkie plemiona. Lud ze śpiewem podążał na brzegi rzek i potoków , wrzucał w wartki nurt wizerunki zimy i śmierci, witając radosnymi okrzykami łubą boginię Wiosnę. A gdy słońce stanęło u szczytu swej drogi, zalewając blaskiem szerokie, falujące łany i bu.jnie kwitnące łąki, obchodzono uroczyście czas letniego przesilenia. Noc przed najdłuższym dnlem pełna była różnych dziwów, Kwiecie, jej rosą skropione nabieralo czarownej mocy. Chroniło jak piołun. pramatka wszelakiego ziela, przed biesami i złymi duchami, groźnymi zwłaszcza w tę noc tajemną, przed wiedźmami rojącymi się na pagórkach i w ciemnych wądołach. Mrok owej nocy rozjaśniały wielkie ogniska płonące na wszystkich wzgórzach. Łuna ich bila daleko, szeroko nad rozległym krajem; daleko , szeroko rozbrzmiewał śpiew dziewcząt i chłopców, tańczących w wieńcachna głowie wokół ogniska, wielbiących moc bożego słońca i jego silę, co daje żywot i miłość. Po dniu letniego przesilenia zaczynaly się żniwa. I znowu wracala chłodna jesień, a potem zima. Rok biegł za rokiem. Rodów przybywało. Mnożyło się plemię Czechów. Wieści o ich dostatku docieraly daleko, wabiąc coraz nowe zastępy z dawnej ojczyzny, tak że wkrótce zbrakło ziemi wokół góry Rzip. I rozchodziły się rody, plemiona posuwały się wciąż dalej w różne strony, na północ i poludnie, na wschód i zachód, wzdłuż rzek i gór, zakładając nowe osady. Budowali gródki i grodyna siedziby starostom i starszym rodów, dla ochrony granic i mienia, a głównie po to, by skryć w nich żony, starców, dzieci i stada,.gdyby nieprzyjaciel wtargnąl do ich kraju. Grodziszcza wznoszono zwykle na ostrogach i lub w dolinach otoczonych lasami, wśród niedostępnych moczarów, dokąd wiodły jedynie wąskie przejścia z chrustu i okrąglaków. Wokól grodziszcz sypano wysokie często potrójne wały, umocnione potężnymi ostrokołami z twardych ciosanych . pni, z wysokimi strażnicami przy bramach. Gdy młodszy brat Czecha, wojewoda Lech, postanowił wraz ze swą czeladzią powędrować dalej na wschód, gdy wolę swą oznajmił i żegnać się zaczął, wojewoda Czech i wszyscy lnni mężowie niechętnie się z nim rozstawali, Żegnali go serdecznie. namawiając, by daleko nie odchodzil i w razie niebezpieczeństwa na pomoc swemu rodowi pośpieszył. __ Ostróg - skalny występ nad rzeką. 19 Lech odpowiedział: - 0, moi bracia mili, synowie i mężowie ziemi czeskiej. Nigdy nie zapomnę, żem z waszego plemienia. Dlatego nie chcę odejść zbyt daleko, Dam wam znak, po którym poznacie, gdzie Się zatrzymamy. Na trzeci dzień po naszym odejściu wstąpcie na górę Rzip, nim jutrzenka wzejdzie. O tym czasie rozpalę w lesie wielkie ognisko; gdzie ujrzycie blask płomienii dym - tam, wiedzcie, założę osadę. Gdy zaś w dniu umówionym weszli przed świtem na szczyt góry Rzip i rozejrzeli się dokoła, hen daleko, na wschodzie, nieco ku południowi, dostrzegli czerwoną łunę na niebie, przebijającą gęste mroki. A gdy rozedniało nieco, dojrzeli też czarną chmurę dymu z ogromnego ogniska, które Lech ze swą czeladzią rozniecił. W tym miejscu Lech pozostał i wnet jął budować gród, który otoczył wielkimi wałami i któremu od dymu owego nadał nazwę Kourzim 1. III Trzydzieści lat prawie minęło od czasu, jak wojewoda Czech wstąpił na ziemię czeską. Dożywszy osiemdziesiątego szóstego roku zakończył życie. Odprawili nad nim tryznę 2 i zawodząc opłakiwali go jak ojca. - Byłeś nam wodzem i ojcem, przywiodłeś nas w te strony, byłeś prawdziwym i wiernym opiekunem swej czeladzi i całego plemienia. Ach, biada nam, biada! Kto teraz rządzić będzie nam i kto nas ochroni? Nie było nikogo, kto by nad śmierciąjego nie bolał. Duszajego odeszła do raju - tak wierzyli - w kraj wiecznej wiosny, aby tam żyć nadal w czci i w dostojeństwie, jakich zmarły zażywał na ziemi,wśród swoich. Ubrali przeto jego ciało w nowe szaty, w suty płaszcz i suknię ściągniętą szerokim pasem, lśniącym od łańcuszków i metalowych ozdób, w noga. barwione i trzewiki. Na głowę, okoloną długimi białymi wice pięknie włosami i białą brodą, włożyli kosztowną czapkę sobolową. Wieczorem posadzili tak odzianego nieboszczyka na wysokim stosie, na drwach przykrytych barwnymi tkaninami, w mrocznym gaju starych, rozłożystych lip , i dębów, nie opodal rozstaja, miejsca odpoczynku dusz. Przynieśli dzbany z miodem, owoce i wonne zioła i rozłożyli mu je u stóp; 1 Kourz (cz.) - dym. , 2 Tryzna - starosłowiańska stypa pogrzebowa. przynieśli także i u boku zmarłego złożyli bochen chleba, mięsiwo i wszystką jego broń: łuk, oszczep, miecz, młot, tarczę. A gdy jeszcze zabili koguta i kokosz i rzucili je na stos, najbliższy krewny wojewody zapalił polano i dzierżąc je w prawej dłoni podszedł tyłem do stosu. Dopóki go nie podpalił, trzymał lewą rękę za plecami. A gdy drwa zajęły się płomieniem, zbliżali się .dalsi krewni, wszyscy z płonącymi głowniami, i rzucali je na stos. Gdy powiał silny wiatr, zatrzeszczały polana i płomienie buchnęły wysoko ku niebu; dym przesłonił czcigodną postać zmarłego wodza, po raz ostatni górującego nad swym ludem. Rozległ się płacz i lament, niewiasty rozpoczęły żałobne pienia. A gdy spłonął stos, zebrali kości i popiół, włożyli do popielnicy i spuścili wraz z bronią zmarłego do grobu, nad którym usypali wysoki kopiec, okrągłą mogiłę. Wracając zaś o zmroku z pogrzebu, z ciemnego gaju, zbierali kamyki, gałązki i liście i nie oglądając się rzucali je za siebie przez głowę. ' Długo jeszcze potem odwiedzali mogiłę płacząc, bijąc pokłony i błogosławiąc pamięć wodza swego, Imię zaś jego przechodziło z pokolenia w pokolenie. O Kroku i Jego córach Pokąd władzę nad plemieniem dzierżył Czech, panował wszędy ład i posłuch. Ludzie byli uczciwi i wierni sobie nawzajem. Dobytku nie zamykano, drzwi ryglów nie miały. Nie było większej zbrodni nad złodziejstwo i rabunek, każdy bowiem miał wszystkiego pod dostatkiem, a bieda nawiedzała tego tylko, kto nie chciał pracować i za to z rodu był wydalony, Ale gdy po śmierci Czecha osierocony naród został bez władcy popadł w występki zapominając o dawnych prawach. Zaczęły się swary i spory, najczęściej o dziedziny i miedze, zdarzały się gwałty i bójki. A gdy zło z dnia na dzień rosło, zebrała się starszyzna u mogiły Czecha i wspominając zmarłego tak uradziła: - Wyszukajmy sobie wodza, który by władał nami i sądził nas według starych praw. I postanowili wyslać poselstwo do Lecha, brata Czcehowego, by objął władzę nad plemieniem czeskim. Wszelako Lech, który nie zamierzał pozostawać w Kourzimiu, odmówiwszy wskazał jako wodza i sędziego Kroka, starostę rodu możnego. Mieszkał on w grodzie, który po nim nazwę nosił, wśród lasów nad rzeką Mżą, nieopodal dziedziny Zbeczno. Bogaty był wielce, a mądrością i zmyślnoscią nad innymi słynął, tak że nie tylko z jego rodu, lecz z całej okolicy spieszyli ku niemu ludzie, jak pszczoły do ula, aby ich rozsądzał. Posłuchali tedy rady Lecha i jednogłośnie obrali Kroka. sędzią swoim. Posadziwszy go na stolcu nad grobem Czecha, włożyli mu na głowę czapkę władcy podając do ręki laskę, na której wspierał się stary wojewoda, i cześć mu złożyli. A Lech tymczasem słał posłów do krajów na wschód leżących, by zbadali tamte okolice. Ci zaś wróciwszy oznajmili, że za górami za rzeką Odrą, znaleźli ziemie rozległe, urodzajne i nie zamieszkałe. Lech więc pożegnał się z Krokiem, zabrał rodzinę swą i czeladź i ruszył do kraju, który tak bardzo spodobał się posłom. Osiadł tam i grody założył: Gniezno, nazwane tak dla licznych orlich gniazd, i Kraków, któremu nadał imię po synu swym. 22 Krok zaś jako wojewoda władał ziemią czeską, sądził ludzi i mądrości uczył. Osiadł na Budczy. Za jego panowania powstała tam szkoła, w której uczono odprawiać modły, śpiewać stare pieśni, Wróżyć i czynić czary. W owych czasach bowiem czary i gusła były największą sztuką, a ten, kto mógł poszczycić się darem proroczym, uważany był za wybrańca bogów, Mądry Krok umiał także przenikać myślą mroki wieków. Razu pewnego, chcąc wejrzeć w przeszłość i przyszłość, rozkazał, by nikt do niego przez trzy dni nie wchodził. Pozostawszy sam, modlił się w obszernej izbie swego grodu na Budczy, składając ofiary bogom leśnym, górskim i wodnym. Działo się to w noc letnią, tajemną i świętą, gdy na pagórkach i wzgórzach płonęły ogniska, a w ciszy nocnej płynął śpiew młodzieńców i dziewic. Krok modląc się wzywał bogów i duchy, by go pouczyli o rzeczach przyszłych. I pojął wiele owej nocy z wróżb swoich; tajemne wieszczby, i złe, i dobre, zaznaczył na korze brzozowej i zachował dla córek swoich. A potem zwołał starszych rodu i starostów oznajmiając im wszystko, co, natchniony przez bogów, ujrzał w tę noc w mrokach przyszłości: - Niedługo tu już mieszkania mego, albowiem Budecz istnieć wkrótce przestanie. Innej siedziby szukać musimy, Wszyscy przyświadczyli mu, a Krok obrawszy natychmiast posłów nakazał: - Jutro, nim słon ce wzejdzie, wyruszycie na wschód i nieco ku południowi, kiedy zaś dojdziecie do rzeki Wełtawy, rozglądajcie się tam, póki was bogowie na wlaściwe miejsce nie zawiodą. I poszli w tamte strony, szukając, aż zatrzymali się na prawym brzegu Wełtawy, na skalistym zrębie w puszczy głębokiej. W błękitnawym cieniu starych drzew szeroko rozlanym nurtem płynęła cicho rzeka, Przeglądała się w niej wysoka skala, na której posłowie stanęli przed zachodem słońca, przeglądały się zielone łąki na przeciwległym brzegu i ciemne bory pokrywające strome wzgórza. Dalej Wełtawa skręcała na wschód; w głębokiej ciszy boru głośno szumiały i huczały jej fale rozbijając się o skalne progi. Posłowie ujrzawszy zrąb skalny i kraj lesisty, jak natchnieni przez bogów, krzyknęli jednym głosem: - Oto jest miejsce wybrane! Toż samo powtórzył Krok i starszyzna, gdy przybyli na rączych koniach, by obejrzeć miejsce owo i krainę. I zbudowali tu rękami biegłych cieśli zamek ogromny z mocnych bierwion starych dębów i świerków. Były w nim wielkie komnaty o pulapach wspartych na potężnych słupach, byly ciche, ustronne izby, były rozlegle dziedzińce, gdzie lud mógł się zbierać na wiece i zgromadzenia, składać bogom ofiary sławić dzień objęcia władzy przez nowego wojewodę lub słuchać jego mowy czy sądu, Gdzie kończyła się stroma skała, tam wykopali glębokie rowy i usypali wały podwyższone murem kamiennym i częstokołem.. Częstokołem umocniono też potężną, ciężką bramę, której wrota zamykano ogromną zaworą. 23 Opodal grodu, w gaju pod starym bukiem, tryskało obfite źródło dające czystej wody dostatek. Studzienkę tę nazwano Jezerką, a gród - jako że stał na skale wysokiej - Vyszehradem. Sławny to był i święty gród dla całego plemienia czeskiego, a wieść o nim rozniosła się po sąsiednich plemionach i dalej nawet, gdzie brzmiała już obca mowa. Do zamku tego naród czeski wprowadził uroczyście Kroka i jego rodzinę, wielką cześć mu oddając. Darzono bowiem miłością wojewodę, pod którego władzą przywrócony został w kraju ład i dobrobyt. Panował spokój, każdy mógł zająć się swoją pracą, Oszczep, łuk i broń wszelaka służyły tylko do łowów. Lud pilnie uprawiał ziemię, palił i karczował lasy, a przeto roli i dziedzin wciąż przybywało. Pełne były stodoły i obory. I póki Krok rządy sprawował trwał pokój. I było tak ponad lat trzydzieści. A gdy w końcu odszedł do ojców swoich, opłakiwał go cały naród. Popioły i broń jego złożono do grobu obok mogiły Czecha. Mądry władca pozostawił trzy córki: Kazi, Tetę i Libuszę. W młodości przebywały one w Budczy, gdzie uczyły się wespół z dziewczętami i młodzieńcami swego plemienia i z tymi, którzy z innych rodów po naukę tu rzychodzili, jak na przyklad Przemysław z rodu Stadiców. Pośród wszystkich, jak smukłe lilie wśród kwiatów polnych, wyróżniały się córki Kroka, wzbudzając powszechny podziw nadobnością lic, pięknem postaci i szlachetnością umysłu. Najstarsza Kazi. znała wszelakie zioła, korzenie i ich moc tajemną. Leczyła nimi różne choroby i rany, ale i słowem swoim koila bóle, zażegnując je imieniem bogów potężnych i duchów. Jej czarom i zaklęciom posłuszne były nieraz nawet boginie losu, przywracając życie tam, gdzie ulatywalo już ono z ostatnim tchnieniem. Po śmierci ojca Kazi przebywała najczęściej w grodzie wzniesionym pod górą Osek, w pobliżu rzeki Mży, od jej imienia zwącym się Kazin Hrad, Druga córka Kroka, Teta, zbudowała Tetin, gród obronny na szczycie stromej skały nad rzeką Mżą. Lękając się bogów i biesów odprawiała obrzędy ku ich czci, uczyła lud bić im pokłony i składać rozliczne obiaty. 24 Sama zaś często modliła się na górze Pohled nad Tetinem do chmurnego bożka ustawionego pod starymi dębami, rozpalając ognie ofiarne i w dzień, i o wieczornej porze. Z największym wszakże oddaniem spoglądali wszyscy na Libuszę lubo wiekiem najmłodszą. Piękna, niewinna, łagodna, była przy tym tak poważna, a w mowie stanowcza i pełna rozwagi, że nawet szorstcy, hałaśliwi woje tłumili głos, gdy mijała ich wdzięczna i oczom miła, a doświadczeni i wiekiem utrudzeni starcy patrzyli na nią z uwielbieniem, mówiąc: - Nad macierz ona piękniejsza, nad ojca mądrzejsza. A lud pełen bojaźni świętej opowiadał o niej, że nierzadko nawiedza ją prorocze natchnienie, mieni się wtedy jej oblicze i płoną oczy jej, wieszczy duch przenika mroki przyszłości i widzi, co się dziać będzie. Po zgonie Kroka zeszli się starsi rodów, władycy i rzesze ludu w świętym gaju, u źródła Jezerki, Przybyły również córki Kroka. Zasiadłszy w cieniu starych lip dębów i buków starszyzna i lud uradzili zgodnie, by władza pozostała w rodzie Kroka, w rękach najmłodszej jego córki Libuszy. Stary gaj napełniły radosne okrzyki, a pogłos ich niósł się hen ku rzece i dalekim borom. Lud pełen wesela wiódł od Jezerki swą młodą księżnę, uwieńczoną kwiatami, zapłonioną i przejętą, na święty zamek vyszehradzki. U jej boku kroczyly siostry, Kazi i Teta, przed nimi zaś i za nimi dzielni starostowie i starsi ludu. znamienici rodem i sławą swych czynów. Na dziedziińcu książęcego grodu posadzono Libuszę na kamiennym stolcu pod rozłożystą lipą, gdzie kiedyś siadywał jej ojciec, mądry sędzia i władca. Młoda władczyni miała własny zamek, od jej imienia Libuszinem nazwany, a wzniosła go pod lasem ciągnącym się ku Zbecznu. Ale gdy obrano ją panującą księżną, osiadła na Vyszehradzie, stąd sprawując mądre rządy nad całym krajem. O Bivoju W grodzie Libuszy, warownym Vyszehradzie, zielenił się wspaniały ogród pełen drzew i krzewów przeróżnych oraz rzadkich kwiatów. Wzbudzał on podziw swymi krętymi ścieżkami, które wiły się, splatały, rozchodziły i znowu się zbiegały wokól drzew, krzewów, kwiatów i trawników, wszystkie do siebie tak podobne, że nikt obcy nie znalazłby wyjścia z tego czarownego, pełnego tajemniczych zakątków zacisza. W ogrodzie tym Libusza przebywała nieraz ze swymi dwórkami, ale częściej - samotna; rano, gdy w słońcu lśnił rosą każdy liść i kwiat, pod wieczór, gdy pnie drzew płonęły w różowej zorzy zachodu, a nawet później, gdy czerniły już ich korony i niskie krzewy, a białe ścieżki ginęły wśród glębokich cieni. O tej porze młoda księżna wspaniałej postaci, w białej szacie, z włosem rozpuszczonym, samotna, zadumana, niby jakaś zjawa świetlista, stąpała wolno, statecznym krokiem, z głową schyloną, albo przystawała zwracając piękne lica ku niebu, pogrążona w rozmarzeniu, skąpana w łagodnym blasku gwiazd i księżyca. Do ogrodu owego przywiodła raz siostrę swą Kazi, która na rączym koniu z Kazina w odwiedziny przybyła. Trawniki i ścieżki powlókł już cień, jeno wierzchołki drzew ostrokół z grubych pali i zrąb wysokiej baszty, od deszczów i niepogody sczerniały, zalane były blaskiem zachodzącego słońca. Chyliło się ono za ciemne spowite siną mgłą lasy, porastające wzgórze po drugiej stronie Wełtawy. Ciszę i spokój tej chwili rozdarł nagle ryk dolatujący od bramy. Echo jego dobiegło aż do ogrodu księżnej, wyraźne i głośne. Krzyk z męskich piersi zbliżał się jak nagła burza. Z wrzawy donośnych głosów buchały wesołe okrzyki; ktoś nagle zatrąbił na rogu. Głos tryumfu dźwięczał w tym graniu, wraz z okrzykami niosąc się szerokim echem po dziedzińcach grodu. Siostry przerwawszy rozmowę przystanęły nasłuchując. Ale już biegł kasztelan, drżący z podniecenia, i prosił, by wyszły popatrzeć na dziedziniec. 26 Tam przez podwórzec, w gwarnym orszaku straży zamkowej i licznych mężów, kroczył wysoki, silny młodzian dźwigając oburącz na plecach jakieś ciężkie brzemię. Pochylił głowę, smagła twarz poczerwieniala mu z wysiłku, spod czapki na czoło i skronie spadały kosmyki ciemnych kędzierzawych włosów. Ze zdumieniem spoglądały księżne na młodziana i jego brzemię. Niósł bowiem, trzymając za spiczaste uszy, ogromnego żywego dzika, do góry brzuchem odwróconego. Młody łowca bez oszczepu, z mieczem w pochwie, zwisającym u szerokiego pasa, w zaszarganym obuwiu i zbryzganych błotem obcisłych nogawicach, szedł mocno i pewnie, nogi mu nie drżały, nie słaniał się; dźwigał ogromny ciężar niczym lekki worek. Wokoło niego radośnie pokrzykiwali starzy i młodzi, oszczepami rękami wskazując ogromnego odyńca, pokrytego ryżobrunatną szczecią, o wielkiej glowie z czarnym ryjem, w którym lśniły białe, mocne, wygięte kly. Odyniec szarpał się, wierzgal czarnymi racicami, kłapał zębami, a jego krwią nabiegłe ślepia blyskały groźnie. Wszyscy umilkli ujrzawszy Kazi i Libuszę, śmiały zaś łowca, a był nim Bivoj, syn Sudivoja, zatrzymał się u stopni, które wiodły do drewnianych słupów, otwierających wejście do obszernej sieni. Bivoj na czele męskiego orszaku, z dzikim zwierzem na ramionach, skłonił się przed Libuszą i jej siostrą, mówiąc: - Oto ów szkodnik, odyniec z Kawczej Góry. Jeśli zechcesz, niechaj na twoich oczach zginie. A gdy Libusza skinęła na znak zgody, huknęli mężczyźni wokoło, gotując oszczepy i miecze. Lecz Bivoj powstrzymał ich wołając: - Ja stanę przeciw niemu! Sam go pojmałem i sam go zabiję! Wy zaś koło uczyńcie, by przebić się nie mógł, gdyby chciał uciekać. A pierwej połóżcie mi oszczep u nóg. I stało się, jako rzekł. Mężczyźni obstąpili go szerokim kręgiem broń. Nikt oka nie spuszczał z Bivoja, a on, obrzuciwszy wszystkich dokoła, utkwił w końcu jarzący wzrok w obu siostrach stojących na stopniach, a zwłaszcza w Kazi. Ta z przejęciem spoglądała na dzielnego młodziana, którego po raz pierwszy ujrzała. W gaju u źródła Jezerki i od tej pory często myślami doń wracała. ongis z upodobaniem patrzyla teraz na pełną siły i męstwa postać; ale serce jej ścisnęlo się lękiem, a powieki mimo woli zatrzepotały, gdy Bivoj, rozstawiwszy szeroko nogi i stanąwszy mocno, cisnął dzika z całych sił przed siebie, aż ziemia jęknęła głucho. Zanim jednak odyniec runął, Bivoj pochylił się na mgnienie i chwyciwszy ciężki oszczep o lśniącym grocie ścisnął go oburącz i czekał. 27 Stary, potężny dzik Ieżał chwiIę na ziemi jak ogłuszony. Ale naraz poruszył brzuchem, grzebień długiej szczeciny zjeżył mu się na grzbiecie jak grzywa, a białko oka' łysnęło w czarnej szczeci. Nagle zerwał się i jak strzała, nie patrząc ni w lewo, ni w prawo, połyskując ,białymi kłami w rozwartym ryju, ośIepły z wściekłości, rzucił się na Bivoja. . . . Zaległa śmiertelna cisza, którą wnet przerwały krzyki mężów, nlewiast i dziewek zamkowych, odyniec bowlem nadział się na oszczep Bivoja. Strumień posoki trysnął z ryja zwierza; wspiął się po raz ostatnl i jak kosą podcięty runął na ziemię; farba buchała z niego rozlewając się szeroką kałużą. , , Bivoj wyszarpnąwszy oszczep wsparł prawą nogę na grzbiecie zdychającego dzika. Potem otarłszy pot z czoła zwrócił się do cór kslążęcych. - Nie będzie już postrachem ludzi i trzód - rzekł trącając nogą łeb odyńca. Wtedy podszedł do Bivoja włodarz zamku. - Niech cię bogowie mają w swej pieczy, żeś nas od tej bestii uwolnił .,.-. mówił wskazując dzika. - Rabuś Iiczył ze sześć roków i siał grozę i lęk wszędzie wokół Kawczej Góry. Ileż on szkód wyrządził! W zboz . u, którego całe pola stratował, w dobytku, a najwięcej w psach gończych i koniach! Kiedy Świętosław, syn Bożeja. natarł nań, rozdarł koniowi pierś i brzuch! Tak skoczyć umiał. I niejednego męża śmiertelnie skaleczył. Wszędzie budził bojaźń, nawet dzielni woje uciekali i kryli się przed nim. Aż oto Bivoj... . Okrzyki zgromadzonych pełne podziwu i wdzięczności nie pozwoliły mu skończyć. Księżne zstąpiwszy na dziedziniec podziwiały ogromne cielsko. Libusza spytała Bivoja, w jaki sposób zdołał zwierzę pojmać. Cisza znowu zaległa wokolo; Kazi utkwiła w dzielnym myśliwcu płonący zachwytem wzrok i z zapartym tchem słuchała wraz z innymi jego opowiadania. - Dręczyło mnie i nie dawało spokoju. że dzik tak wiele szkód wyrządza będąc postrachem dla ludzi, w wąwóz koło Kawczej Góry nikt już zapuścić się nie śmiał. Tam bowiem miał swoje legowisko, stamtąd urządzał wypady na ludzi, psy i konie, wytracając, ich bez liku. Wytropilem to miejsce oraz czarną kałużę pod starym bukiem, w której tarzał się i brodził. Gdy zaś komary zbyt mu dokuczały, tarł grzbietem o pnie dębów, a potem wyruszal śmiało i pewnie w pole na żer. Ludzi nie unikał, napadał na każdego. Dziś wybrałem się tam. Chciałem zaczekać, aż będzie wracał z żerowiska. Lecz ledwiem się znalazł na skraju parowu, wyskoczył z gąszczy wprost na mnie, niespodziewanie i tak gwałtownie żem nie zdążył nad stawić oszczepu. Miejsce było odkryte - drzewa w pobliżu ni śIadu. Nie mogłem uskoczyć w bok, a padać na ziemię nie chciałem. Runął naprzód i dopadłszy uderzył łbem o moje nogi. Trwało to krócej niźli teraz moje słowa. Lecz zanim zadarł łeb do góry, aby rozpruć mnie kłami, trzymałem go już za uszy. Trzymałem mocno. A on chrochał, szarpał się wściekły i groźnie kłapał zębami. Zarzuciłem go sobie na plecy i tum z nim pośpieszył. Znowu radosny gwar rozbrzmiał na dziedzincu. Gdy przycichł, młoda księżna przemówiła do Bivoja łagodnie w te słowa: - Bogowie błogosławili tobie i twej siIe. Uwolniłeś kraj i uchroniłeś nasze pola przed nowymi szkodami. Dzięki ci moje składam i w imieniu całego ludu. A teraz, dzielny łowcze, wnijdź, daj odpoczynek ciału swemu, posil się i wytchnij nieco. Skinęła na włodarza zamku, ten zaś poprowadził Bivoja po schodach do obszernej komnaty, dokąd udaIi się również co przedniejsi z ludzi zamkowych i z podgrodzia, ci, co spotkawszy na drodze młodego siłacza z niezwykłym brzemieniem na plecach, odprowadzili go na Vyszehrad. Izba była niewysoka, lecz przestronna, Pułap wspierały potężne słupy malowane w przedziwne wzory. Wisiały tu tarcze, broń, rogi rżnięte z żubrów i łosi oraz skóry niedźwiedzie rzadkich rozmiarów. Mężczyźni zasiedIi wokół ciężkich stołów i pniaków stuletnich dębów; Bivoja posadzono za głÓwnym stołem w prawym rogu komnaty. Wniesiono wielkie dzbany z miodem i lano złocistożółty napój do kubków i czasz glinianych lub drewnianych. Mężczyźni sławiąc siłę i męstwo Bivoja pili jego zdrowie. Młody bohater z radością słuchał pochwał. Jego oczy wszakże zwracały się ukradkiem ku wielkim ciężkim podwojom, za którymi zniknęły córy książęce: Libusza i jej siostra. O niej to myśIał cały czas wśród szumu i gwaru i pragnąłją znów zobaczyć. Tymczasem złotoróżowa zorza zgasła wśrod koron drzew i na zrębach wysokich baszt. Głębokie cienie legły na dziedzińcu. Przez otwarte okna wpadało do komnaty blade światło letniego wieczoru. w tej samej smudze ukazały się księżne wynurzywszy się z drzwi skrytych w cieniu słupów. Postępująca za nimi dwórka niosła jakiś przedmiot owinięty w wyprawioną skórę; gdy na rozkaz Libuszy rozwinęła go na stole, zabłysnął piękny ozdobny pas, Był szeroki, czerwonymi rzemykami pięknie wyszywany, cały nabijany małymi srebrnymi gwoździkami, zdobny blaszkami z brązu z błyszczącym łańcuszkiem, który przy najmniejszym ruchu chrzęścił i podzwaniał o wspaniałe okucia. 28 29 Młoda księżna podała go Bivojowi prosząc, by przyjął jako nagrodę, jest to bowiem pas ze skarbca ich ojca, a wybrała go sama Kazi. - Jest w nim zaszyta witka mocnego ziela i ząb węża - dodała Kazi uśmiechając się mile. - Opasany nim, nigdy nie zabłądzisz w borze, nawet w noc ciemną, zawsze oprzesz się złym czarom, wiedźmom i wszelakim nocnym upiorom. Młody bohater skłonił się księżnom i dziękował, a wszyscy obecni hucznie chwalili Libuszę i Kazi, iż tak uczciły siłę i dzielność. Księżne odeszły, a w sali buchnął znowu gwar i zapanowała wesołość, które trwały do późnej nocy. A gdy mężowie po sutej uczcie rozeszli się do swych domostw, kasztelan powiódl Bivoja do zacisznej komory na łoże ze skór owczych. Zasnął wnet młody myśliwy i spał snem twardym do rana. Nazajutrz gotował się Bivoj w drogę powrotną do swej dziedziny, gdzie był władyką. Kasztelan, zwiedziawszy się o tym, oznajmił mu, że czeka na niego koń, którego księżna kazała osiodłać, i że Kazi również wraca do swego grodu. Przepasany pięknym pasem, otrzymanym wczoraj w darze, wypoczęty i rześki, dosiadł Bivoj bystrego gniadosza o lśniącej sierści; pokłoniwszy się i podziękowawszy księżnej przyłączył się do drużyny jej siostry. W bramie obejrzal się jeszcze, a za nim wszyscy z podziwem spojrzeli w górę, gdzie na belce wisiał łeb wielkiego odyńca, którego wczoraj ubił. Czarny, szczeciniasty, z wielkim ryjem, szczerzył białe, blyszczące kly i przywodził na pamięć silę Bivoja. Kazi nie dała młodemu bohaterowi jechać z drużyną; przywołala go do siebie. Szmat drogi jechał przy niej, a gdy dotarli na rozstaje, bez wahania skręcił z nią razem i odprowadził aż pod zamek, którego mocne wały odbijaly się w falach rzeki Mży. Nim jesień minęła, opuścil Bivoj swą dziedzinę i ród, by na zawsze zamieszkać w zamku Kazi, która tak go sobie upodobala, że pojęła go za małżonka. O Libuszy Jak ongiś do Kroka, tak teraz do LI .buszy schodzili się ludzie z bliska i z daleka, by spory ich rozsądzala. Uciekali się do jej mądrosci, prosząc o wyrok. Ona zaś sprawiedliwie sądząc przywracała zgodę między powaśnionymi stronami. W owym czasie dwóch sąsiadów, 0, baj starostowie rodów , pokłócilo się o miedze i role, Spierali się gwałtownie, lżyli wypominając sobie nawzajem swą macierz i 'dziadów , aż między nimi i ich rodami zanikła dobra wola sąsiedzka, a rozgorzala nienawi 's 'ć. , Żaden z nich nie chciał ustąpić, obaj twardzi byli jak kamień, Gdy nadszedl czas, w którym księżna zasiadala jako sędzia, pospieszyli na Vyszehrad. Tam pod lipą, na wysokim stolcu zaslanym kobiercem, Libusza w bialym wianku nad czołem odbywala roki. Po prawej i lewej stronie siedziało dwunastu kmieci, przywódców najmożniejszych rodów. , mężo,wie to byli stateczni, siwobrodzi. Przed nimi szerokim kolem zgromadził Się lud czeladź, niewiasty i starostowie , którzy przyszli na sąd, by ująć się w razie potrzeby za członkiem swego rodu. Wtedy przed sąd książęcy wystąpili dwaj powaśnieni sąsiedzi. Mlodszy oskarżal starszego, że wbrew prawu chce zabrac ' mu miedze i pola. Starszy, mąż z gęstą, szeroką brodą, o chmurnym licu, przerwał mu gwałtownie. Mówil ostro i krótko , żądał, by stalo się po jego woli; nie zważal na 'to , że byłoby to krzywdą dla sąsiada, Wladczyni wysłuchała ich obu i rozważyla w myśli cały spór, po czym oznajmiła swe zdanie najsta,rszemu z kmieciów. a gdy starcy, rozważywszy z kolei sprawę, przyznali Libuszy sluszność, księżna obwieściła wyrok: - Młodszemu dzieje się krzywda, jego są role i miedze. , Nie skończyla jeszcze, a już starszy, ogarnięty szalonym gniewem, uderzył trzykrotnie długim kijem w ziemię i z twarzą krwią nabieglą, błyskając oczyma, krzyknąl glośno: 31 kto nas sądzi? Niewiasta o dlu- Takie to prawo! AIboż nie wiemy, gich wlosach i krótkim rozumie' Igłę i wrzeciono, a nie Iaskę sędziego dajcie jej w ręce' . Niechaj szyje i przędzie, ale niech nie sądzi! Hańba nam, mężom! - Bil się pięścią po glowie i wykrzykiwał tak gwałtownie, że aż parskał śliną. -..- Hańba nam! Gdzie, w jakim pIemieniu włada mężom niewiasta? Jeno n'am, nam jeno! Na S'zyderstwo wszystkim! Lepiej zginąć niż znosić takie rządy' . Wszyscy wokół osłupieli na te niepohamowane słowa, Rumieniec wstydu obIał lica księżnej, a serce jej ścisnęło się od tych słów obelżywych , i z żalu nad niewdzięcznością ludzką. w spokoju zniosła słowa potępienia, . Iżącemu me rzekła nic. Do głębi poruszona, skierowala wzrok swój na kmieci, na zgromadzonych, aIe gdy nikt gwałtownika nie pohamował i nie odezwał się ni słowem, przemówiła do ludu dostajnie i godnie, acz glos jej drżał ze wzruszenia: ~ Tak, niewiastą jestem i jak niewiasta postępuję. A że nie dzierżę was żelazną prawicą, sądzicie, iż mądrości mi nie dostaje. Trzeba wam. surowszej, męskiej ręki. Miejcież ją. Woli waszej zadość się stanie. . , Rozejdźcie się w pok'oju. WaIny wiec niech wybierze wojewodę. A kogo wybierze, tego pojmę za męża. To powiedziawszy opuściła dziedziniec i udała Się do zamku, skąd natychmiast wysłała posłów do Tetina i Kazina po siostry. Potem poszła do ogrodu, , schroniła się w jego najdaIszym cienistym zakątku, wśród gęstych krzewów i starych Iip rozłożystych, w świętym miejscu; gdzie krom niej i sióstr nikt nie miał wstępu, Tam pod lipami, wsparty na drewnianych słupkach, wznosiłsię daszek z płaskich kamieni, zielonych od mchu i rozchodnika. Pod him połyskiwała bIadosrebrna głowa drewnianego bałwana ze złotymi wąsami, stojącego na grubo ociosanym głazie. 'Bożka tego Perunem zwano. , Libusza uklękła przed nim i pokłony biła; po czym siadłszy pod głazem u stóp posągu trwała tak przez resztę dnia, nawet po zachodzie słońca, gdy pociemniało, a wiatr , co zerwał się wieczorem, zaszumiał wśród krzewów i gałęzi. Siedziała zadumana, bez ruchu, sama jak posąg, , - rozmyślając nad tym, co się stało i co wkrótce się stanie; jakiego księcia lud sobie obierze; co powiedzą siostry i czy przyznają jej słuszność. Potem wstała nagIe, gdy w mroku pojawiły się przed nią Kazi i Teta. Wlodarz zamku, który przywiódł obie siostry od bramy do ogrodu, pozostał na straży przy wnijściu. Co Libusza siostrom powiedziała, co wyznała, o czym wszystkie trzy, wieszczym duchem natchnione, rozprawiały pod posągiem Peruna - nie 32 dowiedzial się nikt. Letnia noc miała się już ku końcowi, niebo bIadło , . a za grodem, za wałami, wśród gałęzi drzew zajaśniała jasna smuga świtu. . , Kroka wróciły Gdy chłodny ranny powiew wionął przez ogród, córki na zamek. Libusza w białym wianku na czoIe, spokojna już, ze wzrokiem przed się utkwionym, szła pomiędzy siostrami odzianymi w białe giezła. Kroczyły wszystkie trzy w miIczeniu, jak cienie; kasztelan ze zdziwieniem ob .ejrzal się za nimi, kiedy minąwszy go bez słowa weszły na stopnie i znikły za grubymi słupami krużganka tonącego wiodące do wieIkiej sieni jeszcze w cieni u pierwszego brzasku. . Wczesnym rankiem wysłała Libusza posłów, by zwołaIi narod na wiec walny, A zaraz po żniwach, gdy nadszedł dzień wyznaczony , zjechało się , zeszlo wieIu mężów ze wszystkich pIemion: starostowie rodów, czeIadź, i starzy, młodzi, konno, pieszo, w czapkach, w zwykłych sukniach Iub długich opończach. Przyjechali także zbrojni, w przyłbicach, z mieczami . i łukami, bowiem droga ich wiodła przez dzikie ostęPY i puszcze. WieIu przybyło przecież z najdaIszych stron kraju, od granic zliczań- skich i. pszovskich, daIeko na wschód słońca położonych: wieIu z północy, gdzie sąsiadowaIi z dumnym pIemieniem Luczan i Litomierzyczan, wieIu z południa, z ziem koło Netolic i DoudIebów. Wielu dotarło zza ogromnych borów, za zamkiem Kroka i Stebnem, kędy szła droga na DomażIice i daIej do Niemiec, do ziemi bawarskiej. W Iicznych budynkach rozległego podgrodzia, gdzie wyrabiano ozdobne siodła, uździenice, strzemiona, ostrogi, broń i tarcze po brzegach . zbrakło i w poprzek okute czarnym żelazem lub czerwoną miedzią, miejsca dla przybyłych gości. Konie ich stały poprzywiązywane do parkanów Iub drzew. Gwarno było w podgrodziu, gwarno na brzegu rzeki. Znajomi i krewni witali się wesoło, rozprawiaIi o roli i łowach, o broni i bójkach, najwięcej jednak o niedawnymsporze dwóch władyków , o sądzie Libuszy, o tym, co teraz będzie i kogo wybiorą na księcia. Gdy nadeszła pora wiecu, gdy z wałów i strażnic rozbrzmiały głosno trąby, ruszyIi wszyscy zwartą ławą w górę, na Vyszehrad, tłocząc się W bramie zamkowej między dwie.ma strażnicami. Tam każdy podnosił głowę i ze zdumieniem spoglądał na ogromny łeb dzika przybity do beIki nad bramą. Pokazywano go sobie, a imię Bivoja wymawiano z podziwem i dumą. I płynął tłum przez wysokie wierzeje, aż zatrzymał się na rozległym dziedzińcu przed stolcem księżnej. Po Iewej i prawej stronie stały dwa 33 . . inne, dla osób dostojnych przeznaczone, Zasiadly tam u boku. Libuszy Kazi i . Teta, Wszyscy nisko poklonili się księz ' nej, Ona zaś, skinąwszy ręką, rzekła z powagą : - Nie tajno wam chyba, po co was, starszych rodu, wladyków i lud caly zwołałam, Wolności ocenić nie umiecie. Pojęlam to i doświadczyłam .. na sobie, Z natchnienia bogów objawiłam wam, że władać już wami nie będę, albowiem W sercach swych pragniecie władzy męża, Chcecie mieć wojewodę, który będzie brał.. na służbę waszych synów i córki, który - . według upodobania będzie sobie wybierał najlepsze sztuki z waszego by .. dła . i koni, Służyć chcecie, jakeście jeszcze nig dy nie służyli, i daniny płacic w skórach wiewiórczych, kunich i płótnie, aż smutno wam będzie i gorzko. Lecz za to nikt z was nie będzie szydzil. że rządzi wami niewiasta. Nie chcę was straszyć, powtarzam jeno, com już powiedziała z natchnienia bogów i co objawił także mym siostrom duch wieszczy, Wybiera.jcie księcia, ale - wybiera-jcie mądrze i z rozwagą. łatwo bowiem jest władcę na stolcu posadzić. ale znacznie trudnie.j zeń1 złożyć, Jeżeli wszakże tr.wacie w wa- szym zami3rze,.jeśli pra gniecie me-j radiy,poradzę wam i imięjelgo powiem oraz siedzibę wskażę, . - Powwiedz! Powiedz! -- zabrzmiały wołania. -. Poradź! Poradź! prosili wszyscy', Gromady ludzi, stojąCe przedtem jak mur i słuch3-jące spoko.jnie, ruszyły podniec'one cisnaąć się doo stolca, faalu.jaą ,c -jak łaln zboża .pod .. powiew em Wiat ru . z wiankem nad czołem, wstała A Libusza. W śnieżnobiałej szacie, górując nad ludem, wyciągnęła ku niemu ręce. Zaległa cisza. Wszyscy zamarli WW bezruchu, spogląda,jąc na dostojną i wy .' prostowana .księżnę, Ona zaaś uniósłszY palec wskazala góry widne na pÓółnocy i rzekła: ,. g --- Tam za gonami, w Lemuzach, płynie niewielka rzeka Bielinq zwana. .. W pobliżu tej rzeki jest dziedzina. w nie-j zaś ród Stadiców, N ie opodal dziedziny Ugór sto diwadzieścia kroków długi i takoż szeroki. Ugór dziwny , .. . bowiem wśród wielu pól się znajduje, a do żadnego nie należy. Tam wasz -. książę orze pługiem ciągnionym przez dwa łaciate woły, Jeden z nich ma - łeb biały drugi zaś ma białą pręgę od czoła przez grzbiet i białe zadnie nogi. Zabierzcie więc płaszcz i szaty, jakie przystoją księciu, idźcie i powtórzcie temu mężowi wezwanie ludu i moje, i przywiedźcie sobie władcę. a mnie mmałżonka. Przemysł się zowie' .. ' pokolenie jego panować będzie W tej ziemi wszystkim plemionom po wieki. A kiedy wybrali starostów najznamienitszych rodów. którzy zanieść mieli pOselstwwo mężowi z rodu Stadiców,.' rzekla Libusza: 34 - Drogi nie szukajcie. Ani nie pytajcie o nią. Mój rumak was powiedzic: bez wahania jedźcie za nim, On was zaprowadzi i przyw, iedzie z powrotem. A przed którym mężem stanie i zarży - ten cijest, o którym mówilam. A liwierzycie mi, gdy swego księcia ujrzycie spożywającego jadło przy żelaznym stole, Na skinienie Libuszy podprowadzono siwego wierzchowca. z szerokiego -' jego karku spływala bujna grzywa. Na grzbiecie mial ozdobne siodlo, pod siodłem błam futra, szeroki jego napierśnik lśnił od blyszczących blaszek i obrączek z brązu. Gdy na siodle zlożono suknie i plaszcz, koń ruszył, a orszak władyków podążył za nim. O Przemyśle Była wczesna jesień, dzień cichy, słoneczny. Koń Libuszy szedł ostro, pewnym krokiem. Nikt go nie prowadził, ni głosem nie kierował. Szedł tak, jakby zmierzał do stajni, aż mężowie zdumiewali się dając wiarę przypuszczeniom, że wierzchowiec nie pierwszy raz tę drogę przebywa. Kto wie, może księżna jeździła tędy o wieczornym zmroku i nim kur zapiał, wracała do swego dworzyszcza. Siwek na krok nie zboczył z drogi, nic nie mogło sprowadzić go ze szlaku. Mijali stada pasących się koni. ich wesołe rżenie witało go i wabiło. , Lecz on szedł dalej, ni w prawo, ni w lewo nie zwracając oka. Gdy zaś rozsiedli się w szczerym polu pod dziką gruszą lub w skąpym cieniu rdzawopiennej sosny, by wytchnąć trochę, rumak księżnej, postawszy chwilę, sam ruszał w dalszą drogę. Tak minęli góry i doliny, aż dnia trzeciego z rana zbliżyli się do wsi . między dwoma zboczami, na skraju wąskiego parowu, na którego leżącej dnie płynął strumień. Jakieś pacholę wybiegło im naprzeciw. ? Czy żyje tu mąż - Hej, chłopcze' . - zagadnęli. - Czy to Stadice . imieniem Przemysł'} . - Tak, to Stadice, a Przemysł tam pole orze - odparło pacholę. Ujrzeli też opodal męża wysokiej postaci, który w łapciach z łyka dostojnie kroczył za pługiem popędzając prętem łaciate woły. Jeden miał łeb biały, drugi zaś białą pręgę od czoła przez grzbiet i zadnie nogi również jak śnieg białe. Ruszyli szeroką miedzą ku oraczowi, a gdy się doń zbliżyli, koń księżnej zatrzymał się, odwrócił bokiem i stanął dęba, rżąc radośnie. Potem opadł znowu na przednie nogi i pochylił głowę przed młodym oraczem, który wbił lemiesz w ziemię i woły zatrzymał. Posłowie wyjęli z tobołów szaty książęce; długą suknię cennym futrem lamowaną i kosztowny płaszcz; podeszli do Przemysła i kłaniając się nisko. powitali go: 36 - 0, szczęsny mężu, władco od bogów nam sądzony, bądź pozdrowion ! Puść woły, zmień szaty, racz dosiąść konia i udać się w drogę O Przemyśle Była wczesna jesień, dzień cichy, słoneczny. Koń Libuszy szedł ostro, pewnym krokiem. Nikt go nie prowadził, ni głosem nie kierował. Szedł tak, jakby zmierzał do stajni, aż mężowie zdumiewali się dając wiarę przypuszczeniom, że wierzchowiec nie pierwszy raz tę drogę przebywa. Kto wie, może księżna jeździła tędy o wieczornym zmroku i nim kur zapiał, wracała do swego dworzyszcza. Siwek na krok nie zboczył z drogi, nic nie mogło sprowadzić go ze szlaku. Mijali stada pasących się koni. ich wesołe rżenie witało go i wabiło. , Lecz on szedł dalej, ni w prawo, ni w lewo nie zwracając oka. Gdy zaś rozsiedli się w szczerym polu pod dziką gruszą lub w skąpym cieniu rdzawopiennej sosny, by wytchnąć trochę, rumak księżnej, postawszy chwilę, sam ruszał w dalszą drogę. Tak minęli góry i doliny, aż dnia trzeciego z rana zbliżyli się do wsi . między dwoma zboczami, na skraju wąskiego parowu, na którego leżącej dnie płynął strumień. Jakieś pacholę wybiegło im naprzeciw. ? Czy żyje tu mąż - Hej, chłopcze' . - zagadnęli. - Czy to Stadice . imieniem Przemysł'} . - Tak, to Stadice, a Przemysł tam pole orze - odparło pacholę. Ujrzeli też opodal męża wysokiej postaci, który w łapciach z łyka dostojnie kroczył za pługiem popędzając prętem łaciate woły. Jeden miał łeb biały, drugi zaś białą pręgę od czoła przez grzbiet i zadnie nogi również jak śnieg białe. Ruszyli szeroką miedzą ku oraczowi, a gdy się doń zbliżyli, koń księżnej zatrzymał się, odwrócił bokiem i stanął dęba, rżąc radośnie. Potem opadł znowu na przednie nogi i pochylił głowę przed młodym oraczem, który wbił lemiesz w ziemię i woły zatrzymał. Posłowie wyjęli z tobołów szaty książęce; długą suknię cennym futrem lamowaną i kosztowny płaszcz; podeszli do Przemysła i kłaniając się nisko. powitali go: 36 - 0, szczęsny mężu, władco od bogów nam sądzony, bądź pozdrowion ! Puść woły, zmień szaty, racz dosiąść konia i udać się w drogę . z nami. Księżna Libusza i cały naród czeski czekają, byś przyjął władzę, tobie i twym potomkom przeznaczoną. Wybraliśmy cię bowiem naszym sędzią, obrońcą i księciem ! Przemysł wysłuchał ich w milczeniu, bez słowa wetknął pręt leszczynowy w ziemię i wy przągł woły. Zdejmując z nich jarzmo rzekł. , - Idźcie, skądeście przyszły. . Ledwie wypowiedział te słowa, woły dźwignęły się, ruszyły i znikły w skale , która otworzyła się i natychmiast zamknęła, tak że nie zostało po nich śladu. Przemysł zaś zwrócił się do posłów w te słowa: - Szkoda, żeście tak rano prz ybyli.. Gdybym był zdążył tę rolę zaorać, byłaby obfitość chleba po wsze czasy. Ale iż pośpieszy liście się dzieło moje przerywając, wiedzcie, że w kraju głód nieraz nastanie. A oto suchy pręt leszczynowy, wetknięty w ziemię i jak gdyby jej sokami karmiony. począł nagle wypuszczać pędy jak wiosną i wraz wyrosły z niego trzy gałązki pokryte zielonym liściem i młodymi orzechami. Posłowie oniemieli ze zdumienia, widząc ten dziw nad dziwy. Przemysł zaś zaprosił ich , by z nim do stołu usiedli i ranną strawę spożyl i. Odwrócił pług, a wyjąwszy z leżącej na miedzy torby z łyka bochen chleba i ser, położył je na błyszczącym w słońcu żelaznym lemieszu. "Ten ci to stół żelazny, o którym mówiła Libusza!" - pomyśleli pełni zdziwienia władycy. A gdy śniadali z Przemysłem wokół pługa i z dzbana jego pili, uschły dwa pędy na leszczynowym pręcie i opadły. , trzeci zaś rósł szybko i bujnie wzwyż i wszerz. Dziw ten Iękiem przejął gości; ukazywali nań pytając Przemysła, co by to znaczyło. - Powiem wam - rzekł Przemysł. - Oto z mego pokolenia wielu będzie panować, ale tylko jeden władcą i panem na długie lata zostanie. z kolei posłowie zapytali go, czemu posila się przy żelaznym stole, ' . a nle na miedzy. - Czynię to - odparł książę - na znak, że mój ród będzie dzierżył władzę żelazną ręką. Przeto żelazo w poważaniu miejcie! W czas pokoju pola nim orzcie, w czas wojny przeciwko nieprzyjaciołom nim się brońcie! Póki Czesi będą mieli taki stół, wrogów swych przemogą. Ale gdy cudzoziemcy go zabiorą, utracą Czesi wolność! To rzekłszy wstał i wraz z posłami poszedł ku dziedzinie pożegnać ród swój, tak zaszczycony i wywyższony wyborem księżnej. A potem odziany w książęce szaty z połyskliwym pasem. i obuty w książęce trzewiki, dosiadł siwka, który znowu pod nim zarżał wesoło. 37 z nami. Księżna Libusza i cały naród czeski czekają, byś przyjął władzę, tobie i twym potomkom przeznaczoną. Wybraliśmy cię bowiem naszym sędzią, obrońcą i księciem ! Przemysł wysłuchał ich w milczeniu, bez słowa wetknął pręt leszczynowy w ziemię i wy przągł woły. Zdejmując z nich jarzmo rzekł. , - Idźcie, skądeście przyszły. . Ledwie wypowiedział te słowa, woły dźwignęły się, ruszyły i znikły w skale , która otworzyła się i natychmiast zamknęła, tak że nie zostało po nich śladu. Przemysł zaś zwrócił się do posłów w te słowa: - Szkoda, żeście tak rano prz ybyli.. Gdybym był zdążył tę rolę zaorać, byłaby obfitość chleba po wsze czasy. Ale iż pośpieszy liście się dzieło moje przerywając, wiedzcie, że w kraju głód nieraz nastanie. A oto suchy pręt leszczy nowy . , wetknięty w ziemię i jak gdyby jej sokami karmiony. począł nagle wypuszczać pędy jak wiosną i wraz wyrosły z niego trzy gałązki pokryte zielonym liściem i młodymi orzechami. Posłowie oniemieli ze zdumienia, widząc ten dziw nad dziwy. Przemysł zaś zaprosił ich , by z nim do stołu usiedli i ranną strawę spożyl i. Odwrócił pług, a wyjąwszy z leżącej na miedzy torby z łyka bochen chleba i ser, położył je na błyszczącym w słońcu żelaznym lemieszu. "Ten ci to stół żelazny, o którym mówiła Libusza!" - pomyśleli pełni zdziwienia władycy. A gdy śniadali z Przemysłem wokół pługa i z dzbana jego pili, uschły dwa pędy na leszczynowym pręcie i opadły. , trzeci zaś rósł szybko i bujnie wzwyż i wszerz. Dziw ten Iękiem przejął gości; ukazywali nań pytając Przemysła, co by to znaczyło. - Powiem wam - rzekł Przemysł. - Oto z mego pokolenia wielu będzie panować, ale tylko jeden władcą i panem na długie lata zostanie. z kolei posłowie zapytali go, czemu posila się przy żelaznym stole, ' . a nle na miedzy. - Czynię to - odparł książę - na znak, że mój ród będzie dzierżył władzę żelazną ręką. Przeto żelazo w poważaniu miejcie! W czas pokoju pola nim orzcie, w czas wojny przeciwko nieprzyjaciołom nim się brońcie! Póki Czesi będą mieli taki stół, wrogów swych przemogą. Ale gdy cudzoziemcy go zabiorą, utracą Czesi wolność! To rzekłszy wstał i wraz z posłami poszedł ku dziedzinie pożegnać ród swój, tak zaszczycony i wywyższony wyborem księżnej. A potem odziany w książęce szaty z połyskliwym pasem. i obuty w książęce trzewiki, dosiadł siwka, który znowu pod nim zarżał wesoło. 37 O Przemyśle Była wczesna jesień, dzień cichy, słoneczny. Koń Libuszy szedł ostro, pewnym krokiem. Nikt go nie prowadził, ni głosem nie kierował. Szedł tak, jakby zmierzał do stajni, aż mężowie zdumiewali się dając wiarę przypuszczeniom, że wierzchowiec nie pierwszy raz tę drogę przebywa. Kto wie, może księżna jeździła tędy o wieczornym zmroku i nim kur zapiał, wracała do swego dworzyszcza. Siwek na krok nie zboczył z drogi, nic nie mogło sprowadzić go ze szlaku. Mijali stada pasących się koni. ich wesołe rżenie witało go i wabiło. , Lecz on szedł dalej, ni w prawo, ni w lewo nie zwracając oka. Gdy zaś rozsiedli się w szczerym polu pod dziką gruszą lub w skąpym cieniu rdzawopiennej sosny, by wytchnąć trochę, rumak księżnej, postawszy chwilę, sam ruszał w dalszą drogę. Tak minęli góry i doliny, aż dnia trzeciego z rana zbliżyli się do wsi . między dwoma zboczami, na skraju wąskiego parowu, na którego leżącej dnie płynął strumień. Jakieś pacholę wybiegło im naprzeciw. ? Czy żyje tu mąż - Hej, chłopcze' . - zagadnęli. - Czy to Stadice . imieniem Przemysł'} . - Tak, to Stadice, a Przemysł tam pole orze - odparło pacholę. Ujrzeli też opodal męża wysokiej postaci, który w łapciach z łyka dostojnie kroczył za pługiem popędzając prętem łaciate woły. Jeden miał łeb biały, drugi zaś białą pręgę od czoła przez grzbiet i zadnie nogi również jak śnieg białe. Ruszyli szeroką miedzą ku oraczowi, a gdy się doń zbliżyli, koń księżnej zatrzymał się, odwrócił bokiem i stanął dęba, rżąc radośnie. Potem opadł znowu na przednie nogi i pochylił głowę przed młodym oraczem, który wbił lemiesz w ziemię i woły zatrzymał. Posłowie wyjęli z tobołów szaty książęce; długą suknię cennym futrem lamowaną i kosztowny płaszcz; podeszli do Przemysła i kłaniając się nisko. powitali go: 36 - 0, szczęsny mężu, władco od bogów nam sądzony, bądź pozdrowion ! Puść woły, zmień szaty, racz dosiąść konia i udać się w drogę . z nami. Księżna Libusza i cały naród czeski czekają, byś przyjął władzę, tobie i twym potomkom przeznaczoną. Wybraliśmy cię bowiem naszym sędzią, obrońcą i księciem ! Przemysł wysłuchał ich w milczeniu, bez słowa wetknął pręt leszczynowy w ziemię i wy przągł woły. Zdejmując z nich jarzmo rzekł. , - Idźcie, skądeście przyszły. . Ledwie wypowiedział te słowa, woły dźwignęły się, ruszyły i znikły w skale , która otworzyła się i natychmiast zamknęła, tak że nie zostało po nich śladu. Przemysł zaś zwrócił się do posłów w te słowa: - Szkoda, żeście tak rano prz ybyli.. Gdybym był zdążył tę rolę zaorać, byłaby obfitość chleba po wsze czasy. Ale iż pośpieszy liście się dzieło moje przerywając, wiedzcie, że w kraju głód nieraz nastanie. A oto suchy pręt leszczy nowy . , wetknięty w ziemię i jak gdyby jej sokami karmiony. począł nagle wypuszczać pędy jak wiosną i wraz wyrosły z niego trzy gałązki pokryte zielonym liściem i młodymi orzechami. Posłowie oniemieli ze zdumienia, widząc ten dziw nad dziwy. Przemysł zaś zaprosił ich , by z nim do stołu usiedli i ranną strawę spożyl i. Odwrócił pług, a wyjąwszy z leżącej na miedzy torby z łyka bochen chleba i ser, położył je na błyszczącym w słońcu żelaznym lemieszu. "Ten ci to stół żelazny, o którym mówiła Libusza!" - pomyśleli pełni zdziwienia władycy. A gdy śniadali z Przemysłem wokół pługa i z dzbana jego pili, uschły dwa pędy na leszczynowym pręcie i opadły. , trzeci zaś rósł szybko i bujnie wzwyż i wszerz. Dziw ten Iękiem przejął gości; ukazywali nań pytając Przemysła, co by to znaczyło. - Powiem wam - rzekł Przemysł. - Oto z mego pokolenia wielu będzie panować, ale tylko jeden władcą i panem na długie lata zostanie. z kolei posłowie zapytali go, czemu posila się przy żelaznym stole, ' . a nle na miedzy. - Czynię to - odparł książę - na znak, że mój ród będzie dzierżył władzę żelazną ręką. Przeto żelazo w poważaniu miejcie! W czas pokoju pola nim orzcie, w czas wojny przeciwko nieprzyjaciołom nim się brońcie! Póki Czesi będą mieli taki stół, wrogów swych przemogą. Ale gdy cudzoziemcy go zabiorą, utracą Czesi wolność! To rzekłszy wstał i wraz z posłami poszedł ku dziedzinie pożegnać ród swój, tak zaszczycony i wywyższony wyborem księżnej. A potem odziany w książęce szaty z połyskliwym pasem. i obuty w książęce trzewiki, dosiadł siwka, który znowu pod nim zarżał wesoło. 37 Gdy zaś władycy w drodze spytali Przemysła. czemu wziął ze sobą torbę i łapcie z lipowego łyka. rzekł: . - Zabrałem je i każę na wieki zachować. Niech moi potomkowie pamiętają. skąd się wywodzą. niech w skromności żyją i ludzi sobie powierzonych nie uciskają ani ciemiężą, albowiem równiśmy wszyscy. A gdy przebywszy długą drogę dojeżdżali do Vyszehradu, wyszła im naprzeciw Libusza w srebrnej przepasce na czole i wspaniałym bursztynowym naszyjniku na białej szyi. Ubrana w śnieżnobiałą szatę, była piękna i wyniosła. a radosne wzruszenie jaśniało w jej oczach już z daleka wypatrujących Przemysława na siwym koniu na czele poselstwa. Księżnej towarzyszyły dwórki, dworzanie i co przedniejsi przedstawiciele rodów, którzy wraz z całym orszakiem czekali na posłów i nowego księcia. I radowali się wszyscy na widok urodziwego, rosłego męża. A najbardziej cicszyła się młoda księżna. Spotkała kiedyś swego oblubieńca w Budczy. Teraz podali sobie ręce i szczęśliwi weszli razem do zamku, a z nimi cały lud. Wszyscy pełni wesela. Wśród radosnych okrzyków posadzono Przemysła na kamiennym książęcym stolcu. I sławiono go w zamku. i jego związek z Libuszą Sławiono na podgrodziu i na górze. Tam goście i dworzanie zasiedli do uczty przy stołach w wielkiej komnacie i na przestronnym dziedzińcu. Jadła było w bród. Dzbany pełne miodu. Goście jedli i pili śpiewając lub słuchając pieśniarzy. Ci, nucąc stare pieśni o sławnych bohaterach i bojach, trącali struny do wtóru. Sławiono wybór. Sławiono młodą parę ucztując dzień cały i długo w noc przy blasku ognisk i smolnych pochodni. A gdy ognie pogasły i nad lasami różowiła się już poranna zorza. Vyszehrad i podgrodzie wciąż jeszcze rozbrzmiewały hucznym weselem, a ranny wietrzyk niósł radosne echo za rzekę, ku ciemnym borom spowitym w białawej mgle. Proroctwa Libuszy Tak oto Libusza wprowadziła Przemysła na tron książęcy. A gdy skończyły Się gody weselne, zęszła z nim do głębokiej podziemnej komory, wyżłobionej w skale. zamkniętej ciężkim, mocno okutym wiekiem. W lochu tym ściany i ustawione wzdłuż nich ciężkie stoły lśniły blaskiem rozmaitych kruszców. żelaza, brązu, srebra i złota; wisiały tam miecze, pasy, hełmy. kolczugi, tarcze pięknie kute, lężały złote naramienniki, sprzączki. pierścienie i opaski na czoło ze srebrnych drucików, naszyjniki z jantaru, drogich kamieni. szkła i metalu, bryły czystego srebra obok wielkich mis pełnych drobnego złotego piasku. Libusza pokazała księciu skarbiec , nalężał teraz bowiem i do niego. Zaprowadziła go też do swego ogrodu, na święte miejsce w cieniu starych drzew , gdzie srebrem połyskiwała głowa chmurnego Peruna. Tamwiosną . 1atem siadywali sami, w poważnych pogrążeni rozmowach. Często też i . nad Jezerką, gdzie Libusza, dziewką chronili się w cieniu świętego gąjU . jeszcze będąc, kąpała się ze swymi dwórkami i gdzie dziewczęta rozczesywały .jej piękne włosy. wdzięczne pieśni śpiewając. Tam teraz z małżonki .em radziła, jak rządzić krajem i jakie . mu nadać ustawy. Przemysł 'ustanowił wówczas liczne prawa, którymi niesforny lud w karby ujął, a według których rządzili później przez wiele stuleci jego potomkowie. Wówczas także prz emówiła Libusza, wieszczym duchem natchniona. Dnia pewnego stan ,ęła z Przemysłem, drużyną i starszymi ludu na skalnym urwisku Wysoko nad Wełtawą. Długie cienie kładły się na bujnie kwitnące łąki w dole, gdzie pod wysokim sklepieniem olch i wierzb płynął wartki potok Boticz. Gaj na wzgórzu zwanym Wilczą Bramą skąpany był w świetle zachodu. w którym płonęły łany zboża w dole i nad doliną, na rozległej wyżynie na prawym brzegu rzęki. Wszyscy patrzyli na dojrzewające zboże podziwiając wspaniały urodzaj oraiz hojność bogów. Wtem stary władyka z drużyny począł głośno 39 . wspominać, jak to przed laty stanął na tym miejscu z posłami, wysłany przez zmarłego wojewodę, by obrać miejsce na nowy gród. - Jakież tu było pustkowie! Bory .jeno i bory jak tam! - wskazał ręką na zachód, na zalesione wzgórza za rzeką, lśniącą w blasku słońca. Zjej jasnych wo ' d wynurzały się ostrowy porośnięte gęsto krZew ami i . . kępami olch. Stada ptaków krążyły nad nimi, a z ciemnych drzew przybrzeżnych, których pnie i gałęzie oplatał dziki chmiel, niósł się krzyk błotnego ptactwa. , Zebr(ani na vyszehradzkiej skale spojrzeli w kierunku wskazanym przez starego władykę, poza ostrowy, za rzekę: na samym brzegu, na stokach Petrzinu i Strahova, wszędzie wokoło ciągnęły się ogromne bor.y Otulała - je błękitnawa szarość. W dali nad lasami unosił się prosty Słup jasnego dymu, prześwie tlony . promieniami zachodzącego słońca. Zapewne jakiś .1 łowca rozniecił ognisko w tych 0, tępach. - Wiele jeszcze wody w Wełtawie uplynie. nim te bory padną .- cią.gnął starzec - długo jeszcze będaą chronić stada głodnyc.h wilków. Jest tych borów niemało. Za Strahoyem Szlachov, M alejov i inne daleko w głębi kraju Nim je w'Ypalimy ,.. - Nie dokończył. Nikt 20 już nie słuchał, - - j nikt słowa nie wyrzekł. Wszyscy znieruchomieli tłumiąc dech. wpatrzeni - - , w młodą księżnę stojącą na pr zedzie. Lica jej zajaśniały .. nagle, jak w święty - m natchnieniu. które płonęło i w oczach. Zbo .żna trwogaa przeniknęła serca drużyny , , Libusza jJkby nie widząC nikogo - ni mnałżonka, ni .- orszaku .-- w dziwnym Zachwyceniu wYciągnęłaa ręcu ku błękitnie'jacy m za - 1e preorocze słowa : rzeka lasom pOkr.YWajacYm łagodne wzgór'ze i wyrzekła . - - Miasto widzę ogromne, a ssławwa jego gwiaazd dosięże. Jest .w borze wodami Wełtawy oblane. Od miejsce, o trzydzieści staiań stąd odległe. - północy .. zamyka je głęboki parów i potok p rusnica. Od pOłudnia zasię skalista góra i bór strahovsk i. Tam przyszedłszy . zna jdziecie człowieka ciosająceg go próg domu. I nazwiecie gród, który w tvm miejscu wzniesiecie. Praga i . . A iak książęta i w ojewodowie przeęd pro giem głowę skaniają. przed miastem moim, Część mu i Chwała albowiem tak pochy .1 lać się będą zasłynie w świecie całym. Zamilkła. Byłaby mówiła dalej, ale nagle przygasł żar natchnienia duch proroczy - ją opuścił N atychmiast przeprawili się przez rzekę i poszli na wzgór'ze do starego boru, a znalazłszy tam człowieka prz y pracy. .iak to Libusza przepowie- . działa, Jęli na tym miejscu grÓód budować. Zbudowali i mocno go obwaro- ____ praga - po czesku: Praha, od prah (próg). wali, a najmocniej od zachodu. od strony boru strahovskiego. stąd bowiem dostęP był najłatwiejszy. Rowy głębokie wykopali. wały usypali, na wałach tęgi ostrokół wznieśli, bramę strażnicaml umocnili. W ściany ćwieków drewnianych nabili l gliną zmieszaną ze słomą je oblepili, by oprzeć się mogły ogniowi i strzałom ognistym. . I stanął mocny warowny gród Praga, i górował obok Vyszehradu nad całą ziemią czeską. Zdarzyło się, że na Vyszehfad przybyli władycy kilku rodów , starsi, znamienici mężowie, znani w całym plemieniu, i rzekli do Przemysła: - Książę, wszystkiego mamy obfitość: i bydła, i zboża, i ryb, i zwierza. Jedynie kruszców nam nie dostaje. To, co sami z ziemi dobywamy, nie starcza nam zgoła, za resztę zaś drogo płacimy kupcom kon mi, skórami i miodem. Tyś mądry - , poradź i pomów z księżną, by nam w swych proro- . ctwach oznajmiła, gdzie ziemia ukrywa złoto, srebro i inne cenne kopaliny. Przemysł usły - szawszy ich prośby rzekł, by wrócili do swych dziedzin i za dni piętnaście stawili się znów w grodzie; wtedy usłyszą odpowiedź. A gdy przyszli w dniu oznaczonym, ujrzeli Przemysła siedzącego na stolcu, - a księżnę Libuszę na drewnianym stołku zdobnym iej znakami. -- Słuchajcie, dzielni władycy i mężowie czeskiej ziemi - rzckł Przemysł. - Słuchajcie słów macierzy wasze.j. która WaS i potomstwo wasze tymi słowy wzbogaci! Wszyscy spojrzeli na dostojną księżnę. Nawiedzona duchem wiesz- - czym, szła przez dziedziniec na skra.j wałów. Przemysł obok niej, za nimi dwórki j władycy. Libusza stanęła na wysokiej skale nad rzeką Wcłtawą i tak przemówiła: - Co ukrywa się W skale w głębi ziemi, mym głosem wam obja wi bogów głos. . . Zwróciła się na zachód, wyciągnęła ręce i mówiła dalej: - Górę widzę Brzozową. a w niej żyły srebra. Który szukać będzie, znajdzie bogactwo, I sąsiad od zachodu wbrew woli naszej będzie chciał kruszcu, który władzę daje. Wy brońcie się, niech z darów ziemi waszej Pęt niew.olników wam nie ukuje. Zwróciwszy się potem na południe. tak wróżyła: -- Górę widzę Jilową. złota pełną. W nim siła i dziwów moc. Wszakże moc zniknie i słabos .c was powali, gdy zgaśnie w was miłości święt y żar. ; A obróciwszy się na lewo. ku wschodowi, tak prorokowała: - Tam góra o trzech grzbietach i w łonie swym kryje pokłady srebra Mowa o górze wznoszącej się nad Kutną Horą: w okoJicy tcgo miasta były znane w średniowieczu kopalnie srebra. 43 na stulecia. A że trzy grzbiety ma, trzykroć opadnie i trzykroć dźwignie się jej kruszec znów. I cudzoziemców będzie wabić jak rozło2ysta lipa, gdy w kwieciu stojąc wabi roje pszczół. Nie trutnie ich przemogą, lecz pszczółek praca, która srebro w złoto wam przemieni. . Skończywszy wyciągnęła rękę na północ, mówiąc: - Górę widzę Krupnatą, a w jej głębinach cyny i ołowiu mętny blask. Wszakie granica blisko, straż postawcie, baczącą czujnie na każdy krok. Gdy choć na piędź ustąpicie, stracicie łacno całY łan. J obróciła się do właTak opisawszy nieznane dotąd złoża kruszców, , dyków słuchających w milczeniu i z uwagą i te słowa wyrzekła: - Blask siedmiu kruszców w waszej ziemi lśni, a kłosów złoto na chlebnych łanach. Wasz ród żyć tu będzie po wieki wieków i silnv będzie, ., i błogosławiony, jeśli mu świętą będzie qjców ziemia przez krew ich, trud i wesele, jeśli słowom obcych nie da posłuchu i uczci obyczaj stary, i bratem będzie zawsze braciom swoim... Często schodziła Libusza do stóp vyszehradzkiej skały, gdzie Wełtawy najgłębsza szumiała toń. Tam się samotna kąpała. Tan1 też razu pewnego w natchnieniu wieszczym przyszłość ujrzała, gdy stojąc na skalnym progu - - wzrok zapuściła w skłębion~ y nurt i tajemnicze głębiny. Wartko płynęła rzeka, a w jej falach obraz za obrazem. Płynęły -, pły.nęły coraz smutniejsze. coraz bardziej posępne, aż wzdrygała się myśl i serce, . Blada, drżącą Libusza coraz to chyliła głowę nad wodą, trwożnym wzrokiem ścigając widziadła. ~ z lękiem i niepokojem spozierały zdumione dwórki na panią, co z obliczem ku rzece zwróconym załkała boleśnie, a potem głosem od żalu stłumionym tak przemówiła: - Łuny poiarów widzę, buchające w toni płomienie. A w nich wioski, grody, potężne gmachy, wszystko płonie. ach, ginie! W dymie pożarów wre bój - krwawe wojny. Jakie wojny! . Sine ciała, ran pełne i krwi. Brat brata morduje, a obcy od tyłu zachodzi. Widzę nędzę, poniżenie, karę okrutną!... Wtem dwie dwórki podały . księżnej złotą kolebkę jej pierworodnego. Blask radości rozjaśnił lica Libuszy. Ucałowawszy kołyskę wrzuciła ją w bezdenną toń i pochylona nad wodą, wzruszonym głosem tak dalej mówiła: -- Spoczywaj na dnie głęboko, kolebko syna mego, póki twój czas nie nadejdzie. Nie pozostaniesz w mrocznych głębinach, nie będzie wiecznie trwaćnoc w ojczyźnie. Wzejdzie znów jasn- y dZi .eń, wróci szczęście mego ludu. Oczyszczony cierpieniem, silny miłością i znojem powstanie, spełni 44 swe pragnienia i sławę dawną odzyszcze. W ówczas z mroku wód wypłYniesz, w blasku . Się objawisz i zbawienie ojczyzny, przed wiekami oznaj, mione, spocznie w tobie jak dziecię... , Mijały lata. Gdy upłynął sądzony jej czas, Kazi, co nieraz chorym zdrowie czarami przywracała, sama chorobie.uległa. Lud okoliczny usypał jej wysoką mogiłę w pobliżu zamku nad brzegiem rzeki Mż y , przy drodze, która wiodła do krajów żupy i bechyńskiej za górą Osek. Wnet potem palec Marzanny dotknął czoła bogobojnej Tety. I ona oddała ducha. żal ogarnął cały kraj, bo była matką dla wszystkich. Popioły jej pogrzebano na zachodnim stoku góry Pohled , obok s świętego . miejsca pod starymi dębami, gdzie ongiś bogom biła pokłony i ofiary składała. Tam także zapłonął po śmierci Tety olbrzymi ogień przez dziewięć dni podsycany, i tam ofiary bogom składano a grób jej przywalono ogromnym głazem. Libusza przeżyła swe siostry, ale i jej dni dobiegłY końca. z natchnienia bogów wiedziała, że zbliża się kresjej żywota. I myśląc o dalekiej wędrówce w wieczność, do raju, za ojcem i siostrami, prosiła Przemysła, by zwołał starszych i starostów rodów, albowiem raz jeszcze chciała do nich przemówić. . A gdy zebrali się wszyscy na yyszehradzk im dziedzińcu, kazała rozniecić ognie ofiarne i zstąpiła wraz z Przemysłem między zgromadzonych, blada, spokojna, oderwana już jakby od tej ziemi, budząca powszechne uwielbienie. Oznajmiła, że los jej się wypełnia, że widzi ich po raz ostatni i po raz ostatni do nich przemawia. I zaklinała zebranych, by Przemysłowi, .księciu swemu, a potem synowi jej wiary dochowali i posłuszni im byli. Wszyscy słuchali wzruszeni, wszystkich smutek ogarnął, a łzy zasnuły oczy nawet mężom brodatym, gdy Libusza małżonka prosiła, by pobłażliwy był dla ludu swego. A potem wyciągnąwszy dłonie błogosławiła im. Wróciwszy do swej izby macierz narodu legła na ziemi i wyzionęła ducha. Płakał po niej mąż i syn, płakały dwórki i poddahi, płakali płaczem wielkim. I wynieśli i spalili ciało jej, a popiół pogrzebali odprawiwszy nad grobem uroczystą tryznę. . Nikt nie wie dokładnie, gdzie ten grób. Starzy mówią, że w Libuszinie, gródku księżnej, ale dawne podanie głosi, że w zamku libickim, nie opodal bogatego w rzadkie korzenie i zioła. tajemniczego wzgórza Oszkobrh, żupa - ziemia, okręg. 45 Skarb Libuszy i po jej śmierci pozostał nietkniętY - w skalnej pieczarze, gdzie go małżonkowi swemu pokazała. Przemysł nie ruszył go, wiedząc jakie jest jego przeznaczenie. I tak leży skarb ów po dziś dzień ukryty głęboko w yyszehradzkiej skale, a zabłyśnie w niej wtedy dopiero, gdy w kraju nastanie drożyzna . prawdziwa bieda. A gdy się skała otworzy, wróci obfitość wszystkiego, i nędza zaś minie. Złota kolebka długo spoczywała na dnie Wełtawy pod Yyszehradzką skałą. Czas, płynął i cios za ciosem spadał na czeską krainę. Ginęły dziedziny, ginęły kraje. Pożary zamieniły w zglisza wsie i miasta. Bój za bojem krwią zlewał ziemię ojczystą. Brat zabijał brata po wielekroć nawet w ro- dzinie Libuszy, a obcy nachodzili granice. Lecz nadszedł kres i tej nocy. Złota kolebka wypłynęła z ciemnych wód podvyszehradzką skałą, zalśniła złotem, wróżąc lepsze czasy, a w niej spoczęło zbawi .enie ojczyzny - synaczek ostatniej latorośli rodu Przemysła i . I rosła kolebka wraz z dziecięciem, aż zmieniła się w złote łoże, a dziestał się o.jcem swej ojczyzny. Na Świętym Karlsztejnie cię w męża, który miał to czarodziejskie łoże, na nim odpoczywał znużony trudem i troską o kraj. A gdy zmarł, złote łoże, nie chcąc służyć nikomu innemu, znikło. Zanurzyło się znowu jako mała kolebka tam, skąd wypłynęło, w ciemnej toni, głęboko pod Yyszehradzką skałą, i dotąd tam czeka... i Mowa tu o Karolu IV ( 1346- 1378) synu Jana Luksemburezyka i Elżbiety Przemysłówny, ,.ostatniej latorośli rodu Przemysła... Króla tego można zestawić ze współczesnym mu Kazimierzem Wielkim, z którym zresztą był skoligacony. Dziewczyńska wojna I Kiedy Libusza w zaświaty odeszła, dwórki jej spostrzegły, że nie cieszą .się już takim poważaniem jak za dni życia swej pani. ciężko . Jm było. Gorzko wspominały czasy, gdy księżna samajedna panowała nad ,krajem i nad wszystkimi mężami. a już wielkim gniewem rozpalały się ich serca, gdy niejeden mąż rzucił z uśmiechem: - Miałyście cześć ludzką, kłanialiśmy się wam. i co z tego'} . Teraz je steście jako te błędne owce. Wreszcie długo tajony gniew buchnął gwałtownie jak płomień. Sprai pomsty -, chwyciły dziewki za miecze i łuki i nie bacząc gnione władzy - na nierówne siłY ., wszczęły srogą wojnę przeciw mężczyznom. Przewodziła im Vlasta, ongiś pierwsza na dworze Libuszy. Ona też przed innymi za broń chwyciła, ona zgromadziwszy niewiasty do boju je wezwała i do zbudowania obronnego kasztelu skłoniła. Kasztel ten ostoję swoją - wzniosły na drugim brzegu Wełtawy na górze, wyżej nieco niż Yyszehradzkie grodziszcze. We wsz- ystkim słuchały Vlasty jako swej pani i wodza. Na jej rozkaz . rozproszyły się po całym kraju namawiając niewiasty i dziewki, by po- niechawszy wszystkiego spieszyły na Dziewin, tak zwał się bOWi 'em ów gród nowy. Nawoływały do walki z mężczyznami. by odtąd władać mogły niewiasty, a mężowie mieli służyć im i pola uprawiać. W ezwanie Vlasty nie przeszło bez echa, jak iskra rozpaliło wiele serc niewieścich. Niczym stada gołębic wylatujących z gołębników , śpieszyły białogłowy i dziewki, porzuciwszy mężo w, ojców i braci, na zamek . dziewiński. Wnet zaroiło Się na wysokich wałach, na dziedzińcach, w komnatach i komorach. Mężczyźni wśród śmiechu i szyderstw przyglądali się z przeciwległego brzegu, jak dziewki uczyły się władać bronią i jeździć konno. Starzy 47 i doświadczeni woje spozierali na nie z lekceważeniem i w obecności Przemysła wyśmiewali zbrojące się niewiasty, gotując się do wypróbowania ich odwagi. Cały dwór książęcy cieszył się z góry na te łowy. Tylko jeden książę był markotny. , pełen troski rzekł: ; - Nie weselę się z wami, a wiecie czemu? Nie śmielibyscie się i wy, gdybyście mi . eli takie widzenie jak ja dzisiejszej nocy. Chcąc ich przestrzec opowiedział, co widział we śnie. - Noc była, wokół pełno gęstego, duszącego dymu. w łunie pożaru widziałem dziewkę w przyłbicy , spod przyłbicy powiewały jej długie włosy; w jednej ręce dzierżyła miecz, w drugiej czarę. Na ziemi, w kurzu . . i krwi, leżeli zabici mężowie . Dziewczyna biegała jak szalona depcząc po trupach; potem nabrawszy krwi w czarę chłeptała ją jak bestia, w dzi- . .. kim zapamiętaniu. O. słuchajcie, mężowie, głosu bogów i na znak ich pomnijcie. Tym widzeniem przestrzegam was. Słuchajcie słów moich, lekce ich sobie nie ważąc... -- II A w Dziewinie dziewki gotowały się do boju przeciwko mężczyznom. Stłumiwszy w sobie wszelkie uczucia, twardo, bezlitośnie oznajmiły ojcom i braciom: - Niczym już nie jesteśmy dla was i niczym nie będziemy. Troszczcie się o siebie sami. Poprzysięgły sobie wierność i zaklinały się wzajemnie, że raczej śmierć poniosą od własnego miecza, niż dopuszczą się zdrady. Śluby takie skła- ., . dały na Dziewinie wodzowi swemu, Vlaście, ta zaś wyznaczała każdej miejsce i zadanie. Z najmędrszych dziewek utworzyła radę, przezornym powierzyła pieczę nad grodem, a najdzielniejsze do boju w polu ćwiczyła; miały walczyć z koni i zabijać mężów jako psów. Piękne zaś, rosłe i wdzięcznego wejrzenia wybrała, by wabiły mężczyzn i gubiły ich swoją urodą. Chciała ich bowiem zniszczyć zarówno siłą, jak i wszelkim podstępem. Mężowie zaś nadal trwali w zaślepieniu i lekceważyli rady Przemysła. Wyruszyli na Dziewin jak na zabawę, pewni, że gdy tylko się pojawią i mieczem błysną, dziewczęta przelękłszy się pierzchną jak stado wróbli przed kotem. A tu dziw nad dziwy. Dziewki wprawdzie na murach nie pozostały, ale i nie uciekły. Wypadły z bramy na pole, gdzie Vlasta natychmiast w szyk bojowy je ustawiła. Siedząc na wronym koniu, w kolczudze i w szyszaku, 48 oszczepem w dłoni zachęcała do boju swe niewieście hufce, iżby nie lękały się i mężnie walczyły. - Jeśli pozwolimy się pokonać - wołała - śmiac się z nas będą. Uczynią z nas bydło robocze, niewolnice. Wolej zginąć niż zdać się na ich łaskę. Do boju! Bij, zabij! Nie szczędzić nikogo, czy to brat, czy ojciec! Wyrzekłszy te słowa popędziła konia i wywijając oszczepem ruszyła ,cwałem naprzód a za nią pogoniła dzika wrzawa. Chciwe walki dziewki za nią w szyku bojowym. Mlada, Svataya, Hodka, Radka i Czasta- . - na czele, tuz za wodzem. . Na mężczyzn posypał się grad strzał.. Przestali się śmiać. Krwią zlani. szeregami, a nim zdołali się opamiętać, oddział dziewek na i siekąc ich zmieszane hufce. ~koniacii spadł im na kark rąbiąc, kłując Bój nie trwał długo. Trzystu mężów legło we krwi na .ziemi. Reszta rzuciła się do ucieczki. Gęsty, bór opodal stał się ich zbawieni .em Gdyby nie on - zczarnyzginęlbyi wszyscy. Dziewin i okoliczne osady rozbrzmiały krzykami radości, białogło- upojone zwycięstwem. Rozpaliło ono jeszcze bardziej ich męi przyciągnęło ku nim wiele nowych towarzyszek. Bowiem wieść . obiegła kraj cały i zachęciła inne białogłowy , co dotąd wahały .- Źle działo się po dziedzińcach. Niejednego męża znajdowano rano skłutego nożami; w trwodze o życie wielu opuszczało dom po gajach. . , Nie wiodło się także mężom pod Dziewinem. Grodu zdobyć nie mogli siłą, ni podstępem. Bowie m na zamku nie było mężczyzn, a żadna zdrady się nie dopuściła. Za to w Vyszehradzie znalazły się . co udając, że nie przyłączyły się do Vlasty, potajemnie nosiły o wszelkich zamierzeniach mężów. dokąd się wybierają, gdzie najurządzić zasadzkę i .gdzie ich dopaść. Wojna trwała długo, toczona polu i skrycie, podstępnie. Jedna z pięknyc . h wojowniczek chytrze ufnego młodziana prosząc go, by przybył oswobodzić oznaczonym, gdy z dziewięciu towarzyszkami przechodzi .c drogą za Dziewinem. Młodzian przyszedł.. . i czekał wraz ze swymi miejscu umówionym. Przyszła również dziewczyna, a z nią towarzyszek. Lecz z ukrycia wyskoczyły innejeszcze dziewki i zamłodzieńca i całą jego drużynę. Podobnie zginął .pewien mąż młody, co uwierzył pięknej dziewce zorszaku Vlasty, obiecującej, że wyda mu zdradą. Dziewin. Wedle umowy wpuściła go w nocy potajemnie za mury wraz z licznym oddziałem. Ale ani on, ani nikt z drużyny nigdy już stamtądnie wrócił. 49 Takiż podstęp zgubił władykę Ctirada, do którego Vlasta żywiła srogą nienawiść, bowiem w potyczkach i bojach najwięcej dziewek ubił. III w pewien dzień letni jechał Ctirad z kilkorgiem czeladzi przez pola ze swej dziedziny ku praskiemu zamkowi. Młody władyka i jego ludzie . mieli miecze u boku, łuki i skórzane kołczany na plecach. Niejeden dzierżył i oszczep. , Niebezpiecznie było bowiem wyruszyć w on czas samotnie i bez broni w pole, gdzie dziewki zasadzki . czyniły. Słońce prażyło, męczyła duchota. Nie drgnął ni kłos., ni liść, nieruchomo stały łany zboża i konopi. w lesie awet, kędy wiodła ich droga, nie było chłodniej. Cień starych drzew i czarnych skał, sterczących nad głębokim wądołem . , nie dawał ochłody. Nie wiał najmniejszy bodaj wietrzyk, nie drgnęła gałązka, a potok płynący w gęstwinie pod skałami niewydawałnajlżejsze'goszmeru.Wszystkoucichło,woda,drzewa l . ptaki.. Nagle martwą ciszę przerwał głos ludzki: był to jęk, skarga żałosna. Ctirad wstrzymał konia. Wszyscy nasłuchiwali zaskoczeni. Jęk dochodził , nagle ucichł. w tejże chwili nad głową Ctirada wzniósł gdzieś spoza skały. się ogromny kruk i kołując nad nim zakrakał chrapliwie. Ni władyka, ni jego ludzie nie zwrócili uwagi na czarnego ptaka i jego ostrzegawcze kra.kanie. Ruszyli w kierunku ludzkiego głosu. Objechawszy skałę stanęli jak wryci. Pod skałą bowiem, na której tu i ówdzie wykwitała złotożółta dziewan- na i której podnóże zarastał gąs zcz jeżyn i malin , czerwieniejących pierwszym wczesnym owocem, zieleniła się polanka słońcem zalana, porosła mietlicą i różową wierzbo ' wką. Na skraju polany nieopodal skały rósł stary dąb, pod nim zaś leżała dziewczyna powrozami mocno do pnia przy- wiązana. Zmilkła zmożona wołaniem i bólem; głowę na piersi spuściła. . . Rozplecione włosy spływały jej na ramiona, z których zwi sał na rzemieniu łowiecki róg. Usłyszawszy tętent kopyt podniosła głowę i znowu poczęła. wołać o pomoc, błagając nadjeżdżających mężów, by zmiłowali się nad n ' i .ą . i uwolnili ją z pęt. . Ctirad, wzruszony prośbą i głosem pięknej dziewki, zapomniał o wsze . lakiej przezorności. Tak samo jego towarzysze. Szybko zeskoczył z konia i dobywszy miecza przeciął więzy i oswobodził białogłowę. Skąd m6gt zdradliwych przypuszczać, że Vlasta, otrzymawszy onegdaj od jednej ze niewiast Wi .adomość o jego podróży, wszystko tak z góry przygotowała, 50 by nie wrócił już do domu.i że ta krasawica miała jej wtym dopomóc. gorąco dziękowała swemu wybawcy Uwolniona z pęt. . rzekła. że na imię jej Szarka. że jest córką władyki z Okorzina. że napadły ją w gaju dzieWi .n .skie białogłowy i spętaną wlokły do grodu. chcąc na swoją stronę przeciągnąć. dopiero usłyszawszy daleki tętent porzuciły na tej oto polanie. , - Porzuciły. ale tak mocno skrępowały. żem ruszyć się nie mogła. , I jak na posmiewisko zawiesiły mi tej róg na szyi. bym spętana o pomoc trąbiła. a tu ot.dzbanek z miodem postawiły. bym łaknąc jeszcze większe męki cierpiała. , Wskazała duże naczynie z miodem u swych stóp. I znowu rozpłakała się żałośnie. błagając. by jej tu nie ostawiał i OdWi .o .zł du ojca. nlm wrócą te białogłowy szalone. Ctirad usiadł przy niej. obiecał. że tak uczyni. podał jej dzban. by . się po doznanym strachu i mękach pokrzepiła. Napiła się i jemu równiez .. . dała piC. Tymczasem ludzie władyki zsiedli z koni. uwiązali je opodal. . a sami legli przy nich w cieniu. by wytchnąc nieco. Było samo południe. Duszna woń sosen. macierzanki i kwiecia z po- . ręby niosłal Się wraz z gorącym tchnieniem rozgrzanego powietrzai. Wszystko trwało w bezruchu. czasem tylko motyl mlgnął nad zalalną słońcem polalną. Druhom władyki kleiły się powieki. sen obezwładniał znużone ciałal. . , Lecz paln ich pilnie wsłuchiwalł się w słowa pięknej Szarki . cieszył - go dźwięczny .jej głos. chętnie tez pociągnął z dzbanal. gdy znowu go po- dała. Obejrzał róg. który z szyi zdjęłal. a gdy poprosiłal. by zatrąbił. bo nie wie nawet. jaki róg ten ma głos. przycisnął go do warg i zadął ze wszech sił . Róg zagrał czysto i dźwięcznie w martwej CiSZy. Wśród skał. po lesie . biegł je go głos. cichł. zanikał. aż rozbrzmiał dalekim echem w głębi boru. gd., yby zbudził burzę. Z głębin leśnych. spośród krzewów. I nagle jak . . ,. wypadł na ze wszystkich stron ozwalł Się krzyk straszliwy. Jak dziki roj polanę hufiec zbrojnych dziewek. Nim drużynal Ctiraldal zerwalłal się nal nogi. nim dopadła koni i dobyła z pochew mieczy..iuż . zbro.ine niewiasty nutarły nal nią siekąc i tnąc bez litości. Ctirald skoczył druhoom z pomocą. Zanim .iednuk odszukalł w trawie swój miecz.otoczyły go ze wszyst kich stron dziewki i- . niewiasty. a nim zdążył się m ieczem zalmaChnać. powalliły go nal ziemię i związały. I leżalł oto w Pętach w tym samym miejscu. gdzie przed chwilą uwolnił powiernicę VlastY. Na próżno wściekle się miotał. dalremnie przeklinał Szarkę. biesów wzywał. by ukurały .ją za ten podstęP szkaradny. Szarka śmiała się .ieno. 51 . a z nią śmiały się inl}e wojowniczki; pełne dzikiej radości powiodły na Dziewin mężnego jeńca, który biec musiał przy koniu Szarki. . Druhowie jego zostali na polanie. W stratowanej, krwią zbroczonej trawie leżeli na słońcu, skłuci mieczami. nieżywi ; roje much siadały na ni .ch, a w górze odzywał się kruk, którego przedtem nie zoczyli; chrapliwym krakaniem zwOływał towarzyszy na żer obfity. Tak zginęła czeladź Ctirada, tak dostał się do niewoli ich władyka. i A skalisty dziki parow . gdzie się to wszystko wydarzYło po dziś dzień nazywa się imieni .em tej, która się do zguby owych męz .ów przyczyniła. IV . Straże i czaty przyniosły nazajutrz na Vyszehrad wieść straszną, że opodal Dziewina w zawieszonym na palu kole wisi ciało władyki Ctirada umęczonego przez dziewki. Wieść ta rozniosła się rychło po całym kraju. I zewsząd śpieszyli na Vyszehrad żądni zemsty woje, prosząc, by ich Przemysł prowadził, i obiecując mu powolność wewszystkim. Wielu z nich nie czekało nawet na rozkazy i ruszyło ze swymi drużynami na Dziewin tępiąc po drodze niew ieście zastęPY. Wiele dziewek wzięto w niewolę i na gród książęcy odstawiono. Vlasta. rozjuszona jak niedźwiedzica, rozzuchwalona i pewna zwycięstwa. powiodła swe hufce pod Vyszehrad, chcąc zdobyć go i wszystkich męzów wytracić. Lecz nim dotarła pod mury, z bram wypadły w szyku bojowym zbrojne drużyny wojów łaknących krwawej zemsty. I zwarli się w srogim boju. Vlasta na koniu, na czele swych zastęPów, wpadła między nieprzyjaciół Wściekłośćją ponosiła. pędziła nie oglądając się za siebie, pewna że cały hufiec za nią podąża. Dziewki . wszelako nie mogły przebić się przez zwarte męskie szeregi, a Vlasta za późno spostrzegła, że znalazła się sama w najgorętszym boju; ściśnięta zewsząd przez rozwścieczonych wojów. nie mogła nawet mieczem się zamierzyć. Otoczyli ją ciasno. z konia ściągnęli i na ostrzach roznieśli. Tak oto zginęła. Towarzyszki jej także prózno walczyły. Widząc, że wódz i ch poległ, straciły serce do walki i te. co niedawno postrach wzbudzały wśród mężów, rzuciły się teraz do ucieczki. Pognały ku swemu grodowi, szukając w nim ratunku. Dolina Sza rka leży dziś w obrębie Wielkiej Pragi. 52 Wiele zostało na placu boju. wiele pierzchając padło po drodze; i te, co schroniły się w Dziewinie. nie uszły zagładzie. Do kasztelu wraz z uciekającymi niewiastami wdarli się mężowie; na most, a potem w mury grodu wpadli. I tu skon czyło się niewieście męstwo. Dziewki rzuciły miecze i jak przystało białkom. załkały rozpoznając braci i innych krewnych; na kolana padły i złożywszy ręce, żałośnie błagały o litość. Lecz mężowie mścili Ctirada, mścili swych zabitych i podstępempomordowanych druhów. Mścili srogo i okrutnie, nijednej dziewki nie szczędząc. Piękne ich ciała śmierci . wydali strącającje z okien i wysokich wałów. A gdy nie ostała się ni jedna, gród spalili, popiół zaś rozmietli na wsze strony. 'le O -Krzesomys . . 1 Horym1rze I Gdy Przemvsl posunąl się już byl daleko w leciech, zasnął snem śmier- ci, a dusza jego do ojców odeszla. Po nim Niezamysł odziedziczył berlo , A kiedy i ten przeniosł się do wieczności, na stolcu książęcym zasiadl Mnata. . Skoro i jego dni się wypelnilv, władzę objąl Vojen. Po jego śmierci panowal Wnislaw, a gdy i on oczy na wieki zawarł, ogloszono wojewodą Krzesomysła. Działo Się to u świętego źródła Jezerki. Zapłonęły ofiarne znicze, najprzedniejszy wśród starszyzny wlożył na głowę Krze somysla czapkę, ongiś Przemysłową, a wszyscy zebrani wykrzyknęli radośnie: - Krzesomysł, pan nasz! On nas szczęśliwymi uczyni! . Wszyscy pokłonili mu się nisko i w gwarnym orszaku na Vvszehrad powiedli. Tam go uroczyście posadzono na stolcu, z którego ongiś pramatka jego i prarodzic władali, . , Za rządów Krzesomysła ludzie górnictwa sięjęli zaniedbując zupełnie pola i trzodv w głąb ziemi się wdarli kruszcu w niej szukając z potoków zloty piasek wybierali, znajdujący się tam w obfitości wielkiej, zwłaszcza w południowej kraju stronie. Sam wojewoda ufał najmocniej wróżbom pramatki. Poslal kopaczy -na Jilową i Brzozową Górę, gdzie najwięcej srebra dobywano. ' , . Ze wszech stron ściągali' tam ludzie, by rudę kopac; każdy chcial się . , W domu wszystkiego zaniedbali; nikt już jak najrychlej wzbogacic. ugorów nie oral; tam gdzie ongiś gęste zboże dojrzewało i glos przepiórki . zielskiem dzwonil, ziemia, odłogiem zostawiona, marniała zarastając imietlicą. Ludzie srebro gromadzili, lecz chleba brakło. Wśród chciwych złota górników głód nastał, po chleb posyłano daleko aż w praskie dziedziny, Władycy i starostowiew frasunku ciężkim narzekali, że przez owe kopalnie rychło zmarnieje rola, że cenny kruszec zrywa więzy łączące rody, że ład dawny zanika i porządek. Niektórzy podążyli do księcia na Vv szehrad; . 54 na ich czele Horymir, wladyka neumietelski. I prosili Krzesomysła, . i upominali go, by bardziej chleb cenil niż srebro; i radzili by nakazal . rozpędzić lud podziemny. Wszelako książę, blaskiem cennego kruszcu olśniony, nie zważal na ich słowa. Wladycy z niczym do domu wrócili, gniewni i zafrasowani. - , ' . , , Ale i górnicy zwiedziawszy się, że panowie są im przeciwni i na ich zgubę nastają, gniewem się unieśli. Zbiegli się wśród szałasów i chat przy kopalni; zaroilo się jak w gnieździe os, gdy wyslany posełopowiedzial, co wladycy na zamku vyszehradzkim mówili, co księciu radzili - zwlaszcza Horymir z Neumietelów . Krzyczeli, wzburzeni srodze, grożąc mu zemstą okrutną. Krwi jego . chcieli, zaraz, bez zwloki! A inni śmiejąc się szydzili: - Boi się, że chleba zbraknie? Niech się nażre do syta, n iech mu go w gębę napchają, aż się udlawi! To spodobalo się wszystkim. Jak sfora psów dzikich za jeleniem, pognali ku neumietelskiej dziedzinie. w ciemny wieczór jesienny tlum kopaczy pędzi przez ugory i pola szarzejące w szybko zapadającym mroku. . Noc była, gdy Neumietele ujrzeli; slomiane strzechy chat ukryte wśród drzew, wysokie stogi podle stodól i otoczone walem dworzyszcze. Zwo- lnili kroku i milczkiem podkradli Się pod częstokół jak drapieżniki podstępne. Lecz nim go przekroczyć zdolali, wbiegl w bramę pewien czlek zacny i doniósł Horymirowi, co mu grozi. Ledwie zdążył obudzić wladykę, już w mroku , nocy rozległ się ryk dziki. Na obronę czasu nie stalo. Gromada kopaczy pędzila ku dworzyszczu, a ich krzyk rósł z każdą chwilą. Pozostawala tylko ucieczka. . Jednym susem wpadl Horymir do stajni, gdzie stal koń jego ulubiony. . Szemik się zwal. W mgnieniu oka wyprowadzil go, okulbaczyl i szepnąwszy mu slów kilka do ucha wypadł z bramy na pole. Dostrzegli go. , z krzykiem rzucili się za nim. Uslyszal wnet tętent za sobą. Popędzil Szemika. , wierny koń pomknąłjak strzała, rozwiała mu się długa grzywa, spod kopyt bryzgały grudy ziemi i piasek, a iskry zapalały Się w .ciemności. Za jeźdźcem, jak skrzydła, powiewały białe poły jego opończy, przez czas krótki prowadząc prześladowców. Lecz tylko przez chwilę. Nie nadążali za Szemikiem, który gnając długimi susami zniknął w mrokach nocy jesiennej. Dopiero na skraju lasu, wśród wrzosowisk ciemnych, wstrzymał go s 'wietny jeździec. - Byli uratowani,lecz gdy władyka obejrzal się za siebi 'e, żal go ogarnąl i wściekłość. U' jrzal pożar, płonęła wieś jego. Krwawa łuna rozlewała się po niebie ciemnym, czerwieniała i rosła z każdą chwilą. 55 "Wszystko splonie! - myślal z goryczą Horymir, - Dom, gumna zboża pelne, stogi, wszystkie zbiory , cala nasza praca!" I wzniósłszy pięść zaciśniętą poprzysiągl: - Niech sczernieję jakoten węgiel, niech mnie rozsiekają mym wła- , snym mieczem, jeśli tego wszystkiego nie pomszczę, jeśli im nie zaplacę! Z nawiązką! Legło w zgliszczach neumietelskie dworzyszcze, Czego nie strawił pożar, to uprowadzili i zagrabili górnicy, Wrócili z bogatą zdobyczą;na zrabowanych wozach, zaprzęgniętych w zrabowane konie, wieźli zboże ze stogow Horymira i cały jego dobytek. Jadąc pokrzykiwali radośnie: - Bał się glodu, niech tedy głoduje! , Tak oto wołali, A w spalonej wsi cicho było i pusto. Zgliszcza dymiły długo, a wiatr jesienny roznosił ich duszący swąd, Nim dwa dni minęły, Horymirzwołał wszystkich mężów swego rodu; przyłączyło się do nich wielu sąsiadów rozżalonvch popełnionym przez kopaczy gwałtem, . . o zmroku, tęgo uzbro.jeni, wyruszvli w stronę kopalni, a wiódł ich Horymir na wiernym Szemiku. Górnicy spod Brzozowej Góry nie spodziewali się niczego, pewni, że . Horymir blądzi po kraju, że pozbawiony pomocy nie odważy się szukać pomsty. Spokojnie spać się kładli nie troszcząc się nawet o straże. Aż nagle wśród nocy obudził ich gryzący dym i olśniewająca łuna na niebie, buchająca czerwonymi płomieniami. Strzechy płonęly im nad głową, .Jak obłąkani, wy padli z chat unosząc dzieci i dobytek, Lecz tu rzucili się na nich ludzie Horymira siekąc mieczami i oszczepami kłując. Sam władyka konno na Szemiku błyskał mieczem już to wśród chałup i lepianek, już to przy szybach kopalni, krzycząc na swoich, by roznieśli wszystko, Jak straszne zjawy szalała wśród płomieni rozwścieczona czeladź władyki, rozwalając budy, psując narzędzia, niszcząc szyby kopalni, przywalając je ogromnymi głazami i cały dobytek kopaczy marnując. Nim dzień wstał, nieprzyjaciel znikł bez śladu. Pochłonęły go ranne mgły. Pod Neumietelami rozproszyla się drużyna Horymira, sam władvka dalej pośpieszył, Szemik, dzięki sile czarodziejskiej rześki i wypoczęty, niósł go jak na skrzydłach do zamku książęcego, i gdy wzeszło słońce, zajechał Horymir niestrudzony na niestrudzonym siwku przed bramę vyszehradzką. Nazajutrz nadeszły do grodu wieści o tym, co się pod Brzozową Górą wydarzyło, Wielu bowiem górników na Vvszehrad przybiegło, jednym . . 56 glosem opowiadając o owej strasznej nocy i z gniewem Horymira o gwalt oskarżając, Lecz on wyparl się wszystkiego, dowodząc, że już o świcie byl na Vyszehradzie. Krzesomysl wszelako, zniszczeniemkopalni i srebra rozżalonv, kazał wtrącić Horymira do lochu. A stamtąd wyprowadzono go wtedy dopiero, gdy kmiecie i władycy zebrali się na sąd zwolany przez wojewodę. I stał Horymir sam jeden przed sądem, a przeciwko niemu gromada , rozwścieczonych górników domagających się usilnie, by go zywcem spa- lono. Książę trzymal ich stronę, oskarżonego bronili władycy. Prosili za nim, by mu żvcie darować, wszakże głos kopaczy przeważył i książę na karę śmierci go skazal. Tyle tylko ustąpił na prośby władyków, że rodzaj śmierci zlagodzil. , Spalenie żywcem na stosie zamienil na karę ścięcia głowy skazańcowi własnym jego mieczem, Gdy wvrok zapadł, Horymir przemówił do Krzesomysła w te slowa: - Szlachetny panie, sąd twój skazal mnie, a skoro żyć mi nie wolno, o jedno tylko proszę: pozwól, nim umrę, bym na mego miłego konia wsiadł i trochę się na nim przejechał, Potem uczynisz ze mną, co zechcesz. - Możesz jechać - zgodził się książę. - Szemik nie ma skrzydeł, nic ci więc nie pomoże! - Zaśmiał się i rozkazał, by zawarto bramy. Horymir ws , zakże, nie bacząc szyderstwa, z radością do stajni pośpie- szył, Podbiegł do Szemika, objął go za szyję i twarz do jego łba przytuliwszy głaskał go i przemawiał doń cichymi słowy. Szemik zaś, rżąc radośnie, grzebał ziemię kopytem, aż dudnilo, Podziw wzbudził we wszystkich, gdy wypadł ze stajni, prowadzony przy pysku przez Horymira. Książę, kmiecie iwładycy na podwyższeniu, kopacze i lud na dziedzińcu - z podziwem patrzyli na wspaniałego, rosłego rumaka, Mial kark potężny, długą grzywę i gęsty ogon, smukłe nogi i małe jak jeleń kopyta, Oczy mu błyszczały. raźno potrząsając , głową czerwone rozdymał chrapy. \ Nogi je go migały tylko w Iekkim tanecznym kroku. a gdy Horymir , wskoczył nań, kręcic się począł i na zadzie przysiadać. Horymir, szczęśliwy, że znowu siedzi na swym ulubionym wierzchowcu zakrzyknął radośnie. Szemik zaś wspiąwszy się na tylnych nogach zarżał tak głośno, że słychać go było na całym dziedzińcu, I długim, płynnym galopem ruszył wokoło podworca. Horymir krzyknął powtórnie, Szemik dał susa od jednej bramy do drugiej. W pobliżu wałów Horymir krzyknąl po raz trzeci, wołając: - w górę Szemik, w górę! 57 Ścisnąwszy mu kolanami boki pochylil się nad rozwianą grzywą; wtem Szemik przemówił doń ludzkim głosem: ! - Panie, trzymaj się mocno, I potężnym skokiem przesadzil wały , a drugim większym jeszcze częstokól, Patrzący zamarli w oslupieniu. Koń i jeździec śmignęli tylko nad palami jak ptak, grzywa wierzchowca i włosy jeźdźca rozwiały się na wietrze i w mgnieniu oka znikli, przepadli. Ludzie krzyknęli ze zgrozy i zdumienia, Kto żyw pędził na wały popatrzeć, gdzie spadł nieszczęsny jeździec, gdzie rozbity, skrwawiony leży ze swym koniem, Patrzyli z murów i wałów wydając okrzyki wściekłos 'ci lub zadowo- lenia i wskazywali rękami równinę w stronę Radotina, po której wycią gniętym galopem pędził Szemik z Horymirem na grzbi ecie, Niimjeszcze jeździec zniknął całkiem z oczu. władycy zaczęli wstawiać się za nim u księcia, takoż dworzanie, olśnieni wspaniałym c zynem Horymira, więc Krzesomysł uległ w koińcu ich namowom. Wvsłał natychmiast posła do Neumietelów z zapewnieniem, iż Hory- , mir bezpiecznie wrócić może do domu, gdyż wszystkie winy są mu darowane. On zaś przyjechał dnia następne go, lecz na innym koniu, i ukorzył się przed księciem. A gdy Krzesomysł gdzie Szemik, władyka odparł ze smutkiem: zapytał. - Stoi w stajni smętny bardzo, tym szalonym bowiem skokiem wielce sobie zaszkodził. Horymir nie czuł się spokojny w yyszehradzkim groddzie Ni życzliwość księcia, ni przyjaźńń dworzan nle zdołały go zatrzymać. Myśli jego były wciąż prz y wiernym Szemiku. I gdy tylko nadarzyła się okazja, pokłonił . się księciu, o pozwolenie wy . jazdu poprosił i nie szczędząc konia, bez wytchnienia pospieszył ddo swego dworzyszcza, które rozproszona czeladź, powróciwszy, na nowo odbudowała. Gdy przybył do Neumieteli, pobie gł prosto do stajni. Biedny koń stać już nawet nie mógł; powiedział Horymirowi, że musi zginąć, i prosił.jeno, . by pan nie rzucał go po śmierci na lup ddrapieżnym ptakom i zwierzętom, Iecz przykazał pochować przed wrotami swego dworca, Zrozpaczony Ho- rymir obiecał wszystko i ze łzami żegnał szlachetnego rumaka, A gdy Szemik życie zakończył, stało się jako chciał. Horymir zakopał go na dziedzińcu; po dziś dzień pokazują miejsce, dużym głazem przywalone, gdzie wierny Szemik pochowany został. 58 w . Oj na z Luczanami I Gdy książę Krzesomysł odszedł do wieczności, na stolcu yvszehradz- kim zasiadł Neklan, Rządził on plemieniem czeskim mądrze i łagodnie, Z Litomierzyczanami i Lemuzanami żył w zgodzie i przyjaźni,a je go . słowo i wola wiele u ich wojewodów znaczyły, Na północy jednak i za- ch'odzie miał złego sąsiadda - księcia Vlastislaya, władającego ziemią dumnych Luczan nad rzeką Oharką i górną Mżą. Neklan był łagodny i roztropny Vlastislav dziki i namiętny. Neklan bojaźliwe go serca, Vlastislay ' żądny walki. Nie dbał o dobre. stosunki sąsiedzkie, nie przestrzegał prawa i sprawiedliwo)ści przelewajac krew bez miłosierdzia. Sąsiadó)w SWYCh trapił okrutnie i nieraz przeciągał ze swą dziką druży- ną przez kraje LitO)mierzyczaan, Lemuzan i Czechów bio)raąC haracz ze wsz Ystkich tych zienm. Żadał po skÓrce wiewiórczej lub kuniej od radła, a kto opór stawiał, musiał płacić daninę nie tylko za siebie, lecz i za poległych , Zamiast daniny brał też ludzi, szczególnie niewiasty i dzieci; jeńców w niewolę sprzedawał, a Że miał ich wielu, sprzedawał tanio Frankom i żydom brodatym, przvbywającym z daleka po niewolnika. W czas ostatniego . najaazdu swego na ziemię czeską pustoszył kraj okrutniej jeszcze niż zwykle. Kędy przeszli Luczanie, tam wszystko . . gorzało. Puszczali bowiem z dymem gródki warowne, domostwaa, stoddoły i stajnie; nie było niemal wsi, gdzieby pożaru nie wzniecili, Wszystko pochłaniaał ogień, a wróg siekł mieczem i uprowadzał stada bydła, Ludzie uchodzili z zagród chroniąc się do zamków, grodziszcz, za wały i mury, Ale i te nie dawały już bezpiecznego schronienia. Gród Drzeyicz na pograniczu nie oparł się przemocy Vlastislaya. Z kolei Slany, a potem Budecz legły w popiele, Stąd runęli Luczanie jak powódź na rozległą równinę ku Lewemu Hradcowi w pobliżu Żalewa, gdzie Rziynacz ponury sterczy nad Wełtawą, świętego miejsca, i otoczyli Lewy Hradec, skąd chcieli na zamek praski uderzyć; nie dali 59 . - nikomu wyj .s 'c ' z gro ' dka ni wejść doń z żywnością. Wielki głód nastał za . wałami. Oblężenie Się przeciągało. Już poszło pod nóż wszystko bydło. , , przysmakiem stała się garsc mąki i dobry był kaidy gnat. Oblężeni tęsknie z wałów i strażnic w stronę " wielkiej drogi" spozierali. co wiodła od Lewego Hradca przez Unietice w pobliżu Łysołaja i przez dziedzinę Holiszoviców na ro ' wninę Ieteń ską, ku praskiemu zamkowi. Tam książę najchętniej przebywał. stamtąd niecierpliwie zastęPów jego wypatrywano, które miały przynieść wybawienie. Ale na próżno. Pomoc nie przybywała, "wielka droga" była wciąż pusta. Rozpacz zapanowała w Lewym Hradcu; ludzie wycieńczeni gło dem, z zapadłymi policzkami i chorobliwie błyszczącymi oczyma, kładli broń na ziemię, mówiąc: . - Musimy pomrzeć z głodu, pomoc nie nadchodzi. Poddajmy się lepiej Luczanom, cokolwiek z nami uczynią, zgubią czy przy życiu ostawią ! . Już tak uczynić zamierzali, gdy raptem spostrzegli, że Luczanie namioty zwijają, opuszczają obóz i do odwrotu się sposobią. Doszła ich bowiem wieść, że Lemuzanie, Litomierzyczanie i Dieczanie ciągną Czechom z odsieczą, zachodząc ich, Luczan, od tyłu i z flanki. Vlastislav szalał z wściekłości i zaklinał się straszliwą przysięgą: - Niech Perun odmówi mi pomocy, niech stanę się niewolnikiem do końca życia, jeżeli daruję Dieczanom, Lemuzanom i Litomierzyczanom ! A plemię czeskie zniszczę i tarczę mą zawieszę w bramie praskiego zamku na znak zwycięstwa! I odstąpił od Lewego Hradca z konieczności, nie chciał bowiem wpaść jak ziarno między dwa kamienie. Zemścił i Się jednak niebawem; i to najpierw na Litomierzyczanach: zbudował na ich ziemi, między dwiema górami, Niedźwiedzią i Przipeti, gród warowny. Nazwał go swym imieniem i osadził w nim załogę z dziel- nych, okrutnych wojów złozoną, bymściła się na sąsiadach za to, że Czechom pomogli. Przejęci strachem, Lemuzanie i Dieczanie opokój prosili obiecując więcej Czechom nie pomagać i stałą daninę płacić. Gdyksiąz .ę praski . dowiedział Się o tym, zatrwożył się wielce. Ma łego serca będąc nie ufał własnym siłom i postanowił ustąpić raczej . niż do wojny dopuścić. Wysłał w poselstwie kilku władyków którzy u wojewody Luczan o pokój i stosunki sąsiedzkie zabiegać mieli, cenne dary mu wręczając: kilka mieszków czystego złota, dwa żelazne szyszaki, pięknie kute tarcze i dziesięć wspaniałychrumaków szlachetnej krwi. Vlastislav siedząc na wysokim drewnianym stolcu, pięknie rzeźbionym 60 i malowanym. w sobolowej kosztownej czapce z czaplimi piórami. w płaszczu drogocennym z cudzoziemskiej tkaniny, sfałdowanym bogato i spiętym pięknymi klamrami, patrzył na posłóW wyniośle spod przymkniętych powiek. Przyjął ich dumnie i dumnie odpowiedział. gdy mu poselstwo. pana swego powtórzyli: . - Słyszałem, o co książę wasz prosi, widziałem również dary prze- . zeń przysłane. Lecz nieopatrznie uczynił. Nie ofiarował mi wszak całego swego złota. wszystkich bogactw i kdnl. To, co przynieśliście, na przynętę dał jeno. Zabierzcie te dary z powrotem i powtórzcie panu swemu, że .. mu pięknie dziękuję --- niech mi je do czasu przechowa. Przyjdę sam po wszystko, co posiada, a wtedy zabiorę i to, co teraz zwracam. Wy zaś idźcie stąd precz, i to rychło! Byście tu zamiast darów , głów swoich nie zostawili! . Strach padł na władyków; zawrócili spiesznie, starając się odejść jak najdalej od kraju Luczan. A gdy w zamku praskim powtórzyli słowa Vlastislava, zbladł książę Neklan nie tając przerażenia. A nuż Vlastislav . w pysze swej zapragnie Władzę nad całą ziemią czeską zagarnąć i rządzić nią jak własną? II Książę luczański wygłosiwszy ową hardą mowę do posłów czeskiego ksi.ęcia, kazał natychmiast we wszystkich pięciu żupach swej ziemi ogłosić, by mężowie powstali i gotowali się do wojny. Ruszył więc poseł na czele drużyny na rączych koniach. Jechał z mie.:. czem u boku, a drugi miecz. książęcy,żelazny, trzymał w skórzanej pochwie ostrzem do góry. zaś towarzysz jego miał u pasa postronek z łyka. , ~ ukręcony. Jak wicher pędziła drużyna mężów zbrojnych przez wzgorza. doliny, lasy i pola (był właśnie czas wiosennych siewów); ze wsi do WSi, od rodu do rodu, o świcie. w biały dzień, a często o późnym zmroku. . ~ We wsiach zatrzymywali konie, zwoływali starostę i . . . . czeladź rodową. wszystklch młodzieńców i . mężów. A gdy Ci się zbiegli, poseł .wyciągnął z pochwy miecz kslążęcyi dzierżąc go wysoko, oznajmił rozkaz: "Każdy, kto wzrostem przewyższa miarę tego miecza, niech bez zwłoki gotuje się . . do wojny, niech weźmie tarczę i broń i spieszy na gród wojewody, gdzie zbiera się wojsk przeciwko Czechom", . Druh jego odwiązawszy przymocowany u pasa postronek z łyka uniosł go wysoko nad głową; poseł zaś. ukazując ową pętlę obwieszczał straszną 61 groźbę książęcą dla tych, co w porę się nie stawią: "Na tym postronku będą powieszeni, niech każdy to wspomni i nie próbuje wykrętów. ' , I wołał dalej poseł, by każdy, kto ma w domu sokoła, raroga, krogulca. kanię czy białozora, wziął je ze sobą w pole; niech nikt tych drapieżników w domu nie zostawia. A kto by tak nie uczynił, kto by się nie stawił w polu, zginie, tym oto mieczem ścięty! ,1 I znowu machnął mieczem książęcym, aż zalśnił w słońcu jasnym blaskiem. Potem mierzyli. nim wszystkich mężów i młodzieńców w rodzie: ; mierzyli, wręby nacinali, by księciu móc przedstawić, ilu wojow da każdy ród, ilu w pole wyprawi. Po czym znowu szybko na koń wsiadali, ostrogami je w bok kłuli i ruszali dalej do sąsiedniego rodu i znowu dalej i dalej. Wieść biegła przed nimi, wszędzie już czekano książęcego miecza. Pasterze, pasący na łąkach stada, ze zdumieniem spoglądali na pędzących jeźdźców , po wsiach mężowie witali ich hucznie, niewiasty z troską. Wszędy nieśli niepokój i zamęt, a kobietom i dziewkom - żałość. Tak przejeclhali przez pierwszą żuPę, najbliższą grodu wojewody, przepiękną dla oka. Urodzajna to była ziemia, wszędzie łąki. morze kwie- cia, smugi złocistoróżowe. bujna zieleń i znowu łany. łany . łąki i sady, a wszystko zalane wiosennym słońcem. I tu z książęcym mieczem jeździli, a odwiedziwszy wszystkie dziedziny ruszyli na południe. do drugiej żuPy po obu brzegach rzeki Bronicy rozciągniętej. Gdy i te strony do broni wezwali. zwrócili się nad Oharkę, gdzie na horyzoncie ciągnęło się pasmo sinoszarych Gór Kruszcowych. Tam też w trzeciej żupie po obu brzegach rzeki Uzkiej jeździli, męźów mieczem na wojnę zwołując, mieczem mierząc, wręby licząc. Stamtąd pośpieszyli do czwartej żupy na zachód, do kraju nad rzeką Hutną. I rozbrzmiewał okrzyk wojenny wzdłuż rzeki i w wąskim wąwozie Oharki. grzmiał w głębokich parowach między zboczami i wśród skał. gdzie huczały i szumiały spienione wody Stąd niósł się dalej, szybko i gwałtowniejak wiosenna burza, ku górom, ku górnej Mży gdzie między ciemnymi borami, wśród wzgórz, czarnych , torfowisk i rozległych błot kryły się wokół grodu Chlumczany dziedziny piątej żupy ziemi luczanskiej. Gdy tam ludzie usłyszeli rozkaz książęcy i ujrzeli błysk miecza, zerwali się ochoczo, pełni ogromnej radości: wszyscy jak jeden mąż. Nie baczyli na miarę miecza, nie chcieli jej nawet: kaźdy . rwał się do boju, stary czy młody. I gotował się smagły dziki leśny lud, porzucał pola i lasy, silne, spracowane dłonie imały się toporów i ciężkich młotów, zdejmowały ze ścian wielkie tarcze o mocnym żebrowaniu, sztywno obciągnięte poczerniałą 62 skórą, odwiązywały od żerdzi chciwe krwi sokoły, rarogi i krogulce i pętały w sforv zajadłe psy z wilczego plemienia, nawykłe do łowów i wal- ki z dzikimi . drapieżcami głębokich. puszcz. III w najdalszym zakątku Chlumczańska, pośród wzgórz, pod lasem, za rozległym torfowiskiem porosłym turzycą i rdzawym mchem, kryła się wśród lip i jaworów mała wioszczyna. ŚCi .any drewnianych chat i płoty pociemniały ze starości, a zleżałą słomę strzech porosło gęsto różnorakie zielsko. . Nieliczny ród żalan mieszkał tu o d wieków Straba, mąż młody a dzielny, był wonczas jego gospodarzem. Nie miał braci ani sióstr, żonę zaś tylko jedną, a pochodziła ona z czeskiego plemienia. Straba przywiózł ją sobie z ich kraju jako brankę z ostatniej wyprawy, gdy Lewy Hradec oblegano. . Pojmana Czeszka tak mu się spodobała, tak myślijego opętała - może czarami' . ? -:- że rzekł jej: - Branką jesteś, niewolnicą, lecz zostań moją żoną.. Usłuchała, została jego połowicą, lecz w sercu swym spokoju nie zaznała. Tęsknota ją trapiła w tej dalekiej dziedzinie, do domu rodzinnego ciągnęło, a gorycz serce zalewała na wspomnienie spustoszeń i grozy jaką w jej kraju Luczanie siali. Ale taiła żal i gniew, i mąż myśli jej nie znał. Przejrzała je wszakże macocha jego, żona zmarłego ojca, niewiasta słusznego wzrostu i ponurego lica, o szarych, srogich oczach, niemłoda już, lecz także niezbyt stara. Znała ona czary różne, wieszczby i gusła. Gdy rozkaz księcia dotarł do żalan, Straba jął się na wojnę gotować, Zdjął ze ściany szczyt i przyłbicę z byczej skóry z żelazną obręczą, . wyostrzył miecz. przygotował strzały, założył na pręzny łuk nową cięciwę. Młot do siodła przytroczył i wybrał w stajni najlepszego konia. Nie był on piękny ni duży, nie mlał gładkiej lśniącej sierści, był grubej kości, lecz jak jaskółka chyz . y i wytrwały na słotę, upał, mróz, głód i pragnienie. Młoda żona w milczeniu pomagała mężowi w przygotowaniach; przyniosła mu derkę. płaszcz i skórzane nagolenniki, chleb i ser do torby włożyła, żeby miał jadło na drogę, nim do zamku książęcego dotrze. W dzień przed odjazdem rzekła do Straby macocha: - Przyjdź wieczorem do wądołu, ale nie mów o tym nikomu. Gdy mrok zapadł. uczynił młody gospodarz, jako mu macocha naka- 65 zaa. Ruszy w kieruku boru wzduż roegłych, cemnych torfowisk, na których czerniały skupiska karłowatych olch i krzewów bagiennych, a wśród turzycy lśniły kałuże czerwonym odblaskiem nieba, Słońce za. błotami i głośno huczał w szarej chodziło. Wiatr wiał od lasu nad ciemnymi skał rozpadlinie. Na stokach jej w nędznej trawie sterczały głazy ogromne, wysokie jakby nieczystą siłą tu porzucane; wśród nich wznosiły się stare, drzewa - lipy, dęby i jesiony. Rozłożyste ich korony porastała jemioła, co jesienią i zimą na nagich gałęziach czerniała. W głębi wądołu pod dębem siedziała macocha podsycając ogień na . skale rozniecony. Włosy miała rozpuszczone, jeno na uszach i pod brodą bielał wąski pasek zawicia. Zoczywszy pasierba rzuciła w ogień ziele p rzedziwne i wyrzekła takie . , czarodziejskie zaklęcie : - Przede mną mgła, za mną mgłal Niech nas nikt nie widzi,jeno biesy same! . ~ Ledwie skończyła, parów jął się wypełniać białawą mgłą. Osiadała ona na ziemi, unosiła się kłębami w górę po zboczach i wzdłuż pni drzewnych, wydając przy tym głośny szum. Gdy Straba do ogniska się zbliżył. białe opary tak gęsto spowiły wądół, że drzewa wyglądały niczym szare cienie. Płomienie buchały jasno; w ich pełnym blasku stała macocha, uparcie szarymi oczyma wpatrując się w Strabę. I przemówiła w te słowa: - Nie jesteś mym synem, ale twój ojciec był mężem moim. Zawołałam cię, by udzielić ci dobrej rady. , tu, w tej pustelni, nikt prócz ciebie słyszeć jej nie powinien. Wiedz, że na próżno dla was czary różne czynię. Czeskie czarownice znają mocniejsze gusła. Zmogły one nasze zaklęcia. A że nas zmogły - i wy przegracie. Widzęjasno waszą klęskę! Ach, biada . wam, biada nieszczęsnym! Bogowie was do bitwy powiodą, ale pomoc . dadzą nieprzyjaciołom. W pole ruszycie, lecz nie wrócicie już stamtąd. Luczanie są Czechom wydani. I książę ostanie tam ze wszystkimi. Tylko ciebie śmierć ominie, jeśli uczynisz, co ci doradzę. Słysz: gdy zacznie się . . , bój, bacz na tego, kto na cię pierwszy uderzy. PChnij go oszczepem, lecz nie zabijaj, Oboje uszu obetnij, schowaj i siadłszy na koń umykaj co sił. Nie dbaj o wrzawę i rumor za sobą; nie ogląd aj się na nic, jeno co prędzej umykaj! Tak sam jeden się uratujesz! Zgasła zorza za zachodzie, rozległe błota pociemniały zupełnie; jeno karłowate sterczały wśród nich niczym groźne cienie. Spróchniały, olchy nagi pień wierzby świecił nikłym, tajemnicz - ym blaskiem. Straba powracał z wądołu do domu. W zamyśleniu, z niepokojem w duszy kroczył szybko ku ciemnemu dworzyszczu skrytemu w głębo- 66 ~kim drzew cieniu. Ogień już wygasł, nawet łuczywo nie płonęło w żadnym oknie. Ciemność panowała i cisza. Lecz wszedłszy we wrota usłyszał Straba śpiew. To żona jego śpiewała pieśń przedziwną. nie znaną mu dotąd. Umilkła, gdy wyłonił się z mroku nocy i nic nie odrzekła, kiedy spytał, co to za pies 'n ' i czemu właśnie dziś ją śpiewa. IV Lęk ogarnął księcia praskiego, kiedy usłyszał, co się w ziemi Luczan . nie dodała dzieje i że Vlastislav wojsko zbiera. Neklan bał się. a odwagi mu nawet nowina, że wszystkie rody., całe plemię czeskie, oburzone zuchwalstwem Luczan. powstało i do boju się gotuje. Szczękała broń w zamku i na leteńskiej równinie. Zewsząd rozlegało się rz .enie koni, rozgwar wojów i śpiew. Lecz książę Neklan wtulony w kąt . jednej z izb zamku drżał ze strachu. Nie mógł się przezwyciężyć ni uwierzyć, że mógłby pobić Vlastislava. Próżno przyjaciele przekładali mu. tłumaczyli. Wymawiał się chorobą, mówił, że biesy osłabiły jego ciało kości, i Dopiero gdy Czestmir, krewniak jego, młodzian rosły i urodziwy. począł mu gorzko wytykać, z .e postępuje jak baba, że wszyscy mężowie są już do wojny gotowi i jeno na niego czekają, że bez wodza stracą serce, rzekł Neklan: ~ Nie pójdę, nie mogę! Idź ty za mnie! Weź moją zbroję i konia mego i poprowadź ich ! Niech wierzą, że kSiążę ich wiedzie! I wdział Czestmir zbroję książęcą, kolczugę, żelazny hełm cudzoziemskiej roboty , a pod nim siatkowy kaptur na uszy spadający i ujął wielką, lśniącą tarczę; na ramiona płaszcz książęcy narzucił, siadł na bystrego Neklanowego gniadosza i wyjechał w orszaku najprzedniejszych wojów na rO ' wninę leteńską, gdzie już wojsko czekało. . . Na widok księcia zabrzmiały radosne okrzyki i rozległ się szczęk broni. ~Wnet szyk bojowy jęIi sprawiać, piesi i jezdni, w szyszakach z byczej skóry i w czapach kosmatych, z oszczepami w dłoni, z procami, łukami i pełnymi ostrych strzał kołczanami. . W blasku słonecznego dnia migotały lśniące groty i miecze. I nausznice błyskały w uszach niejednego z rycerzy. . na swoim rumaku czynił przegląd Czestmir. złożywszy bogom ofiary, wojsk. A gdy mieczem błysnął i gromkim głosem zakrzyknął, ruszyli z miejsca. 67 Ziemia dudniła od mocnych kroków i tętentu końskich kopyt, a powietrze drżało od bojowych okrzyków i pieśni. Hufiec za hufcem przechodził przed Czestmirem; mężowie całego plemienia według rodów, liczebności i siły. . Szły zastęPY z wojów kilku rodów się składające i inne przez jeden ród wystawione, w broni mocny i llczniejszy, ciągnący pod własnym zna- . kiem rodowym: Netvorzice, Turzanie, Czjaradice i Drahelczice zwani "Gołonogimi", za nimi Biehovice, Uhonice, Budiehostice, Nahorubovice, żynianie, Munice i ród starego Tiepty. Ciągnęli woje "wielką drogą " na Łysołaj i dalej wśród czarnych skał Kozich Grzbietów, a minąwszy Lewy Hradec śpiesznie szli przeciwko Luczanom, żeby gwałty ich i napaście powstrzymać. Lecz gdy na rozległe równiny ziemi turskiej dotarli, zatrzymał Czestmir zastęPY swoje, dosłyszał bowiem nadchodzących Luczan. Zajął przeto śpiesznie niewielkie wzgórze, skąd widać było nieprzyjaciela, co zbliżał się, jak wielka, czarna nawałnica, znacznie większa niż wojsko praskie. Wszelako wódz prażan nie przeląkł się liczby wroga. Stanąwszy na szczycie wzgórza w pobliżu starego samotnego dębu, w te słowa prze- . . mówił do wojów , co słuchali mniemając, że to mówi ich kSiążę. - Oto Luczan pyszne plemie! Iluż mężów nam oni wybili, ile wsi spa- . lili. ile niewiast i dzieci w niewolę pobrali! I znowu idą, by mordować i palić! Zniszczyć nas chcą, niewolnymi uczynić! Choćbyśmy i nie chcieli, . musimy się im oprzeć, by ratować rodziny nasze i nie dać pohańbić czeskiej ziemi. Walczyć będziemy za wolność naszą, za nasze wybawienie. Raczej kości swe tu złożymy, niż mielibyśmy uciec i do takiej hańby dopuścić. Nie uciekniemy! Zostaniemy, aja pójdę przed wami. Padnie-li moja głowa, nie lękajcie, idźcie naprzód aż do zwycięstwa. A zwyciężywszy, nic Się w tym oto miejscu, jeśli padnę, mnie pochowajcie. Krzyknęły hufce w uniesieniu: - Gdzie twoja głowa padnie i my swoje złożymy! - Zwyciężym ! . - Pobijem Luczan ! A na Turskie Pole nadciągały już luczańskie zastęPY: jezdni i piesi, wszyscy tęgo zbrojni, z mocnymi tarczami, w pancerzach lub choćby w lnianych rzemieniami przeszywanych kaftanach, chłop w chłopa lud bitny. Był tam ród Trnovanów, żluticów i Radoniców, byli Uhasztianie, Chrabercy i Trebczyce, i ze wszystkich najsrożsi Chlumczanie z zalesia. w grubych guniach i skórach, w kosmatych czapach, zbrojni w grube oszczepy i młoty ciężkie. Wiedli oni psów całe sfory, wilczurów i złych 68 owczarków, co wilka bez trudu dusiły. Inni na wyciągniętych rękach nieśli ptaki drapieżne: sokoły, rarogi, kanie, białozory. w szyku bojowym .- stanęli na rozległej równinie, twarzą na południe, a przeciwko Czechom, co lewym skrzydłem o pagórek od zachodu wsparci, prawym lesistych . . wzgórz nad dziedziną chejnowską sięgali, Srogi pogłos niby grzmot z chmur niósł się od luczańskich szeregów. , drapieżnych, psów szczekanie, krzyki ludzi, przeróżne głosy ptakow rżenie koni i dz 'więk rogów brzmiały daleko po Polu Turskim A na czele hufców jechał dumny Vlastislav w żelaznej przyłbicy, w łuskowejzbroi, z mieczem obnażonym w dłoni. Gdy ujrzał prażan, co stali, miast rzucić się do ucieczki, zatrzymał swych wojów i w strzemionach się uniósłszy, donośnym głosem przemówił: - Widzicie tych tchórzo ' w? Wzgórz się czepiają! Ale nic im to nie pomoże, słabi są bowiem, słabsi niż my i bojaźliwego serca. Widzicie, jak się trwożą? Nie mają odwagi przyjąć walki tu, na ró.wninie, i rzucą się . do ucieczki, gdy tylko uderzymy. Wpadnijcie na nich pędem, a ostro. Niech nogi wasze miażdżą ich, jak burza gradowa miażdży zboże. I psy spuśćcie, niechaj nachłepczą się ich krwi, i ptactwo wypuśćcie na postrach. Rozpędźcie ich jak gołębi stado. Niczym strzały wypuszczone z łuku pomknęły z przeraźliwym ujadaniem sfory psów różnorakiej maści i gnały przed siebie zbitą gromadą. w tejże samej chwili nad Luczanami zaszumiała chmara dzikiego ptactwa.Uwolnione z pęt, ku górze się wzniosły i skłębionejak śnieżna kurzawa zbiły się pod niebo , skąd słychać było szum skrzydeł, skrzekot, krakanie. Cień padł na Luczan od tej żywej chmury. Padł, ale wnet popłynąłdalej po polu, wraz z kłębami kurzawy, co niosły się górą ku praskim zastępom. Na ziemi wściekłe wycie, ujadanie i dziki pęd psiej sfory. , w powietrzu szum i niezliczone ptasie głosy, razem jedna ogłuszająca wrzawa. A potem okrzyk bojowy Luczan i granie rogów. , burza tych straszliwych głosów niby powódź zalała ogromne Turskie Pole. . Luczanie ogarnięci dziką wściekłością, krwi żądni, gnali naprzód, a na ~ich czele wojewoda Vlastislav na ko niu z rozwianą grzywą, krzycząc ~ i mieczem wymachując. Koło niego i za nim zastęPY wojów. wszyscy w szalonYm Pędzie, czerwoni na twarzy. z wytrzeszczonymi oczami, wrzeszcząc ochrypłymi głosy. Jak olbrzymi głaz skalny, który strącony wali się w dół niszcząc wszystko po drodze, runął Czestmir z pagórka na pędzących Luczan A za nim woje. Jeden drugiego wyprzedzał, ale na czele wszystkich wciąż Cze 69 stmir w ibroi książęcej. Już się zdcrzyli, już się biją, tną mieczami, oszczepami kłują, a Czestmir w największej ciżbie. Siecze i siecze; pod jego mieczem padają głowy Luczan jak makówki. A wtem Vlastislav przez tłum walczących przebiwszy się, jak błyskawica, natarł na wodza prażan. W dzikim kłębowisku nastąpiło starcie, bój długi, okrutny. Cios padł za ciosem, aż iskry się sypały, aż wojcwodzie luczańskiemu wodze i miecz wypadły z ręki. Runął z konia na zicmię, zlany krwią i martwy, na stos zabitych i rannych, których tratowały końskic kopyta. . Ryk wściekłości i grozy, zmieszany z okrzykami radości, zagrzmiał wśród krwawej wrzawy. Prażanie z nową siłą uderzyli, naprzód parli, a szeregi Luczan zaczęły się chwiać i cofać. W tej chwili padł koń pod Czestmirem. Jeździec wszakże skoczył na równe nogi i osłoniwszy się tarcza walczył dalej, torując sobie dro gę wśród wroga. Niejedna strzała tkwiła już w je go kolczudze, niejeden oszczep sterczał w skórze czarnej tarczy. I w.ciąż śmigały nowe strzały, i nowe oszczep y wbijały się w paweż z siłą - ogromną, aż drżała rękojeść. Wreszcie dłoń dzielnego bohatera zachwiała się, zmęczoina (i<;iJrLm. Krzyknął na wojów, by mll podali inną tarcze. , a gdy chciał swoja odrzucić, ciężki oszczep wbił sie w jego ciało i pośród najsroższe j bitwy wÓdz padł na ziemię, z tarczą na ramieniu, z bronia w reku przeszy ty wrazymi strzałami i kopiami. Stałó s ie jako rzekł przed bitwą. Jego głowa spadła ale woje, rozwścieczeni tą stratą z większą jeszcze zawziętością rzucili się naprzÓd bijąc i kłując bez pamięci, aż wybili wszystkich Luczan do no gi. Drapieżne ptaki rozleciały sie na wsze strony dzikie psy zginęły llIb pouciekały, ' a ILuczanie pozostali na polu bitwy wraz ze swym wodzem. Tylko Straba ocalał, jako mu macocha w parowie wróżyła. Zuchwalstwo Luczan zostało złamane, ich potęga zniszczona. Prażanie wznosili okirzyki tryumfu, lecz radość ich przygasła, gdy martwego wodza ujrzeli. W zbroi i z tarczą, w którerj tkwiło wiele oszczepów. zanieśli go na wzgórze. gdzie chciał być pochowany. L tam dopiero, gdy zdjęli z niego zbroję i przyłbicę, zapłakali głośno poznawszy dzielnego Czestmira i oceniwszy jego poświęcenie. Wykopali mu grób na wzgórzu pod starym dębem i spaliwszy ciało w noc po bitwie pogrzebali je, a nad nim wysoką mogiłę usypali. L całe wojsko odprawiło tryznę. Przyrządziwszy dużo miodu zasiedli i pili na cześć wodza. Z praskiego zamku przyjechał Neklan i zapłakał nad grobem Czestmira. A gdy od- 70 prawiono tryznę i miód wypito, powstało wojsko i ruszyło dalej w luczańską ziemię. V Na rączym acz niezbyt okazałym koniu uciekał Straba z pola bitwy. Grot jego oszczepu jeszcze mokry był odkrwi pierwszego Czecha, który starł się z nim w boju. Potem już Straba w bój nie szedł. Obciąwszy powalonemu uszy wskoczył na koń i ni .e bacząc na wrzawę, krzyki i trąby pognał, jakby go biesy goniły. Gnał tak do wieczora; zaś w nocy, ledwie koniowi użyczywszy chwili wytchnienia, ruszył dalej, w głąb chlumczańskiego kraju. Unikał osiedli . i dziedzin, by nie musiał się tłumaczyć, dlaczego z pola bitwy ucieka. Minął dzicń, .minęła druga noc; o świcie trzeciego dnia dotarł na ledwie żywym koniu, sam zdrożony srodze, do samotnego osiedla swego rodu. w ieś spała jeszcze w półmroku przedświtu i stare lipy tonęły w cieniu. Tylko za nimi przeświecała biaława smuga wschodu. Gdy Straba wjechał na dziedziniec, ujrzał niewiasty wychodzące z domu. Zlękły się ujrzawszy go i rzekły ze smutkiem: , - W nieszczęsną chwilę przybyłeś. Zeskoczył z konia i pobiegł ddo izby mrocznci jeszcze o tej wczesnej porze. Na łożu pod oknem leżało pod białym prześcieradłem coś niby martwe, sztywne ciało. Okiennica była otwarta, by dusza wolną miała drogę. Straba poddszcdł do łoża i zdarł płacht. w brzasku wschodzącego dnia ujrzał siną twarz swej młodej żOnY Oczy zamknięte, włosy rozpuszczone, . a na piersiach - zakrzepła krew , głęboka rana ! N ie wierzył własnym oczom. Aż tu macocha w białym gieźle stanęła za . nim jak widmo , srogo patrząc na zmarła siwymi oczami. - Odgarnij jej włosy - rzekła ponuro. Drżąc, w strasznym przeczuciu, odgarnął z prawej skroni pasmo gęstych. piękn ych włosów i ujrzał krwawą ranę. Szybko zsunął włosy z lewej skroni - takaż sama zakrzepła rana! . . Oniemiały z przerażenia. drżąc z przejęcia, śpiesznie otworzył torbę i wyjął z niej uszy z okrwawionymi nausznicami.. Były to uszy jego żony, . teraz dopiero je poznał. Tak oto dowiedział Się, że ona była tym. kto w boju pierwszy go napadł, że chciała go zabić, a sama z jego ręki śmierć poniosła. W pamięci stanął mu ostatni wieczór przed wyjazdem i jej dziwna pieśń. . 71 - Tyś wiedziała! - krzyknął na macochę. . - Wiedziałam, ale ty byś mi nie uwierzył; Opętała cię. CZeszką była " i nienawidziła nas. Chodź złożyc bogom ofiarę w parowie! I Straba, rozkazawszy wynieść zmarłą za dziedzinę na pole, ze ściągnię- .. tymi brwiami, jakby straszliwym widzeniem nawiedzony, podązył za macochą do mrocznego parOWu. Durynk i Neklan I żałoba padła na ziemię luczańską .jak ciężki, ponury cień. Nie było rodu, nie było dziedziny, gdzie by nie opłakiwano kilku poległych. z płaczem i lamentęm wspominano Turskie Pole, na którym zginęło tylu najroślejszych, najdzielniejszych mężów. Wszędy po nich płakano, żal budziła ich śmierć i to, że ciała wojów, nie spalone, stały się łupem drapieżnych zwierząt. , z żałoscią łączył się ;strach. Lotem błyskawicy wiesc się rozniosła, że Czesi ruszyli z turskiej ziemi i że przekroczyli już granice. Groza . poszła po wszystkich żupach. Ludzie w głąb kraju uciekali, w grodach i borach się. kryli i z lękiem opowiadali, jak Czesi mszczą się na wszy- stkich wsiach. . nie strach jeno ją zrodził. Świadectwem były Wieść ta mylną nie była i za dnia pale czarne i gęste chmury dymów, a nocą łuny złowieszcze krwawiące na niebie. Płonęły dziedziny, w morzu płomieni gorzały urodzajne łany; wiatr dym i swąd spalenizny roznosił daleko w . głąb kraju. Nie było komu go bronić. Co najmężniejsi legli na Turskim Polu. Wróg szybko posuw . ał się naprzód, zajmując żupę za żuPą.. Wszędy proszono o litość, błagano o nią żałośnie, poddając się księciu praskiemu, co burzył i palił grody. , wpierw zniszczył Vlastislava kasztel potężny, potem drugi, jeszcze mocniej obwarowany, nad rzeką Oharką w Lukach. Lecz syna Vlastislava nie znalazł w zamku; byli wszelako tacy, co przyszli i zdradzili, że ukrywa go pewna stara niewiasta w chacie wśród skałopodal rzeki. Natychmiast Neklan wysłał tam zb . ro.jnych; i nim dwa dni minęły, stał przed nim maleńki sierota, jedyny syn Vlastislava. . . Pacholę, wdzięczne dziecię o złotych, dł. ugich kędziorach, czekających na uroczystość postrzyżyn, miało zaledwie pięć latek. Nie przeczu- Durynk - imię własne utworzone od nazwy mieszkańców Turyngii. 73 wając nic złego, stanęło przed wrogiem ojcowym, utkwiwszy w nim jasne, , szczere spojrzenie, i pokłoniło się, jak je nauczono. I zlitował się nad nim Neklan, nadjego życiem młodziutkim, nad losem nieszczęsnym i nadobnym liczkiem. Krzywdy mu nie uczynił, nie wziął go nawet w niewolę. Pozwolił mu zos.tać w ojczyźnie, w żupie luczańskiej; nakazał tam zamek zbudować, by synek książęcy godną miał siebie siedzibę. Zamek ten zwano Dragusiem. Nie był to gród obronny, bo Neklan umyślnie zbudować go kazał w miejscu przystępnym, by nie stał Si .ę twierdzą dla Luczan, gdyby przypadkiem sprzysięgli się i kiedyś opór chcieli stawiać. . Sam Neklan do Czech powrócił wioząc łupy bogate i uroczyście wjechał do zamku praskiego. T u złożył bogom hojne dary wielbiąc ich za to, że dali mu zwycięstwo, że znis .zczony został wróg gro źny, o którym da wniej ze strachem myślał we dnie i nocą, gdy na łożu legł; zmora ta spokoju mu nie dawała i sen spędzała z powiek Dumne plemię Luczan zgnieciono, a ten, co mógłby kiedyś nad nim panować, Zbisław, synaczek Vlastislava, żył spokojnie w ustronnym zamku Draguszu. Mieszkał z nim opiekun, mąż obcego plemienia, Serb imieniem Durynk, któremu Vlastislav jak swojemu ufał. I Neklan mu zaufał, i powierzył pieczę nad Zbisławem oraz nad zamkiem. Minęło lato i jesień, nastała zima. Pierwsza zima po bitwie turskiej, pierwsza po śmierci Vlastislava. Dni stawały się coraz krótsze, chmurniejsze. Mroczne też były myśli Durynka. Niespokojnie krążyłpo zamkowych komnatach nie mogąc znaleźć sobie miejsca. . Zła myśl chodziła w ślad za nim jak cień, nie dając spokoju. żądza sławy i chciwość były jej rodzicem, Bezustannie słyszał głos wewnętrzny. . "Zgładź tego chłopca, zgładź go! Neklan ni .e zazna spokoju, póki żyje syn Vlastislava. Zabij jego syna, a ulżysz księciu, który cię wynagrodzi hojnie. Zamek, którego strzeżesz dla chłopca, twój będzie i cała ziemia wokoło. Zostaniesz panem, włodarzem, a nie tylko rządcą i sługą. Oddasz księciu praskiemu przysługę, gdy usuniesz chłopca, usuniesz na zawsze..." Tak go bies kusił,tak go krwawa myśl dręczyła, że.nie mógł jej odPędzić. Nachodziła go bez ustanku, najczęściej gdy był sam. Ale bywało nieraz, że gdy w wieczór zimowy siedział ze Zbisławem przy płonącym ogniu, złe myśli zjawiały się nagle. Chłopiec dziwował się wtedy, czem u Durynk tak się zamyśla, czemu spoziera na niego tak inaczej niż zawsze zielonka wymi oczyma spod gęstych brwi. . Lecz gdy opiekun, z zadumy zbudzony, pogłaskał go po jasnych włoskach i łagodnie doń przemo ' wił, pacholę znów się uspokajało. Razu pewnego wziął Durynk Zbisława na przechadzkę w dół rzeki. 74 Obiecał mu, że będą łowić rybki. Pacho ~lę podskoczyło z radości i w kożuszku i czapeczce futrzanej ochoczo na dwór wybiegło. Durynk, kryjąc w sercu złe zamysły, wziął ze sobą siekier.ę mówiąc, że wyrąbie nią przerębel, by mogli ryb nałapać. Zbisław, pełen radości" podskakiwał tuż przy nim. Szli do rzeki wydeptaną w śniegu ścież.ką. Było późne popołudnie, . jasne i mroźne. Pusto i cicho nad rzeką. Nieruchomo stały nad wodą stare wierzby, jawory i ciemne, rozłożyste bezlistne olchy. Tylko na gałązkach i gdzieniegdzie na śniegu, iskrzącym i jakby kryształami usianym, czerniały drobne szyszeczki. Wysoka sucha trawa przy brzegu i krzaki lśniły także od małych gwiazdeczek. Rzeka milczała. Na lśniącej, zielonkawej powłoce lodu bielały płaty zmarzniętego śniegu jak białe wodne kwiaty. .' Zbisław ochoczo zbiegł na lód i chciał przejsc na drugą stronę rzeki. Ale opiekun zatrzymał go: - Poczekaj, aż wyrąbię przerębel. I począł rąbać. Chłopię z zaciekawieniem, śledziło każdy cios siekiery. . , lód rozpryskiwał Się, łupał i łamał, wreszcie w szerokim otworze błysnęła woda. Durynk pochylił się nad chłopcem mówiąc łagodnymi słowy. - O , popatrz jeno, mój paniczku, jak rybki pływają pod wodą! Ileż ich tam jest, aż się roją! . , A ufne pacholę, nie przeczuwając nic złego, zgięło kolanka i klęcząc, ciekawie spojrzało w wodę. A gdy schyliło się spuściwszy nisko główkę kędzierzawą, ciężka siekiera opadła na drobną szyjkę. Krew splamiła lód szklisty i biały śnieg. Durynk siekierę odrzucił, a wyciągnąwszy z torby u pasa nóż ostry, dokończył ohydnego dzieła, po czym w pośpiechu uciekł z tego miejsca. . . Pod olchami zmrok już zapadać począł. O tej porze obcy przechodnie znaleźli na lodzie ciało chłopczyny bez głowy. Po czapce, co strącona boku leżała, i po kożuszku poznali książęce dziecię. Osłupieli z przez rażenia i szczerze żałowali nieszczęsnego chłopca. Zwłoki jego na zamek zanieśli. . Wszakże tam na próżno szukali Durynka. Ponoć przed chwilą kazał nagle osiodłać konia i wyjechał z zamku. Dokąd, nikt nle wiedział. , II Tymczasem Durynk pognał prosto do zamku praskiego. Gdy przybył tam, książę Neklan odbywał właśnie naradę ze starszyzną. Durynk, chcąc 75 się swym czynem przed wszystkimi pochwalić, wszedł do salę i księciu się pokłonił, , a gdy ten, zdziwiony jego przybyciem, ręką mu skinął; rzekł wobec zgromadzonych: . . - Byłem wierny wojewodzie luczańskiemu, ale tobie, książę, chcę być wierniejszy.Wierzmym słowom i wiedz, że jednym ciosem siekiery sprawiłem, iż ty, książę, i wy wszyscy możecie spać spokojnie. Pomny tego, że kto chce w domuszkody zbyć, nie powinien dac ' i skrze w ogień się zmienić, ja tę iskrę ugasiłem, by was od przyszłej zguby uchronić. To mówiąc rozwiązał węzełek, który pod pachą trzymał, i wyjął w białe płótno owiniętą gł6wę chłopczyny, złocistą, kędzierzawą; była jeszcze jak żywa, tyle tylko że głosu nie wydała. I położył ją na stole przed księciem i starszyzną wołając: , . - Oto mściciel krwi ojcowej, który by was kiedys zgubił, lezy zgładzony bez przelewu krwi waszej! Ten, wierzajcie mi, gdyby dożył męskiego wieku, zagroziłby niejednemu z was! Grozą przejęty, odwrócił Neklan twarz, oburzyła się również sta , rszyzna. Gniewne. pełne wstrętu głosy rozległy się w sali. Aż tu książę powstał i czerwony z wściekłości, ciskając z oczu błyskawice zwro ' cił się ostro do Durynka: - Zabierz swój dar sprzed oczu naszych, ty podły człeku! Komuś się chciał przysłużyć? Czy mnie? Azali myślisz, że nie potrafiłbym sam zrobić tego. coś ty uczynił'? Ale ja zabiłbym wroga. ty zaś zabiłeś pana swego! Syna swego dobrodzieja. niewdzięczniku! Jam ci go zgładzić nie kazał. jeno cnotliwie wychować! Tyś go miał strzec. a coś z nim uczynił'? I za to oczekiwałeś nagrody? Otrzymasz ją. otrzymasz, zaprawdę wielki dar otrzymasz! Wybierz sobie z tych trzech rodzajów śmierci, jaką chcesz zginąć: bądź skoczysz na łeb z wysokiej skały, bądź powiesisz się sam na ! którymkolwiek drzewie, bądź zadźgasz się własnym mieczem. .Durynk, blady jak ściana, wysłuchał wyroku uniesionego wielkim gniewem księcia, po czy spuściwszy głowę i oczy ruszył ku wyjściu drżąc na całym ciele, westchnął: . . - Biada mi, biada. tegom się nie spodziewał! , Ale nikt go nie żałował. Poszedł Durynk precz z zamku i obwiesił. się na wysokiej olsze, co u drogi stała. I olchę tę, póki jej nie ścięto, lud zwał .,olchą Durynka." . III . Onego czasu "Na Skałkach'. naprzeciw Vyszehradu rósł stary święty gaj. W ciemnym jego gąszczu, pod sklepieniem drzew potężnych, stał na 76 . omszałym głazie ponury posąg Marzanny, groźnej bogini, co wiodła ludzi ku progom wieczności. Ten ciemny gaj i otaczająca go rozległa, odkryta i wyżyna były siedliskiem jej okrutnej . władzy. Liczne mogiły, zieloną trawą porosłe, wznosiły się tu nad popiołami zmarłych. ' . Niżej na zboczu, opodal potoku Boticz, nad którym splatały się roz- łożyste gałęzie, leżał mniejszy cmentarz kryjący popioły co znamienitszych ~władców. Tam, w cieniu drzew, odpoczywali pod kurhanami, w grobach kamieniami obłożonych. wojewodowie kraju. Mądry Przemysł, co w swej ziemi spoczął w tym miejscu, a po nim inni prawa i ład zaprowadziwszy pierwszy . kolejno w Czechach władzę sprawujący..Niezamysł, Mnata, Vojen, Wni .- sław, Krzesomysł. Tu również pochowano kSi .ęci .a Neklana, gdy serce jego bl .c ' przestało. Potem w gaju u. Jezerki zeszli się starsi i rodów starostowie i wy- ~ brali na księcia Hostivita; w uroczystym pochodzie na Vyszehrad go powiedli, na książęcym stolcu posadzili, książęcą, Przemysłową ongiś. czapkę na głowę mu wkładając. ' , A gdy po latach zmarł, pogrzebali go na dolnym.cmentarzysku obok przodków. OPOWIEŚCI Z CZASÓW CHREŚCIJAŃSKICH Ujrzałem cienie wieków minionych... Vrchlicky Ucichły opowieści o czasach pradawnych, wygasło źródło baśniowych gadek wieku pogańskiego, Nowe czasy nastały. a z nimi nowe i dziwne wydarzenia, pamięci godne. Now czasy. kiedy to pojawili się wysłannicy ziemi chrześcijańskiej. Zjawili się jako zorza poranna przed świtem, a z ich przyjściem jasność zalała zięmię, bowięm przynieśli poznanie jedynego Boga. Z głębi ciemnej puszczy od strony morawskie j, z mrocznych lasów niosły się pieśni : "Wzywa jmy Boga i Zbawiciela naszego, uprzedzajm y oblicze Jego zwiastowaniem.." "Zaśpiewajcie Gospodzinowi pieśńń nową, zaśpiewajcie Gospodzino-. wi. głoście w narodach sławę Jego... " I oto z puszczy granicznej u Bramy Morawskiej, kędy wiodła droga na Morawy przez grod Litomyśl i gródek .Hrutoy na trakt trstenicki, wyszli kapłani jedynego Boga, biskup Metody. a z nim towarzysze jego i ucznio- wie. Tenżę biskup z bratem swym Cyrylem, mężem świętym, jUż pierwej przeorał radłem swych słów UgÓi- serc pogańskich ziemi morawskiej i słowackiej, siejąc ziarno święte nauki i dobrych uczynków J On tedy przyszedł do Czechów od Morawian. którzy nazwę przyjęli od ziemi swojej; mowa ich wszakże jedna była z mową Słowaków i Czechów, jako i naród z jednego plemienia się wywodził. Arcybiskup Metody, podążając ze sławnego Velehradu, Iedwie na zie- mię czeską wstąpił. pobłogosławił ją i rozpoczął dZi eło boże od miedzy granicznej w zamku .Litomyślu i na podgrodziu. Stąd z kapłanami poszedł dalej w głąb kraju nauczając wszędzie słów Pisma i mądrości jego. Radzi mu byli Czesi, albowiem słuchali o wielkich czynach bożych w ojczyste j mow.ie swojej. I garnęli się do kaznodziejów do M etodego. . albowiem gorzała w nim prawdziwa miłość Chrystusowa. gdy mówił: 80 - Pokropię was . wodą czystą. aoczyścicie się z bałwochwalstwa i grzechów waszych. a Bóg Jedyny ulituje się nad wami i pogrąży grzechy wasze , w głębinach... Podobała im się jego mowa i nauki. i pienia kapłanów. chrzest idąc w ślady księcia Borzivoja i ' przyjmowali małżonki jego Ludmiły. córki Slavibora. wojęwody pszovskiego; zbierali się tłumnie. gdy kapłani mszę w języku słowiańskim odprawiali. mieli bowiem Ewangelię. psałterz i inne księgi w zrozumiałej mowie ułożone. . LUd modlił się żarliwie, skruchą przejęty. i w serdecznej pobożności śpiewał tak, jak go kapłani nauczyli: Gospodi. pomiłuj ny' . 1 oraz inne pieśni. Gdziękolwięk święty apostoł zatrzymywał się dłużej, kazania głosząc. . wszędy kościółki zakładał ku sławie bożej i na pamiątkę świętego Klemensa. Pierwszy postawił na zamku książęcym w Litomyślu i ku .czci świętego Klemensa poświęcił; drugi pod tymże wezwaniem w Hradcu nad Łabą zbudował, trzęci na Sadzkiej. czwarty na Vyszehradzie. a piąty w Lewym Hradcu. Światłość jasna przeniknęła gęstą puszczę pograniczną i w całym kraju rozjaśniła mroki pogańskich tajemniczych gajów. które poczęły znikać. Przybywali bowiem ludzie nowej wiary. karczowali puszcze. burzyli bałwany, ścinali święte drzewa na polach i w parowach ,i palili je. Niszcząc, ludowi nakazywali: ..Nie podnościę nowonarodzonych nad płomienie, nię składajcie ofiar duchom ognistym Ili proście ich o opiekę nad dziecięciem aż po kres dni jego... I dalej nakazywali: ,.Niechaj nikt nie składa ofiar biesom i złym duchom, nie grzebie zmarłych w świętych gajach i nię odprawia obrzędów żałobnych na rozstajach dróg, w miejscu spoczynku dusz; niechaj ustaną igry w maskach nad zmarłymi i wzywanie pustych cieni... I strącono z Vyszehradu boga Peruna, poniechano oddawania czci strasznej Marzannie; ponury jej posąg w gaju ..Na Skałkach" został zwalony i zniszczone. mnogie wizerunki bożków. Znikały bogi ciemności. bogi leśnę. wodne i powietrzne; opłakiwali je ci tylko, co nie chcieli wyrzec się ich w wodzie chrztu świętego. A najbardziej czarownicy wiedźmy i wróże. Uciekali oni w głąb lasów, w skryte wądoły w góry. Tam wynosili swe bożki i bałwany, tam im się kłaniali ' ofiary składając i przeklinając nowego Boga. G o s p o d i, p o m i ł u j n y (Panie. lmiłll.i się nad nami!) - werset w.języku starosłowiańskim Zapewne śpiewany przez łlld już w latach działalności Cyryla i Metodego, Werset ten w postaci: Hospodine. pomiluj ny przeszedł do najstarsze j religijne.j pieśni czeskie j, którą śpiewano również przeed bitwą. - 81 Ale On był potężny. ~ Donośnie biły w całym kraju dzwony, coraz dalej i dalej rozb.rzmiewały pienia nabożne w świętym, tajemniczym mroku przybytków bożych, wśród białych dymów wonnych kadzideł, przed ołtarzami zdobnymi we wspaniałe malowidłą na tIe złocistym i rzeźby bogate połyskujące w blasku gorejących świec. , Nowe czasy nastały, a z nimi nowe, dziwne wydarzenia, pamięci godne. Ale i te czasy minęły i przeszły już do starych podań. Posłuchajcie ich, moi bracia mili, synowie i córy ziemi czeskiej ! Posłuchajcie, co wydarzyło się od owego czasu, gdy poczęło się u nas . dzieło świętych bracl, których wielbi całe czeskie plemię i wszyscy Słowianie. Posłuchajcie o książętach i królach morawskiej i czeskiej ziemi, o bohaterach naszego rodu i prostym ludzie; posłuchajcie o macierzy naszej, złotej Pradze. Posłuchajcie, co zapisali kronikarze dla was i dzieci waszych i co przechodziło z pokolenia w pokolenie w żywej księdze pamięci ludu. Słuchajcie, bo oto poczynają się owe dawne opowieści! O Królu Svatopluku Lud zebrany w śwątyni velehradzkiej wysłuchawszy kazania zakończył pienia nabożne. Umilkły ostatnie dźwięki, oczy wszystkich zwróciły się ku ołtarzowi, gdzie rozpocząć się miała msza święta, celebrowna przez samego arcybiskupa Metodego; uroczysta msza w dzień wielkiego święta apostołów Piotra i Pawła. Już dłuz . szą chwilę płonęły świece na ołtarzu, a arcybiskup nie wychodził. Ludzie czekali modląc się po cichu. Czas płynął. Słońce było .już wysoko na niebie, promienie jego wpadały właśnie przez . okna zalewając złocistymi smugami nawę główną. Wszystko wraz pojaśniało, ściany, święte obrazy na złotym tle, głowy wiernych: niewiast, kudłatych mężów, płowowłosych dziewcząt i dzieci. W blasku tym zbladły czerwonawe płomyki świec na wpół wypalonych. Już szept stłumiony szedł po kościele, ludzle jęli się rozglądać, .głowy ku sobie pochylać, zapytując z cicha, co się stać mogło. Szeptem pytali i szeptem rozeszła się po całej świątyni odpowiedź: - Arcybiskup czeka na króla; ten bowiem nakazał, by sumy bez niego nie zaczynał. Gdzie król? Gdzie jest król? - Dlaczego nie nadchodzi? Wszyscy zadawali to pytanie i osłupieli ze zdziwienia dowiedziawszy się, że król wyjechał dziś rano przed świtem na łowy z liczną drużyną i sforą psów. Na wielkie łowy w tak uroczyste święto! Naraz wszyscy umilkli, przed ołtarzem bowiem stanął wielebny Metody. Zbliżało się już południe i mszy nie można było dłużej odkładać. Z arcybiskupem pojawi.li się u otłarza księża l diakoni, wszyscy w bogatych i Svatopluk (zm. 894r.) - władca Pan 'stwa Wielkomorawskiego obe jmującego Morawy i dzisie jszą Słowację. Za jego panowania w ynikły spor y między duchownymi obrządku słowiańskiego i łacińskiego. 83 -. szatach kościelnych.Arcybiskup zaczął mszę odprawiać; diakoni i księża służyli mu paląc kadzidło i intonując pieśni. . A lud, klęcząc i stojąc, z rękami złożonymi, wpatrywał Się w ołtarz rzęsiście oświetlony świecami, w których blasku połyskiwały złote ornaty, obrazy i rzeźby; słuchano modlitw księży i pieśni chóralnych, wznoszących , się pod sklepienie kościoła. I wszyscy rozumieli słowa Ewangelii, pacierzy i pieśni, i przejęci gorącą, serdeczną pobożnością w uniesieniu wznosili swe myśli ku Bogu. o królu zapomnieli. Nagle w ciszę świątyni wdarł się hałas, ryk dziki, zmieszany gwar dźwięków i głosów gwałtownie się zbliżający, rosnący jak burza. Wrzask, groźne krzyki, dźwięk rogów, psów szczekanie i rżenie koni. Burza ta huczała tuż przed świątynią, już była na progu, wzbiła się pod sklepienie, już wtargnęli jej sprawcy do wnętrza i środkiem głównej nawy runęli do ołtarza. Na czele sam król Svatopluk w czapce na głowie i z mieczem w ręku, za nim łowiecka drużyna i psy. Zamilkli księża, lud przerażony cofał się i krył po kątach, tuląc się do ścian i kolumn. Król wszelako, nie bacząc na nikogo, wymachując obnażonym mieczem, pędził wprost do ołtarza, krzycząc dziko na arcvbi- skupa, czemu nie czekał, czemu do ołtarza przystąpił. Ale u stopni stanął jak wryty, z płonącym wzrokiem, twarzą w twarz przed mężem świątobliwym. Ten z,aś wyciągnął rękę. - Ni kroku dale.i! - zawołał w świętym gniewie. - Oby cię Bóg na miejscu nie skarał! Oiabelska opętała cię pycha! Czyż mam być posłuszny twej samowoli bardziej niż. prawom boż.ym? Zbezcześciłeś przybytek Pana! Przeto wyklęty zostaniesz i Bóg cię poniży! . Twarz i kark króla krwią nabiegły, oślepiony wściekłością, zatrzymał się jak smagnięty biczem i pokonany spojrzeniem oraz powagą świętego męża opuścił miecz, a po chwili wahania zawrócił i szybko kościół opuścił. Za nim podążyła jego gwarna drużyna i psy. Ale gdy wrócił do zamku swego, znowu owładnęła nim zaciętość i pycha. Nie chciał uznać swej winy, wstydził się i burzył, że dał się tak poskromić słowem i spojrzeniem arcybiskupa. I posłał do niego z rozkazem, by mu się na oczy nie pokazywał. Usłuchał mąż świątobliwy. , tegoż dnia opuścił królewski zamek udając się w podróż apostolską do krajów, których był duchowym przywódcą i opiekunem. Wszędzie głosił słowo boże, szerzył i umacniał wiarę chrześcijańską. I czynił tak aż do samej śmierci. Król zaś przez cały ten czas pozostał nieugięty. Zapomniał w swej niewdzięczności, co mąż święty dla pańs.twa morawskiego uczynił: że przyniósł mu światło wiary prawdziwej, że poświęcił ludowi całe swoje życie. 84 W gniewie i zapamiętaniu ścigał go nawet, a z namowy nieprzyjaciółjego, Niemców, zniósł obrządek chrześcijański. , . Svatopluk wszelako nie uniknął kary. słowa Metodego ziściły się. , . Szczęście opuściło bowiem potężnego króla klątwą obciążonego. Ze wszech stron ruszyli przeciwko niemu ijego ludowi Węgrzy, Polacy, Niemcy; nawet Czesi buntowali Się i nie chcieli mu być poddani. Wszyscy ziemię jego srodze pustoszyli rabow ali. Król wszystkie swoje siły wytężał, by obronić się przed nieprzyjacioły i nieszczęście odwrócić od państwa. Lecz burza nadciągała za burzą, cios padał za ciosem i zguba była nieuchronna. Prze.jrzał wtedy król i poznał, że przyszedł na niego dopust boży, że całe to nieszczęście ściągnął na kraj on sam pychą swoją i butą. Często przychodził mu na myśl arcybiskup Metody, przeciwko któremu tak bardzo zawini. Wspominał go i żal coraz mocniejszy ogarniałjego serce. . Smucił się w duchu, słysząc, że najazdy wrogów nie ustają, że kraj coraz bardzie j upada, a rozlegające się zewsząd skargi i płacz poddanych serce mu ściskały. Zwołał przeto starszyznę i co przedniejszą szlachtę, doradców swych, i pytał ich, co ma czynić. Lecz oni żadnej rady dać mu nie umieli. A wieczorem, gdy narada, którą zwołał w swym obozie wojskowv m, . skończyła się, odszedł stroskany i smutny do swego namiotu. I dworzanie go więcej nie ujrzeli. Około północy opuścił namiot - to straż już . widziała - wsiadł na konia przywiązanego w pobliżu i cicho przejechał przez śpiący obóz. Nikt go nie dostrzegł, straże zaś, które na skraju obozu czuwały , poznawszy króla nie wstrzymały go, jeno przepuściły z szacun- kiem. choć dziwne im się wydało, że wyjeżdża o tak późnej porze. Nikt nie domyślał się, iż od dawna już opuścił go spokój i nie radowała go sława jego ani potęga. Sumienie bowiem go dręczyło, iż wygnał wielebnego dobroczyńcę ziemi morawskiej i obalił zakon jego i obrządek. W bezsenne noce, skruchą przejęty, rozważał, jaką by odbyć pokutę, Wreże porzuci to wszytko, co szcie owego wieczoru owziął postanowienie, go do buty izuchwalstwa wiodło, a więc władzę królewską i sławę, wojsko, dwór i SłUgi, skarby i broń cenną, że wyrzeknie się całej potęgi, opuści wszystko, by wyzwolić ziemię morawską od cierpień i nieszczęść, które na nią ściągnął. Opuścił obóz i jechał pustą drogą w noc ciemną, aż dotarł do zbocza góry Zabor, gdzie czerniały ogromne, nieprzebyte puszcze i gdzie przed laty trzej pustelnicy wznieśli z jego pomocą kościół. W tej puszczy, konia w miejscu odległym wśród drzew i zarośli, przebił mieczem piers 85 swego i zakopał óW miecz splamiony krwią wiernego wierzchowca. Bezbronny ruszył dalej w bór ciemny i szedł niestrudzenie modląc się, aż o świcie dotarł do pustelni. Pustelnicy nie wiedzieli, kim jest, i nie mogli nawet się domyślić, nigdy bowiem go przedtem nie widzieli, a on sam poznać im się nie dał. Ale iż jako pustelnik przyszedł oddać się na służbę bożą i poświęcić postom i pobożności, przyjęli go do swego grona. Svatopluk, ongiś król państwa morawskiego, z pokorą służył prostym pustelnikom. W nędznej drewnianej chacie, w zgrzebnym habicie zakonnym żył pan, który ongiś odziewał się w sobole i sukna drogocenne, a mieszkał w rozległych, wspaniałych komnatach na królewskim zamku. . Pokąd żył w zdrowiu, nikt nie wiedział, kim jest. Dopiero gdy poczuł, iż zbliża się jego ostatnia godzina, wyznał mnichom, kim był i czemu u nich przebywał. I wnet potem ducha wyzionął. . O Królu ]ęczmionku I Gdy król Svatopluk bez śladu zaginął, umyślił ludna Morawach wybrać sobie nowego władcę. I szukali, kto byłby najgodniejszy królewskiego tronu. W tym czasie żył w ziemi przerovskiej, na zamku Chropin, pan rozległych włości, mąż bogaty, przez szlachtę poważany, a przez poddanych miłością darzony. W rządach swych był ludzki, a sądził mądrze i sprawiedliwie. Rzekli więc panowie i szlachta: "Po cóż gdzie indziej szukać króla, . skoro go mamy tu, wśród nas". I bez sporów i w'aśni wybrali jednogłośnie chropińskiego pana, a wybór ich chwalono po całej morawskiej ziemi radując się z nowego władcy. On zaś, by poznać wszystkie zakątki państwa swego, wybrał się na objazd kraju. Wszędzie witano g0 radośnie i uroczyście. I na południu kraju, gdzie winorośl dojrzewała, i w błogosławionej ziemi zwanej Hana, na północy, zachodzie i wschodzie, w dolinach . i wśród porośniętych borem pagórków. Wszyscy chcieli mu się przypodobać; panowie i szlachta na wyścigi starali się przyjaźń jego pozyskac " schlebiali mu, dary znosili, huczne gody wyprawiali i różnymi uciechami bawili. Gdy wróciłna zamek chropiński, markotność go ogarnęła. Dwór wydawał mu się pusty i cichy, nic go nie cieszyło, nawet miłość i oddanie powabnej, przezacnej żony. Tęsknił. bowiem do zabaw hucznych. Rozkazał przeto dworzanom, by ucztę urządzili i sprosili na nią licznych i dostojnych gości. I zjeżdżali na Chropin panowie i szlachta w bogatych sukniach, futrem . lamowanych, z lśniącymi szablami i mieczami zwisającymi u wspaniałych pasów, w kosztownych czapach przybranych czaplimi pióry. . ' zjeżdżali na pięknych koniach krytych czaprakami przetykanymi złotem. Zjeżdżali ze wszystkich krańców państwa, że ledwie miejsca dla nich starczyło, a podgrodzie pełne było ich czeladzi i koni. 87 . . weseIe. Raz w raz I zaczęły Się na zamku nieustanne gody, zabawy, nowi goście zjeżdżali, według woli pańskiej, ucztowaIi, gonitwy urządzali, . turnieje wystawne, a za każdym razem długo wmoc siedzieIi i pili, piIi! Gdy lud utrudzony całodziennym znojem wracał wieczorem z pola, na zamku chropińskim hucznie się bawiono; dźwięczały puchary, brzęczały struny i śpiew rozbrzmiewał przy blasku świec i łuczywa. A gdy ludzie przespawszy noc wychodzili znów do pracy o świce, na zamku ciągle jeszcze wrzała zabawa. I spoglądali z trwogą ku pańskiej siedzibie mówiąc frasobliwie: "Co za rządy, jak się to skończy! ." I za każdym razem przedobrą królową wspominali. Litowali się nad nią szczerze i powiadali sobie, jak biedna cierpi, jak ta zacna pani znosi to wszystko, jak jej trudno unikać zabaw i uciech, które są jej wstrętne. Lud nie na próżno się trosk.ał. Królowi wkrótce nie starczył na takie y.cie ni jego własny, ni królewski majątek. Przeto nakładał coraz to nowe i coraz większe daniny, przekazując poborcom,dy nic nikomu nie darowaIi, choćby trzeba było użyć przemocy. Nie spoglądał już lud ku zamkowi z troską serdeczną, lecz z gniewem i nienawiścią, złorzecząc królowi i przeklinając go. TyIko o królowej . mo ' wiono dalej z jednakim oddaniem, a nawet z niejakim wzruszeniem, wiedziano bowiem, że prosi za nimi u króla, że wstawia się, by ich nie ciemiężył, nie uciskał. . , Prawdę mówili; nikt wszakże nie widział łez, które króIowa w samotności, potajemnie, w gorzkim płaczu wylewała, nikt nie słyszał, jak pełna miłości i frasunku, serdecznie, łagodnie króla upominała i jak małżonek oburzał się na nią, jak ostro ją zbywał. Wychodziła od niego z głową spuszczoną, cała drżąca, a wstyd i łzy tak wzrok jej ćmiły że , potykała się omal nie padając. I zdarzyło się razu pewnego, gdy król nową daninę nałożył, a królowa znów za Iudem się wstawiła, że rozwścieczony miecza dobył i rzucił się . na swą królewską małżonkę tak gwałtownie, iż ledwie z komnaty umknąć zdołała. . , Ogarnięty gniewem szalonym, rozkazał król wypędzić ją natychmiast za mury, by jej nigdy więcej nie widzieć. A gdy wyjrzał oknem ku bramie, czy rozkazjego spełniono, ujrzał nieszczęsną królowę. Taka wściekłość na nowo nim owładła, że wypadł z komnaty i z mi .eczem obnażonym pognał za nią. Lecz królowa w porę go dostrzegła. , Niestety nie było nikogo, kto by wstawił się za nią, kto by ją obronił. W śmiertelnym lęku rozglądała się wokół, gdzie by się ukryć. TyIko łan dojrzewającego jęczmienia stał u drogi, łan wielki i dorod . ny, lśniący 88 . w . słońcu; srebrzysty, urodzajny w bogate kłosy, tysiącznymi wąsami migocący.. , Wraz zachwiała się spokojnajego powierzchnia. Rozkołysały się kłosy, a nad nimi mignęły złote spIoty królowej. Uciekała jęczmieniem, aż nagle zniknęła w nim, jakby w złocistą toń zapadła. Uspokoiły się wnet poruszo- . ne faIe, wygładziła się powierzchnia łanu i stała znów nieruchoma, jakby ~wszelkie tchnienie wiatru zamarło. A gdy król nad. biegł, na próżno rozglądał się, gdzie z .niknęła żona. Znalazły ją wieśniaczki, a obok niej dzieciątko, co się w zbożu naro- . dziło. Zaniosły ją wraz z dziecięciem do wsi, troskIiwie się nią opiekując, zaś synaczkowi królewskiemu nadały imię Jęczmionek na pamiątkę tego,. . że w jęczmieni .u się narodził. Król wszak .że dowiedział się o tym i nle mając . zlitowania ni dla małżonki, ni dla syna swego, kazał ich precz wygnać. Żołnierze wywieźli i .ch daleko, a nikt nie wiedział dokąd. Ale króla gryzło sumienie. Często przed oczyma stawała mu udręczona twarz najmiIszej pani i synaczka jedynego. Myśli te nawiedzały go naj- . częściej wtedy, gdy znużony gośćmi, ucztą i pustą rozkoszą, samotności szukał. . , Aż wreszcie taka go tęsknica ogarnęła, że wysłał ludzi po małżonkę i dziecię, by ich z powrotem na zamek przywiedli. ~ Przerażeni posłowie wrócili z niczym. Osłupiał król usłyszawszy, że królowa i królewicz zniknęli z miejsca, w którym się ukrywali, i nikt nie wie, gdzie się podzieIi. . . Rozkazał natychmiast szukać zaginionych. Pierwsi ruszyli ludzie z Chropina i całej ziemi przerovskiej, a wszyscy ochoczo, szli bowiem po swoją ukochaną królową. Również króI wyjechał z drużyną szukać rodzi~ ny, Jeździł wszędy, nie ominął żadnego zakątka swego państwa; przebywał góry i doliny, po wsiach szukał, po zamkach, Iasach i pieczarach, aż wreszcie dotarł do ogromnej mrocznej puszczy na górze Zabor. Ujrzał tam przed czarną jaskinią starego pustelnika z długą, białą , brodą. I spytał świątobliwego starca, czy nie wie czegoś o jego małżonce i synu, królewiczu Jęczmionku. . Podniósł się pustelnik, a stanąwszy przed chropińskim panem, spojrzał na niego surowo j.ak sędzia, i w te otoprorocze przemówił słowa: . - Dla grzechów swych i win nie godzien jesteś szlachetnej małżonki i syna swego. On naprawi to, coś ty popsował. Jako .ty jesteś ~ g.ubą ziemi morawskiej, on będzie jej błogosławieństwem i zbawieniem. Jako ciebie przeklinają, jego błogosławić będą. Wiedz, że go nie znajdziesz ani ujrzysz. P , ojawi się i przyjdzie w chwili, gdy ojczyzna otoczona będzie nieprzyjacioły. Gdy zdawać się będzie, że idzie zagłada, wtedy zjawi się Jęczmionek , . 89 z wielką potęgą, wypędzi wrogów i uwolni Morawy od obcegojarzma. A ty idźiczyńpokutę! . Złamany na duchu, król wrócił na zamek. Zrozumiałswą winę, sumienie go nękało i dręczyła tęsknota za z .oną i dziecięciem. Z chmurnym obliczem krążył po komnatach; ludzi unikał, samotności szukał, aż wreszcie . bawić się bez ópamiętania. znowu zaczął spraszać dworzan i gości i Ale i wesołe okrzyki obcych ludzi nie dawały mu zapomnienia. Zrywał . się nagle od stołu porzucając gOśCl i błąkał się nocą po komnatach zamku i dziedzi .n cu, aż na koniec razu pewnego w przystępie rozpaczy skoczył w bezdenną studnię na zamkowym podworcu. , II Wieszczba pustelnika o synaczku chropińskiego pana iotem ptaka po kraju morawskim się rozeszła i lud cze.kał pojawienia się króla Jęczmionka. W zamku chropińskim był dla niego zawsze stół nakryty i przygotowane pokoje, jakby w każdej chwili miał się zjawić. Czekali na króla Jęczmionka, czekali i szukali go ludzie z Chropina, z Przerova, z żalkova i innych grodów okolicznych. Co roku zbierali się po wsiach i miastach i całymi gromadami, z bronią w ręku, wędrowali po kraju, po siołach, polach i lasach, szukając upragnionego, oczekiwanego króla. Jęczmionka, nadziei lepszej przyszłości. A gdy działo się coraz gorzej, gdy lud jęczał w ucisku poddaństwa, jedyną jego pociechą była wróżba o królu Jęczmionku. Kiedy za rządów cesarza Józefa i złagodzono ciężką dolę poddanych, po wsiach zaczęto znów wierzyć, że przy.szedł wyczekiwany król Jęczmionek, że zbliża się ów czas upragniony, gdy zniesione będzie poddaństwo i wolność wszy- , stkim dana. Dlatego to lud nie dawał wiary, gdy wieść się rozniosła, że zmarł cesarz Józef. . Wierzyli, i to przekonanie powszechnie wśród ludu się przyjęło, że żyje; że ukrył się tylko przed panami, co przeciwni byli zniesieniu niewoli ludu; że przebywa gdzieś w ukryciu i w przebraniu obchodzi wsie i osady. . I nazywali go Jęczmionkiem. Był to nowy król Jęczmionek. Panowie lęk czuli przed nim, przeczuwając, że pod tym imieniem kryją się niezadowoleni, co po wsiach chodzą i lud podburzają. Dlatego ścigali i Józef II ( 1780- 1790) - cesarz austriacki zwolennik tzw. absolutyzmu oświeconego. w r 1781 zniósł w swoim cesarstwie (w którego skład wchodziły całe Czechy i Morawy ) pod- , . danstwo chłopów. To właśnie sprawiło, że w tradycji ludu wiejskiego imięjego otoczone było wielkim szacunkiem. ~ gO. Szukano tajemniczego króla po wszystkich gminach w dzień, w nocy, wszędzie o tej samej porze. , Ci, co w pańskiej służbie byli, myśliwi, gajowi, leśnicy, pisarze z kan'celari .i . dworskich, odźwierni, muszkieterzy , rozchodziii się z bronią 'w ręku po osadach i dom po domu przeglądali. Wójt i ławnicy musieli im w tym pomagać. A gdy już przejrzeli pilnie wszystkie budynki, izby, komory, piwnice, strychy we wsi, zachodzili do gospody, by posilić się , na koszt panów. Tego wszakże, którego szukali, króla Jęczmionka, nigdy nie znaleźli. Chodził on nadal między ludźmi - tak lud wierzył - i pocieszał, że skoń- . czy Się pańszczyzna i wszystkim będzie wtedy dobrze. W każdej gminie miał znajomych, do których zachodził na pogwarki - tylko zawsze w nocy - gdy czeladź spała. Przybywał niespodziewanie (był średnich Iat i dość wysoki), w płaszczu z granatowego sukna, w czapce na głowie,.w długim ~ surducie i granatowych spodniach wpuszczonych w cholewy butów. Buty te lśniły zawsze n iczym lustro, choćby lało jak z cebra. A on sam mimo dżdżu także był suchy - na płaszczu jego i czapce nie było ni kropelki wody. To ów płaszcz tak go ochraniał, że nie mókł. Miał on jeszcze i tę . , , czarodziejską zaletę, że właściciel jego nie potrzebował jeść, pić ni spac i był niewidzialny dla wszystkich prócz tych, którym chciał się ukazać. Zjawiał się zawsze po ciemku, wchodził przez drzwi zamknięte, siadał ~ za stołem, porozmawiał z właścicielem chaty, popytał, co się we wsi dzieje, a zwłaszcza ciekawiło go, jak obchodzą się panowie z pańszczyźnianym ludem. Zapowiadał, że nad ejdą jeszcze ciężkie dla chłopów czasy, że płacić będą daninę od wszystkiego , na wet od miotły. Ale to już będzie kres; potem ustaną podatki i niechrześcijańskie rządy i pańszczyzna też . Się skończy. . Posiedział, pogadał, wszakże nigdy kawałka chleba sobie nie ukroił. Nagle wstawał, wychodził tak, jak przyszedł, przez drzwi zamknięte i znikał nie wiadomo gdzie. Nigdy również nie został u nikogo na noc. I znowu wędrowałsamotnie od wsi do wsi, w ciemnościach, otulony czarodziejskim płaszczem, przez błota i mokradła, drogą i bezdrożem, spokojny .- i pewny pocieszyciel ludu, nle lękający się swych prześladowców. Nieraz ich spotkał, gdy z bronią w ręku szli, by pojmać go i sPętać. I mijał ich idąc swoją drogą; on, król Jęczmionek, żywa pociec . ha wszy'stkich uciśnionych, wcielenie pragnięń wszystkich wiernych, nadzieja . wiara w lepszą przyszłość ojczyzny morawskiej, nadzieja i wiara, i . -da co przetrwała burze wieków, co nie da się stłumić, co nie zgaśnie i Bóg - nie zawiedzie. Proporzec . , . świętego Wacława I W lecie zima wróciła. Roku tego, l l25 po narodzeniu Bożego S.yna, w miesiącu czerwcu, po Zielonych Swiątkach, napadało dużo śniegu w całej ziemi czesk iej i takie mrozy ścisnęły, że w wielu miejscach drzewa pomarzły, a potoki w górach pokryły się grubą skoruPą lodu. A co dziwniejsze, gdy potem pora zimy nastała, gdy cały kraj zasypany był śniegiem, letnie burze grozą ludzi przejmowały. Pod koniec tegoż roku, w czas adwentu przed narodzeniem Pana iw sam dzień wigilijny, wielu ludzi słyszało grzmoty i widziało znaki błyskawic na niebie. A na świętego Szczepana, pierwszego męczennika, całą noc się błyskało. .Potem zaś, gdy znowu niebo spochmurniało i ciężkie, śniegiem nabrzmiałe, wisiało nisko nad ziemią, nagle rozdarły je olśniewające bły- skawice. Działo się to drugiego dnla po Nowym Roku, w sam czas świtania. Niebo rozwierało się, a silne i czerwone błyski migały raz po raz, aż się w oczach ćmiło. . Ludzie żegnali się przerażeni, o złych znakach mówili, o wojnie, . wrozyli ją na pewno. Jakże miałoby nie być wojny, gdy w rodzie książęcym swary się znów zaczęły okrutne. Szły słuchy po zaśnieżonym kraju, szły po grodach i gródkach, po miasteczkach, wsiach i klasztorach, że książę ołumuniecki Otik , zwany Czarnym, zazdroszcząc krewnemu swemu Sobiesławowi tronu książęcego, ,na który go miłość ludu wprowadziła, pojechał do Ratyzbony w Bawarii, do cesarza niemieckiego, Powtarzano wszędzie i wszędzie to wytykano, że Otik, rodowity Czech, sprzeniewierzył się swej ojczyźnie, że schlebia cesarzowi,o pomoc cesarza . i książąt niemieckich, obiecując im wszytko, czego zapragną, byle prosi tylko ruszyli zbrojnie na Czechy i Sobiesława. Oczekiwano, że się tak i Otik, Ota książę ołomuniecki, rywalizował o tron książęcy z Sobiesławem I ( l 1251 140), którego kroniki przedstawiają jako wybitnego i czczonego przez naród władcę. stanie, bowiem wiadomo było powszechnie, że Niemców, łasych na poddańcze obietnice Oty, na pieniądze i łupy bogate, nie trzeba będzie długo namawiać. A już we wszystkich żółć się wzburzyła, gdy dowiedziano się, że cesarz Lotar w zuchwałych słowach pozwał Sobiesława przed sąd, by . wytłumaczył się, jakim prawem przyjął książęcą godność władcy Czech, kto ' rej to władzy udzielić może tylko on jeden, cesarz. Niech więc stawi . się i wytłumaczy przed sądem niemieckim, inaczej poczuje moc władzy i miecza Swiętego Cesarstwa Rzymskiego. Oczy wszystkich rozbłysły jednak radośnie i rozległy się głosy uznania, gdy wieść poszła, co książę Sobiesław Niemcom odpowiedział; oto rzekł im, że ufa w miłosierdzie boże i pomoc świętych, Wacława i Wojciecha, co nie dopuszczą, by ziemia czeska w moc obcą się dostała. , - Nie dostanie się! Bóg da, nie dostani .e! - wołano wszędy z mocą i siłą i gotow.ano się do wojny. Spodziewano się jej bowiem z wiosną, gdy s 'niegi stopnieją i obeschną drogi. . Znaki błyskawic ni.e próżno pojawiły się na niebie .,Nagle wśródjasnej, mroźnej nocy ukazał .a się złowróżbna miotła ognista. Swieciła cicho i groźnie wśród drobnych gwiazd w niespokojnym, migotliwym ich blasku. Wszystkie oczy zwróciły się ku niej, wszędzie pytano z niepokojem, co przynosi, co oznacza? A nazajutrzjak grom zjasnego nieba wieść uderzyła, że Niemcy już w pole się gotują, że cesarz niebędzie czekał do wiosny i już teraz na Czechy się wyprawia. - . Od Gór Kruszcowych do Szumawy, na południu kraju, w dół aż ku Vitorazom, na wschodzie po granice Polski, basztami kłodzkiego grodu strzeżone, na północy po lesiste pasmo Karkonoszy i dalej aż za Żytawę i Kamień nad Łabą - wszędy w całej ziemi czeskiej i morawskiej wszczął ,się ruch gorączkowy, nagłe i śpieszne przygotowania do wojny. Nikt nie baczył na mróz i zawiane drogi. Nieprzyjaciel najazd na ojczyznę.gotował, należało jej przeto bronić. I książę wzywał do boju. Miły książę Sobiesław! . Już ciągnął z Moraw, gdzie objął Otikowe dziedzictwo, i pod broń ludzi zwoływał. . :: Mówiono, że u bramy w Litomyślu, w Chrudimiu, w Sadzkiej i gdzie indziej po drodze modlił się z ludem w kościołach, a potem przemawiał doń, by nie bał się i mężnie za broń chwycił, bowiem Bóg nie pozwoli . pogwałcic praw sprawiedliwych; on, książę, nie mógł cesarzowi ustąpić . . i nie ustąpi; honor i cześć jego i kraju nie pozwalają na to. Wszędzie " z zachwytem powtarzano sło.wa, kto ' re wyrzekł do szlachty i żupanów na zamku praskim. - Wolejbym widział zgubę całego mego rodu niźli hańbę i zelżenie ojczystego języka.. 93 Tak więc ochoczo zdejmowano ze ścian broń i zbro]e, miecze, oszczepy, młoty, łuki, kołczany i tarcze, a co bogatsi szyszaki z przyłbicami, kolczugi i skórzane suknie, błyszczącymi blaszkami nabijane. Każdy spieszył do zamku pod chorągiew swej żupy. A hufce ze wszystkich żup, dalekich i bliskich, w kożuchach i szubach, w czapkach baranich, wilczych, rysich i innych, nierówne odzieniem, lecz równe dzielnością serca i ochotą do boju. Gdy się tak zgromadziło całe wojsko narodu czeskiego, rozkazał Sobiesław księżom wyjąć oszczep świętego Wacława, w kościele ś w . Wita przechowywany, by go nazajutrz, gdy wojskow pole wyruszy, . zabrać ze sobą jako ochronę przed nieprzyjacielem. Rano , skoro s 'wit, zgromadzili się w zamkowej kaplicy księża, żupani, szlachta i lud, bywy- słuchać mszy świętej, nim w bój wy ruszą. Tylko książę Sobiesław się spóźniał. Przebywał w tej chwili w komnacie z kapelanem swym Witem, którego nagle kazał do siebie przywołać. Był ksiądz Wit nmężem godnym , dla swej pobożności, rozwagi i przywiązania do mowy oj ,czY stej księciu miłym. W ten wczesny ranek wzruszony książę oznajmił mu taką rzecz przedziwną. - Słysz - rzekł - jaki sen miałem te j nocy. PrzYstąpił do łoża me- go święty W ojciech i rozkazał, bym wziął ze sobą w bitwę proporzec jego ojca: propOrZec ten ponoć ukryty jest w kościele yrbczańskim. Dziw- ne to było widzenie , lecz chcę mu bYć posłuszny Ale nie z.dążę .już, . WszysC y na mnie czekają, pOra nam jechać. Wyruszamy zaraZ, po mszy. . Lecz ty, miły kapelanie, zrób , O cOć proszę, siądź ną kOiń i pospiesz do Vrbczan. Weź zbro.jnych, byś sam nie .jechał. Jeżeli znajdziesz proporzec Slavnika, zabierz go w mym imieniu i pośpiesz za nami, byś nas w czas dogonił. Mężny kapłan, dziwnym widzeniem ucieszony i podniesiony na duchu nadzieją pomocy sił wyższych z racdością i bez zwłoki spełnił wolę swego księcia. Nim msza się skończyła, 11im książę wśród śpiewu wojska wyruszył w' pole, ksiądz Wit był już daleko. Dwóch dworzan i kilku zbrojnych jechało z 11im razem: na rącz ych koniach pędzili do Czeskiego Brodu, a stąd dalej, minąwszy po prawej stronie leżący Chotuń, rodzinną wieś świętego co ongiś należała do wielkich włości możnego Prokopa, do wsi Vrbczany , Slaynika. Nim zgasł krótki dzice zimowy, wjeżdżali do cichej, zawianej śniegiem wioski. Górował nad nią, stojąc Ila łagodnym wzgórzu i w.ZnOSząC się k u go- re jącem u wieczo rn ą zorzą n ieb u ok ragł y k ośc iół, otoczony wałem wyso- kim i mllrem. Przed nim stała wieża strze gąca jedy nej bramy w murach by szukali obronnych. Tam pleban poprowadził książęcych wys.łańńców , 94 skrytki z chorągwią świętego Wojciecha. Dzień miałsię ku końcowi i mrok zalegał wnętrze cichej wiejskiej świątyni. Ksiądz Wit, drużyna., a za nimi pleban klęcząc przed ołtarzem modlili się w duchu, by droga ich daremną nie była. Potem zapalili świece woskowe i szukali tak długo, aż za ołtarzem . znaleźli małe wgłębienie, a w nim starą, zwiniętą mocno tkamnę. Był to niezbyt szeroki pas jedwabnej materii, od połow .y rozcięty, z wyszytą na nim gwiazdą. Radość ogarnęła wszystkich; uklękli za księdzem Witem, który padłszy przed ołtarzem na kolana, głośno wielbił Boga dziękując, że użyczył im tego znaku i nadziei zwycięstwa w ciężkiej bitwie. Dawszy sobie i koniom chwilę wytchnienia wskoczyli na siodła i nie . . bacząc na porę nocną z powrotem pośpieszyli, by w czas zdążyć ze skarbem do swojego wojska. Jechali w cichą, mroźną noc w sypkim śniegu,jak Na jasnym niebie w migotliwym blasku niezliczonych bezgłośne widma. , gwiazd,świecił cicho i groźnie złowróżbny znak. II Spieszy li noc i dzień bez wypoczy nku: spieszyli śladami czeskiego wo jska. Ślad był znaczny, widoczny z dala: szeroka, ubita droga w śniegu, pełma niezliczonych odcisków podków i lśniących w słońcu smug po ciężkich saniach. Tą drogą cwałowali na północ. Przed nimi unosił się obłok białawej pary buchającej z rozdętych nozdrzy galopujących koni. Policzkr jeźdźców poczerwieniały od mrozu, a wąsy i brody osrebrzył im szron; od szronu zbielały także uszy wvtrwałych rumaków, ich sierść i grzy wy . Aż wreszcie ukazało się pasmo Kruszcowych Gór spowity ch w białą śnieżną szatę. Minęli Teplice i dotarli do wojsk czeskich. Kapłan Wit zeskoczywszy z konia pośpieszył prosto do namiotu księcia. Ucieszył się książę Sobiesław . , Bogu dziękował usłyszawszy wieść szczęsną i wnet w wojsku rozłgosić kazał, co się wydarzyło. Radosna nowina obiegła cały obóz; kto żyw śpieszył na plac przed namiotem księcia obejrzeć Ów znak cudowny. Sam książę, pan dostojny, w szubie futrem lamowanej, stał na wielkich saniach, by widzieć go mogli wszyscv , a przy nim ksiądz Wit. Książę bez przyłbicy ni czapki, z głową obnażoną jako i jego kapelan, unosił do góry proporzec wołając głosem donośnym : . 95 - Oto znak łaski bożej! Oto kopia świętego Wacława. a na kopii proporzec. który nam święty Wojciech objawił! I wszyscy starzy. młodzi. szlachta i lud prosty. odkryli głowy. padli na kolana czyniąc znak krzy'ża. a głosy zdumienia. radości. zapału i dziękczynienia rozbrzmiewały wokół sań i książęcego namiotu, Szczęsna nowina dotarła aż do szańców. gdzie w śniegu czuwali woje. . biegła nad wąwozami i przesmykami górskimi aż do przednich straży. Nazajutrz podano stamtąd wieść. że Niemcy się zbliżają. Ciągnęły Ogromne niemieckie zastęPY: Sasi. Turyngowie. Flandryjczy- . . cy. Fryzowie i Brabantów hufiec wielki. I inni znad Renu. ze Szwabii I z ba- , warskiej ziemii. Nie konczące się szeregi czerniały na drodze wśród za- . śnieżonych wzgórz. WijąC się jak wąż olbrzymi w górę. w dół i znów w górę. Powoli i z trudem. ciężka bowiem była droga tak dla ludzi. jak i koni. Brnęli w śniegu. w zaspy się zapadali. ślizgali się. padali. Był mróz a im pot zalewał oczy. z koni buchała para. Ciężka zbroja w dwójnasób ciążyła na górskich ścieżynach. . Niejeden wojak zdjąwszy płaszcz kroczył przy koniu. Ci. co szli pieszo. ustawali z utrudzenia. Ale rycerz z pierwszych szeregów w pancerną koszulkę odziany. dzielny margrabia Albrecht. zwany Niedźwiedziem, zaś obok niego pan o śniadym licu i czarnych włosach. sam Ota Czarny. w pełnej zbroi. wciąż jeno gnali naprzód popędzając innych. Tak dotarli na szczyt wzniesienia i krętą. niewygodną drogą poczęli schodzić w dół; przednie oddziały i hufiec walny znalazły się w dolinie. Tam. na polach chlumeckich. stało już wojsko czeskie w pełnym szyku. Nad zastępami w czystym. mroźnym powietrzu łopotały chorągwie. a najwyżej proporzec świ ętego Wacława. Dzierżył go kapelan Wit odziany . , w pancerz i przyłbicę. Wokół niego stało ponad stu panów czeskich z obna- żonymi mieczami. pleban i kapelan. czujna straż świętego znaku. Czescy wojownicy utkwili oczy w ustawionych przed nimi niezliczonych nieprzyjacielskich szeregach. Końca ich widać nie było. cała dolina mrowiła się od Niemców. a nad tą olbrzymią.czarną chmurą mi gały błyski zbroi i oręza. Nadeszła rozstrzygająca chwila; wszystkim zabiły serca przed ciężkim nierównym bojem. Nagle ktoś zawołał. w górę ręką wskazał i wnet wszyscy spojrzeli w niebo. gdzie w jasnych przestworzach szybował ogromny orzeł. Na w1elkich. szeroko rozpostartych skrzydłach unosił sie nad wojskiem czeskim i leciał wprost na szere gi niem1eckich wojów. Ucichł hałas i wszelkie głosy. w ciszy słychać było tylko krzyk wielkiego ptaka. Wpro st na Niemców leciał. w 1ch stronę krzyczał. jakby czując już zdobycz. . 96 Jeszczeniezniknął ten dobry znak. gdy potężny dźwięk rozległ się nad głowami czeskich wojów, To dzwonił dzwon i wnet zahuczało ich wiele. Wojsko osłupiało. Tajemnicze dźwięki wzruszyły wszystkich i na duchu podniosły. Lica pojas niały. oczy rozbłysły. niektórzy drżeli z podniecenia. ~ Ksiąd, z Wit pobladł z zachwytu. a z oczu łzy mu trysnęły; W uniesieniu . w niebo spoglądał i nagle w ciszy pełnej świętej trwogi rozległ się głos jego: . - 0. bracia! Pan Bóg jest.z nami! Bądźcie mężni i silni! Spojrzyjcie tam! Widzicie świętego Wacława w niebiańskiej aureoli! Siedzi na białym koniu. w białej jak śnieg szacie. w ręku dzierży kopię z proporcem I walczy za nas! Spójrzcie. nad nami się wznosi. przejasny! , .... Swięty Wacławie. dziedzicu ziemi czeskiej ! . Oczy i ręce zdumionych wojów zwróciły się' ku niebu. niejeden łzy radości uronił. a wszyscy jednaką myślą poruszeni zaśpiewali z serca żar- liwie: Hospodine, pom iluj ny. ! Wądołem daleko. ku zboczom śniegiem zawianym leciała wspaniała pieśń. puścizna przodków. Nie ścichła jeszcze. gdy książę Sobiesław z konia mieczem skinął i całe wojsko. bitwy spragnione. z pieśnią na ustach runęło na wroga. Śpiew zginął w burzy walki, Rozpętała się ona w dolinie. gdzie zderzyły się oba wojska. Niemcy bili się dzielnie. ale nie zdzierżyli. Nie podołali. Jak lawina runęli na nich Czesi. przodem hufce walne. potem z boków posiłki. Bili i gnietli wroga. krew lała się strumieniami. spychali nieprzyjaciela z powrotem do wąwo .zu. Niemcy wtłoczeni w wąską szyję przełęczy stali jak mur., nie mogąc ruszyć się ni~ w tył. ni naprzód.Ginęli w straszliwej rzezi. Wokoło śnieg zabarwiał się na czerwono. przelana krew natychmiast stygła i zamarzała na śniegu. na odzieży. na broni i na ranach.. . . Niemcy zaczęli uciekać i porzucać tarcze. Kto mógł, uchodził lub mie- " cze w śnieg wbijał i prosząc o litosc. o darowanie życia. w niewolę się ,oddawał. Tak też uczynili biskupi mittelwaldzki i halbersztacki. hrabia z Lara i sam margrabia Albrecht N. iedźwiedziem zwany . A ten. z którego przyczyny wrzała owa walka. Ota Czarny. leżał wsród zabitych. Liczba ich była wielka. Czesi położyli tr . upem ponad pięciuset panów wielkiego rodu nie licząc innych. z grozą spoglądał z góry cesarz Lotar na straszliwą klęskę swych ludzi, Pomóc im nie mógł. Już i jemu zagrażało niebezpieczeństwo. Już i on musiał myśleć o odwrocie z tą garstką ludzi. która przy nim została. .Ale było za późno. Czesi obstawili wszystkie drogi. a on nie mając sił dosta- 97 tecznych przebić się nie mógł. Nikt wymknąć się nie zdołał; cesarz został otoczony i Wzięty do niewoli wraz z całym wojskiem. Nie pozostało nic innego, jak prosić o pokój. Henryk Groyski udał się , do księcia błagając, by przyszedł do cesarza. Sobiesław poszedł i postąpił . . wspaniałomyślnie. Gdy cesarz uznał go księciem, gdy uznał także prawo wyboru jego następcy, Sobiesław pozwolił mu odejść swobodnie. Markotny wracał cesarz z resztkami wojska do Niemiec. A z nim żałoba weszła do kraju; największą przez . ywała zie'm . ia saska straciwszy w Czechach wielu ze swych znakomitych mężów. Wesoło ciągnęło od Chlumca zwycięskie wojsko czeskie wioząc łupy bogate. Poprzedzały je radosne wieści. Wszędzie ze zdumieniem słuchano o dziwnej boskiej pomocy, o znakach, o świętym Wacławie i jego proporcu. Ponoć ni ojcowie, ni nawet dziadowie nie dożyli takiego zaszczytu, jakiego dostąpili Czesi w bitwie pod Chlumcem. Niewysłowiona radość ogarnęła cały kraj. W Pradze zaś zgotowano dzielnemu księciu Sobiesławowi i jego wojsku uroczyste, głośne powitanie. Zwycięska bitwa pod Chlumcem rozegrana została w dniu 18 lutego l'l 26 roku Po narodzeniu Chrystusa. Tegoż roku najjaśniejszy książę Sobiesław zbudował na górze Rzip kaplicę świętego Jerzego. Kaplicę tę poświęcił biskup kościoła ołomunieckiego, Zdik, syn czcigodnego kronikarza naszego Kosmasa, . III Posłuchajcie o innym jeszcze sławnym zwycięstwie naszych przodków, o cudownej pomocy w boju i o przedziwnym widzeniu, jakie miał Jan, syn Swojsława. Było to w roku 1260, gdy czeski król Przemysł 1I walczył z Węgrami, z ich królami Belą i Stefanem Młodszym.Długo stały oba wojska naprze. nizinie, ciw siebie na Polu Morawskim, na rakuskiej, czyli austriackiej po obu stronach rzeki Morawy. Prawy brzeg zajęli Czesi, lewy '-- Węgrzy i ich sprzymierzeńcy. Polacy, Rusowie, Chorwaci, Serbowie, Bośniacy, Wołosi, sekelscy Madziarzy, nawet Tatarzy, i dzicy Kumani, których także Połowcami zwano, oraz Turcy chowaresemscy, A wszystkich było sto czterdzieści tysięcy, a może i więcej, Wi ..elka siła, szczególnie jezdnych. Król czeski miał tylko sto tysięcy wojska. Z tego siedem tysięcy panów czeskich, od stóp do głów zakutych w żelazo, na koniach również pancerzem krytych. W WOj .sku Przemysła byli Czesi, Morawianie, Ślązacy i kilka zaciężnych hufców Niemców z Austrii i Brandenburgii oraz Niemcy i Sło- 98 weńcy z karynckiej ziemi. Było też przy królu wielu znakomitych panów czeskich i morawskich,jak Vok z Rożmberka, najwyższy marszałek Królestwa Czeskiego, Jarosz z Podiehus,burgrabia praski (piastował on chorągiew czeskiej Zi .emi na kopii świętego Wacława powiewającą), nadto pod- . komorzy Herzman z Rychnova z rodu Kormiców i najwyższy komornik i Bavor ze Strakonic, takoż Wilhelm z Podiebrad i Zdzisław ze Szternberka, i ojciec pana Zawiszy z Falkensztejna - Budivoj z Krumlova, .panowie .wielu innych z czeskich i morawskich rodów. Wśród nich na Vitkowie i . biskup praski i ołomuniecki, kilku kSląZ .ąt i rycerzy niemieckich z Rze- szy. . a między- nimi płynęła Stały tedy te dwa wojska naprzeciwko s.iebie, rzeka. Żadna strona nie chciała przejść w bród na drugi brzeg na oczach nieprzyjaciela, by szkody nie doznać. I mijałdzień za dniem, a gdy przeszedł tydzień, zawarli wodzowie obu wojsk umowę, przysięgą potwierdzoną, że Czesi w dniu określonym - dniem tym zaś miał być jedenasty miesiąca lipca - ustąpią od rzeki, by Węgrzy nazajutrz, dwunastego, przejść mogli swobodnie na drugą stronę. A trzynastego, w dzień św. Małgorzaty, miała się rozegrać rozstrzygająca bitwa. Tak zostało postanowione i świętą przysięgą królów węgierskich i ich . wielmożów przypieczętowane. Ale Węgrzy przySiąg swych nie dochowali i wbrew umowie, znalazłszy brody dogodne, jeszcze w nocy przez rzekę się przeprawili i już dwunastego uderzyli całymi swoimi siłami na znacznie słabszych Czechów. Ci, wierząc umowie i przysiędze,nie spodziewali się niczego i do bitwy . nie byli przysposobieni. Wojsko ich nie zebrało sięjeszcze, bowiem liczne . oddziały rozjechały się w poszukiwaniu paszy. Toteż gd y wróg zaczął na- cierać, niebezpieczeństwo było wielkie. Węgrzy o wiele silniejsi otoczyli lch półkolem. Zrazu strach pa.dł na Czechów , gdy w upalnym powietrzu rozległy się dzikie wrzaski Kumanów nadciągających na koniach jak wielka chmura szarańczy. , od tętentu kopyt aż ziemia drżała. Ale gdy Czesi zaczęli śpiewac , Hospodine, pomiluj ny, gdy najwyższy burgrabia na czele mężów w żelazo , strach wjednej chwili opuścił wojsko, zakutych wzniósł w górę chorągiew które mężnie ruszyło w bój. . Potem zaś gdziekolwiek pan Jarosz z Podiehus z proporcem Się obró- Najwyższy komornik - jeden z wyższych urzędników dworskich, pełniący funkcje j Oakby sekretarza i archiwariusza. 99 cił, wszędzie nieprzyjaciel uchodził. cofał się, a "żelazni rycerze" i ich konie żadnych szkód nie doznawali. Gdy się ta straszna bitwa rozpoczęła - było duszne, bezwietrzne popołudnie ---. posiłkowe hufce, z boku stojące, ujrzały przedziwne zjawisko: Oto nad zastępami czeskimi, nadjezdnymi i pieszymi, nad morzem szyszaków i chorągwi pojawił się nagle ptak 0.... gromny, płynący na skrzydłach rozpiętych. Był to orzeł białopióry, nad śnieg bielszy. ' głowa i szyja jego lśniły jak złoto, a wokoło niego rozlewała się jasność. Unosił się nad czeskim wojskiem wprost nad chorągwią świętego Wacława, gdziekolwiek w zamęcie morderczej walki powiała dzierżona dłoń- mi burgrabiego. I nagle, o dziwo! . Biały ptak począł rosnąć, skrzydła jego stawały się coraz większe, aż rozpostarły się nad całym żelaznym s zykiem. Niby od wielkiej chmury padł cień na szeregi otuliwszy mrokiem jeźdźców i konie. Tylko proporzec święte go Wacława pozostał .jaSnY a złoty grot je go bły szczał i n iby pro m ień sło ńca płon ąłprzedzi wn ym blas k iem nad zast ępami. Po czym zgasł nagle, biały orzeł zniknął, a palące promienie słońca znowu oświetliły wszystkie hufce. Była właśnie godzina nieszporów. gdy nad Morawskim Połem zagrzmiał radosny okrzyk zastęPow czeskich, a w kłębach kurzu Węgrzy w panice zawrócili ku rzece; Kumani-Połowcy. Tatarzy. Madziarzy w szalonym strachu skakali do Morawy, by jak na j- pręddzej na drugi brzeg się przedostac Ale w wartkim nurcie śmierć znaleźli, a tyle koni i ludzi utonęło, że wstrzymali bieg wody, zaś przez stosy trupów Czesi łatwo przesz.li na dru gą stronę, bogaty oboz węgierski zajęłi i wzięli łupy obfite. Gdy wojsko czeskie gotowało się do owej wojny węgierskiej. wybierał się na nią również Jan, syn Swojsława, szlachcic dzielny. Ale gdy już sobie konia, zbroję i broń przysposobił, zapadł ciężko na zdrowiu. Ze słabości nie mógł dosiąść konia i musiał lec na łożu. Przeleżał kilka ty godni; najbardziej dręczyło go i smuciło, że z królem w pole nie mógł wyruszyć i że do dworzyszcza jego żadne nowiny nie dochodziły. Doczekać ich się już nie mógł. Dnia pewnego, gdy dwór cały o świcie we śnie był jeszcze pogrążonY , . owładnęła Janem niemoc tak wielka, że przv jaciele przy łożu jego czuwają- cy myśleli, że zbliża się już ostatnia godzina. Twarz mu zsiniała, przygasł blask oczu, z piersi wydzierały się bolesne westchnienia. Wnet zamilkł i leżał spokojnie. Nagle lica jego poczęły się zmieniać. , ożyły barwą, wargi uśmiech rozjaśnił, wreszcie chory oczy otworzył. 100 spojrzał przytomnie i żwawo siadłszy na łożu, przemówił głosem pełnym radości : . - Dziękujcie Bogu! Chwalcie Go, jako ja chwalę, Dziękujcie i słysz~ cie, com oglądał przed chwilą. Byłem daleko, hen, na polu bitwy, widziałem nasz lud czeski. ale źle uszykowany przeciw w . ęgrom , którzy niespodziewanie nań uderzyli. Oj. nietęgo szło nas.zym, nietęgo! . Serce mi drżało ze strachu. Aż tu nagle - słyszcie wszyscy! . - w jasnej zorzy ujrzałem świętych naszych patrondów: świętego Wacława, w lśniącej zbroi i szyszaku na głowie. z mieczem u boku, w złotej pochwie perłami wykładanej z pro- porcem w prawicy. I świętego Wojciecha w szatach biskupich, i świętego opata Prokopa z berłem w dłoni, i pięciu braci męczenników w sukniach zakonnych. Święty Wacław, obe.jrzawszy się na świętego Wojciecha, Prokopa i in- nych św iętych , rzekł , a słyszałem wyraźnie glos .je go: "Nasze wojsko osła- bło; przeto chodźmy mu pomóc!" To powiedziawszy zwrócił swój proporzec przeciw nieprzyjaciołom, którzy nagle pierzchać poczęli, a nasi bili ich dzielnie, śpiewając ową piękną pieśń: Hospodine... Jan, syn Swojslawa, ręce złożył, a wszYSCY wokół nie go zgromadzeni mówili w zadziwieniu: - Tedy Bóg dał dziś zwycięstwo naszemu .królowi! . . okazało . się, że Jan miał widzenie A gdy z pola bitwy nadeszły nowiny, o świcie' dnia tego. gdy Czesi na Morawskim Polu sławne zwycięstwo nad Węgrami odnieśli. Było to 1..' lipca r()kll l260 po narodzeniu Chrystusa Pana, jako już wyżej napisano. IV Proporzec świętego Wacława zaginął w wirze burz, co trapiły naszą o jczyznę, i nikt nie wie, gdzie,.jak i kiedy przepadł. Legenda głosi wszelako, iż nie został przez bluźnierców zniszczony, że nie stał się łupem obcych, lecz ukryty jest w kra.ju, tam gddzie był przedtem i skąd wydobyto go przed wiekami w chwili groźnego niebezpieczeń. stwa, dla obrony i podniesienia na duchu wo.jsk czeskich: w warownym kościółku vrbczańskim. Nie spoczywa jednak, jak ddawniej, w skrytce za ołtarzem. Leży w miejscu bezpieczniejszym, lecz także bardziej niedostępnym: w głębi pagórka pod kościołem, wsklepiony m podziemiu, na marmurowym stole. Cisza tam panuje: umilkł szczęk oręża i głos bohaterów. Ale w ciemnościach lochu, w ktÓrym lśni tylko złoty grot świętego proporca niby nadzieja w mrokach przeciwności, płynie z góry głos bitewnych pieśni: Hospodine... 101 pomiluj i święty Wacławie. Moje}1.odo ziemi czeskiej! . świadczący o tym, że potomkowie nle zapomnieli. iż żyje w nich odwaga, i że nie przestaną walczyć o prawa swej ziemi i o mowę ojców swoich. . 1. Święty Wacławie. wojewodo czeskie j ziemi! (Svaty Vaclave, vevodo ceske zeme) - najdawnie jsza po Hospodine. pomiluj nv! pieśń reli gijna czeska. powstała prawdopodobnie w XII w. . O Bruncviku I Gdy zmarł książę Żibrzid, władzę w ziemi czeskiej objął syn jego Bruncvik. Młody książę był szlachetny i dla wszystkich sprawiedliwy. Wszakże niedługo przebywał w swym państwie. Mając stale w pamięci nie. sławne imię, postanowił zwykłe męstwo nieboszczyk a ojca, jego cześć i w trzecim roku swego panowania wyruszyć w świat, szukać sławy dla swego narodu. . . . - Mój ojciec zdobył znak orła, ja chcę dla siebie lwa zdobyć! - rzekł małżonce oznajmiając jej swoje zamysły. Młoda pani zasmuciła się wielce i prosiła go, by nie odjeżdżał i na niebezpieczeństwo się nie narażał. . A gdy Bruncvik nie chciał próśb jej wysłuchać, rozpłakała się i.obją- . wszy męża znowu go błagac poczęła, żeby jej samej w tęsknocie i żalu nie zostawiał. Bruncvik pocieszał ją serdecznie, że nie będzie samotna" bo już dał znaćjej ojcu, by do niej przyjechał i w rządach go zastąpił. Zdjąwszy zaś z p.alca pierścień, rzekł: . . - oto daję ci mój pi .erścień, a sam twój biorę. Nie wierz nikomu, choćby nie wiem co mówił, póki tego pierścienia nie ujrzysz. jeżeli go przez siedem lat nie zobaczysz, wiedz, że nie żYję. ' Gdy tedy przybył ojciec księżny , kazał Bruncvik osiodłać trzydzieści koni i przysposobiwszy się wraz zdrużyną do drogi pożegnał Neomenię, . przygód, swą małżonkę, i jej ojca i wyruszył w świat na poszukiwanle jak przystało prawdziwemu, dzielnemu rycerzowi. Zjeżdżając rozliczne obce kraje dążył coraz dalej i dalej, ajego rycerze i zbrojni z nim razem. Wreszcie wielka woda zagrodziła im drogę, dotarli na brzeg ogromnego morza. Lecz i tu Bruncvik nie zatrzymał się i nie zawrócił. Wystarawszy się o okręt wstąpił na jego pokład wraz ze swą . drużyną i końmi, i popłynęli przez rozległe morze w nieznane świata strony. 103 Gdy odbijali od brzegu, dął przychylny wiatr towarzysząc im przez czas dłuższy. Aż, pewnej nocy - było to już prawie ćwierć roku od roz- poczęcia podróży na statku - nagle wiatr się obrócił. Wciemną noc rozigrało się morze.Korab Bruncvika miotał się na falach, ogromne bałwany w wód przepaście. żeglarze to unosiły go w górę, to w dół strącały, zatrwożyli się: a gdy ujrzeli w mrokach nocy daleką żółtawą światłos 'ć i poczuli w powietrzu silną, przenikliwą woń, przerazili sięjeszcze bardziej. Rozpoczęły się lamenty i narzekania. żeglarze wiedzieli bowiem , że i światłość, i woń pochodzą od góryjantarowej i że góra ta, w noc świecąca, posiada taką moc, iż wszystko, co w odległości pięćdziesięciu mil wokół niej się znajduje, czy to ludzie, czy zwierzęta, czy okręty - przyciąga do siebie, wprost porywa, i że kto raz się na nią dostanie, musi na wyspie owej pozostac już na zawsze. Widząc przeto, dokąd wicher ich niósł, wędrowcy biadali i lamentowali. Na próżno modlili się, na próżno śluby składali, by wiatr zmienił kierunek. Nie odwrócił się pędził ich wciąż naprzód, a gd y zagnał ich na odległość pięćdziesięciu mil od jantarowej góry, korab przyciągnięty został przez górę, której jasna żółtość mrok przebijała i rozlewała się dopiero u brzegów wyspy,pośrodku kt , orej wznosiła się jantarowa góra. Na wyspie tej wysiadł Bruncvik ze swą druży ną, a gdy morze przy- cichło, wyprowadził również konie. Świtało już i w blasku słońca ujrzeli, że wyspa jest bezludna, opuszczona i że nie ma na niej nic czym można by się poży wić. Obchodząc ją zauważyli przy brzegu wiele zbutwiałych, rozpadający ch się łodzi i kości ludzkie bielejące na piasku w jaskrawych promieniach słońca. Smutek ogarnął Bruncvika i jego towarzyszy , . Ponurym wzrokiem patrzyli wokół siebie i na bezkres wod, których zielonkawe fale zlewały się w dali z błękitem nieba. Widząc, jak inni nędznie tu zginęli, przeczuwali, że i ich taki żałosny koniec czeka. Po krótkim odpoczynku spróbowali. czy nie uda im się stąd wydostać. Wsiedli z powrotem na okręt i odbiwszy od brzegu rozwinęli żagle; potem za wiosła chwycili i wiosłowali wytrwale bez chwili wypoczynku. Korab się szybko od brzegów i już serca ich napełniły się radością, że oddalał uda im się przemóc czarowną siłę jantarowej góry Podniesieni na duchu . nadzieją, mocniej naciskali wiosła i wytrwale walczyli z falami, aż twarze ich poczerwieniałv z wysiłku, a pot spływał z czoła. A korab płynął. pły nął s zybko, aż nagle stanął i stał bez ruchu jak na kotwicy - znowu przy brzegu wy spy pod jantarową górą. Bruncvik martwił się wielce; wsz yscy na duchu upadli widząc, iż sądzorne im .jest pozostać na te.j nieszczęsnej wyspie. Dopóki mieli ży- 104 wnosć na okręcie, nie było tak źle. Dwukrotnie jeszcze usiłowali wypłynąć na pełne morze i dwukrotnie stanęli znowu u brzegów wyspyjak za pierwszym razem. Poniechawszy tych prób zabijali konie Bruncvika żywiąc się jakiś czas ich mięsem..Ale gdy ostatniego zjedli. nastał okrutny głód. Rozpaczliwie szukali, czym by go zaspokoić: lecz na całej wyspie nie znaleźli ni ziarnka, nie ujrzeli ni jednej ptaszyny. Nic , czym mogliby . Się nasycić. Ufali jeszcze ciągle miłosierdziu boskiemu. Lecz gdy nabrali pewności, że czekają na próżno, ogarn ęła ich rozpacz i wreszcie z rezygnacją poddawszy się losowi siedli lub legli na brzegu przy okręcie i śmierci czekali. Przyszła zabierając jednego po drugim. Już tylko Bruncvik i.jeden stary rycerz nazwiskiem Balad zostali pod bursztynową górą. Gdy tak siedzieli nad brzegiem patrząc w nieskończone morze, rzekł stary rycerz do młodego księcia. - Panie mój miły! . Gdyby tak żona twa i rycerze twoi wiedzieli o tym nieszczęściu. . Żal ogarnął Bruncyika, gdy usłyszał te słowa. A stary Balad mówił dalej: - Nie smuć się, mój panie miły! . Jeśli mnie usłuchasz, będziesz mógł się stąd wydostać, nie wiem tylko dokąd. - A co z tobą się stanie? - spytał młody książę. - Nie trosk aj się o mnie. Jestem stary i nie dbam o życie. Ja już tu ostanę. Jeżeli jednak ty się uratujesz i wrócisz szczęśliwie, .wspomnij czasem swego wiernego sługę. - Jakaż jest twoja rada? , - spytał Bruncvik. - Widziałeś, panie mój, że w pierwszym roku naszego tu pobytu przyleciał raz ptak wielki, gryfe .m zwany; w drugim roku znów raz jeden się pojawił I w tym roku na pewno znowu przyfrunie, ma widać taki obyczaj i raz na rok tu przybywa. On cię wybawi, jeżeli zechcesz. - Ale jak to uczyni? - spytał zdziwiony Bruncvik. Stary rycerz wskazał skórę ko.ńską, która na brzegu leżała, i polecił młodemu księciu, by się na niej położył, miecz jeno wziąwszy ze sobą. A gdy Bruncvik tak uczynił, zaszy ł Balad skórę rzemieniem i zaniósł księ- cia w skórę zaszytego na szczyt jantarowej gory. Wkrótce potem rozległ się w powietrzu szum i wionął gwałtowny podmuch jak przed burzą. Był to powiew ogromnych skrzydeł gryfa, który zbliżał się ku jantarowej górze. Gdy ukazał się nad wysPą, jakby wielka . chmura nad nią stanęła. Przez chwilę kołysał się wysoko w powietrzu, po czym spuścił się błyskawicznie, pochwycił w dziób Bruncvika, niby małe ziarenko, wzbił się znów w górę i odleciał w świat. Na wyspie pod .jantarową górą było znów pusto i cicho. Smętnie ster- 105 . nieruchomo kładły się ich cienie na czały szczątki zbutwiałych korabi, piaszczystym wybrzeżu, gdzie na, słońcu bielały kości zmarłych. Jedyna żywa istota, jaka tu pozostała, 'to stary wierny rycerz Balad, który zmorzony głodem, wycieńczony do ostatka, siedział na piasku, wsparty plecami o szkielet pustego okrętu, .i osłabłym wzrokiem tęsknie spoglądał w górę. Śledził lot ogromnego ptaka - gryfa, giną.cego już w dali. .. unoszącego jego młodego pana w nieznaną stronę. -II Ptak gryf leciał z Bruncvikiem nad wielkim morzem, leciał szybko trzy dni i trzy noce i przebył w tym czasie setki .mil od jantarowej góry. Wreszcie opuścił si,ę w pustynnych dzikich górach i rzucił Bruncvika do swego gniazda. Zostawiwszy go tam, wzniósł się w górę i poleciał szukać innej zdobyczy. Głodne gryfięta obstąpiły ogromny kąsek; krzycząc gniewnie, . Bruncvik poczuł się swobodny, chwycił miecz i uniósłszy się ptaki. --nle dając sobie chwili wytchnieUwolniwszy się w ten sposób, uciekał nia; uciekał przez niegościn ne góry to w dół, to wzwyż, uciekał przez puste, nagie zbocza, przez lesiste wąwozy, aż dotarł na skraj głębokiej doliny. . . . Ledwie w nią zstąpił, dziki ryk dobiegł jego uszu. Nasłuchiwał przez . chwilę, nie wiedząc, co czynić. Ale zawrócić nie mógł, musiał iść naprzód. Poleciwszy się więc Bogu, ruszył przed siebie. I szedł, aż dotarł do wysokiej skały. tu zatrzymał się, bowiem oczom jego ukazała się przedziwna , - walka smoka z lwem; od ryku i .ch drżała cała dolina, drzewa i skały. "Miły Boże, komu mam pomóc? - pomyślał Bruncvik i stanąwszy opodal przyglądał się walczącym. - Po lwa wyruszyłem w świat, dla znaku lwa wycierpiałem tyle, muszę stanąć po jego stronie. Niech się co chce dzieje." ' . To postanowiwszy wyciągnął miecz z pochwy i rzucił się na zielonawego, metalicznie połyskującego smoka o dziewięciu głowach. Gdy zaczął . go siec i głowy mu odrąbywac, lew wycofał się z walki i brocząc krwią, zziajany, zmordowany okrutnym wysiłkiem, położył się. .Tak więc Bruncvik walczył sam jeden. Bił się mężnie, ciosy jego miecza sypały się,na potwora, ale .bestia, była nie do pokonania. Już i Bruncvik począł omdlewać, już sam nie nacierał, już się tylko bronił. Wtedy lew, . , odpocząwszy nieco, skoczył wielkim susem i wczepiwszy zęby w smoka rozdarł go na pół, Walka była skończona. 106 Bruncvik bał się teraz, że lew rzuci się na niego, ale on tylko legł u jego stóp. Bruncvik wola.ł jednak odejść. Lecz gdy ruszył z miejsc a, lew wstał również i podążył za nim. I szedł tak krok w krok za Bruncvikiem przez całą dolinę. ' Młodemu księciu nie było to mlłe. nie ufając lwu szukał sposobu,jakby się go pozbyć. . ' Nazbierał żołędzi i orzeszków bukowych i wdrapał się na wysoki dąb, Usiadłszy wygodnie na grubej gałęzi, ukrył się w gęstwinie liści starego drzewa i czekał, aż lew 'odejdzie. Czekał i czekał, czekał pół dnia, a lew siedział ciągle pod dębem, żałośnie spoglądając w górę. Nadeszła noc. Bruncvik przespał ją na drzewie. Gdy rano zbudził go chłód, spojrzał . w dół. Lew siedział jeszcze pod dębem. Siedział jak wierny pies i przesiedział tak samo~ cały następny dzien ' , wpatrzony w drzewa konary, i całą drugą noc z miejsca się nie ruszył. . A gdy i trzeciego dnia Bruncvik z drzewa nie złaził, ryknął zmartwio- . . dąb zadrżał, a Bruncvik, strasznym rykiem ogłuszony lew tak głośno, az ny , puścił się gałęzi i spadł na ziemię. I oto leżał srodze potłuczony nie mogąc wstać. Słaby był i głodny. Nie został jednak bez pomocy. Lew pobiegł w las i wróciwszy po niedługiej chwili położył u stóp Bruncvika schwytaną sarnę, Wtedy młody książę zrozumiał, że skrzywdził lwa i że nie trzeba się go bać, Toteż gdy zwierz położył się obok i wsparłgłowę najego kolanach, pogładził go po gęstej grzywie jak wiernego psa. Od tej chwili polubił go, a lew służył mu wiernie przez cały czas błąkania się po dzikich górach. Trzy lata wędrował Bruncvik przez puszcze i głusze; lew wciąż był przy nim, stale zwierzynę łowiąc i panu swemu ją przynosząc. Pewnego dnia dotarł Bruncvik na szczyt wysokiej góry, skąd ujrzał ogromny przestwór morza, a na tym morzu daleko zamek jakiś. Ucieszył się, że widzi znów ludzką siedzibę, bowiem do tej chwili nie trafił nigdzie na ślad człowieka. I pośpieszył ku morzu prosząc Boga, by pozwolił mu dotrzeć do owego zamku. Piętnaście dni . minęło, nim przedarł się przez dzikie góry na wybrzeże. Puste było, piaszczyste i kamieni pełne. Bruncvik, gnany nadzieją i tęsknotą do ludzi, począł mieczem rąbać gałęzie i mniejsze drzewka, a zniósłszy . zbudował szeroką tratwę, którą to wszystko na brzeg, powiązał z sobą i spuścił na wodę. Uczynił to wtedy, gdy lew pobiegł na łowy. Nie chciał zabierać go z sobą, by mu nie przeszkadzał. w chwili gdy młody książę odbijał od brzegu, wrócił lew niosąc w pysku schwytaną zdobycz. Puścił łup i z rykiem wskoczył do wody za swym panem. Skok był ogromny. lew przednimi łapami dosięgnął tratwy. Trzymając się pazurami jej krawędzi płynął czas dłuższy, póki Bruncvik, 107 , , wzruszony jego wiernoscią. nie pomógł mu wdrapać się na tratwę.I popłynęlirazem na tej nędznej łupinie. na jednym końcu Bruncvik. na drugim lew. . dni i dziewięć nocy płynęli w ten sposób: morze miotało ich Dziewięć tratwą. tak że nieraz skąpał się Bruncvik po pas. po szyję. Niebo wokół pociemniało, płynęli więc w gęstym. szarym półmroku. nie wiedząc, dokąd płyną. Tyle jeno widział Bruncvik. któremu markotno było w tych ciemnościach. że nie płynął już po nieskon ' czonym morzu, bowiem na prawo i lewo majaczyły czarne zarysy gór. Wreszcie. gdy zbliżyli się do góry karbunkułowej, zaczęło się przejaśni ać. Góra. skąpana w czerwonej zorzy. świeciła im z daleka, aż wreszcie wypłynęli z ciemności. A wtedy ujrzeli przed sobą zamek wznoszący się na wyspie w pełnym blask'u słońca. Był to ten sam zamek, ktÓry Bruncvik widział ze szczytu wysokiej góry. Przybił do brzegu i wraz ze swym przyjacielem lwem wszedł do zamku. gdzie król Olibrius władał, Dziwny on był. niezwykły. Miał dwie pary oczu, z przodu i z tyłu głowy. A je szcze dziwniejsi byli jego dworzanie. wielu z nich miało tylko jedno oko lub nogę. inni znów mieli rogi lub dwie głowy albo psi łeb. niektórzy byli rudzi jak lisy. inni znowu w połowie popielaci, w połowie biali. Wielu z nich miało postacie olbrzymów, inni znowu przypominali wzrostem karzełki przemykające się pod nogami wielkoludów. Bruncvik nie czuł się dobrze wśród tych dziwnych stworów, chciał więc z zamku odejść. Lecz król Olibrius zatrzymał go pytając.jak się tu dostał z własnej woli czy z musu. - z ojczyzny wyjechałem dobrowolnie. ale tu przybyłem z musu. Proszę cię. pomóż mi wrócić do domu - odrzekł Bruncvik. Król zaś odpowiedział: , i - Stąd wyjść możesz tylko przez żelazne wrota, ale nie otworzę ci ich. póki nie uwolnisz mej córki. którą porwał smok Bazyliszek. Bruncvik widząc, że. będzie musiał albo pozostać wśród tych potworów. albo uwolnić córkę królewską, postanowił spróbować zabić Bazyliszka. Król Olibrius kazał mu przygotować korab i młody książęwraz z wiernym lwem popłynął na wysPę, do zamku straszliwej bestii. Ilt bez przeszkód. Wszakże do zamku dostać się nie było Dopłynął do niej łatwo, miał on bowiem trzy bramy, a w każdej straż trzymały przeokropne potwory. Bruncvik musiał naj .pierw podjąć walkę z nimi. Bój był ciężki, 108 , . bramie cięzszy, groźniejszy, i Bruncvik nie byłby przy każdej następnej . . sobie przebił drogi, gdyby nie pomoc wiernego lwa, który - gdy tylko . tak długo z nlmi pan jego omdlewał ze znużenia - rzucał się na potwory i walczył, póki Bruncvik nie odpoczął należycie. Tak dotarli wreszcie do zamku, gdzie we w , spaniałej komnacie znalazł rycerz córkę Olibriusa, dziewczynę wielce urodziwą, ale do pasa owiniętą wstrętnymi gadami. Zdumiała się na widok rycerza i nie chciała wierzyć, że siłą wszedł do pałacu; sądziła, iż straże przy bramach posnęły. Potem zaczęła proslc Bruncvika, by nie narażał się na jeszcze większe niebezpieczeństwo, by uchodził, póki czas, bo jeżeli nawet zabił potwory przy bramach, smoka Bazylis zka i jego drużyny nie .zmoże; niechże więc ucieka czym prędzej, gdyż w tym czasie Bazyliszek, jej pan okrutny, zwykle tu przychodzi. Bruncvik jednak.nie uląkł się i pozostał. Nagle do sali zaczęła hurmem walić drużyna Bazyliszka, sycząc i świszcząc; najdziwaczniejsze potwory wpełzły całymi gromadami, skłębione, splątane i w takiej mnogości, że w krótkim czasie zapełniły komnatę. Bruncvik ochoczo rzucił się do walki, wzmocniony na duchu pierścieniem, który mu dała dziewica i który natchnął go siłą dwudziestu mężów, a jeszcze bardziej pragnieniem, by nieszczęsną uwolnić. Lew pomagał mu tratował łapami, rwał zębami, szarpał na dzieln ~ ie. Walił potwory ogonem, kawałki, aż wreszcie cała ta sycząca i świszcząca zgraja legła pokonana jego siłą i mieczem Bruncvika. Walka była skończona. Ale wtem huk straszny , niby grzmot, wstrząsnął ścianami sali i sam Bazyliszek, smok o osiemnastu ogonach i ognistej paszczy , pokryty stalową mieniącą się łuską runął na swych przeciwników. Wtedy dopiero Bruncvik znalazł się w opałach. Bronił się, walczył, slekł mieczem smoka; ranił go kilkakrotnie, lecz i sam już krwią broczył. Wiele ran otrzymał, wiele razy powalony leżał na-zlemi. .Ale wtedy lew rzucał się do walkl l zastęPował go dzielnie. Gdy zaś z kolei on padał zmęczony, zrywał się Bruncvik i wszczynał bój na nowo. Trwało to od nieszporów przez całą noc i .cały ranek następny aż do południa. Wtedy dopiero padł Bazyliszek,' wyprężył potężne cielsko Bruncvik, ranami pokryty, leżał i życie skończył. Lew zaryczał głośno, na ziemi bez ducha. . . . Wówczas wzięła go w oplekę córka króla Olibriusa. Obmyła mu rany, owinęłaje płótnem, leczyła go i pielęgnowała tak troskliwie, żedziewiątego dnia. wstał zdrów. Zabrawszy uratowaną dziewicę na okręt, wro ' cił z nią i z lwem na zamek jej ojca, ciesząc się, że teraz otworzą się żelazne wrota i będzie mógł wrócić do domu. Król Olibrius powitał go z radością, ale 0 żelaznych wrotach nawet nie wspomniał. I Bruncvikowi nie pozwolił o nich mówić tłumacząc, że rycerz musi z nim pozostac, bowiem córka 109 Afryka tak sobie upodobała dzielnego wybawiciela, iż chce go pojąć za małżonka. Bruncvika gniew ogarnął na króla i jego córkę; gorzko wymawiał jej . w duchu niewdzięczność. Ponieważ jednak nie było innej rady , musiał zgodzić się i pojąć królewnę za żonę. Wszakże myśl jego be zustannie biegła do dalekiej ojczyzny, do żony Neomenii; Bruncvik z dm .em kaz . dym coraz bardziej za nią tęsknił. Smutny siadywał na brzegu morza wpatrując się w dal, czy nie ukaże się łódźjaka, co by go stąd uwolniła. Niestety, na wielkiej wód płaszczyźnie nie bielał żaden żagiel, żaden korab nie mącił zielonych fal, które lśniły w słońcu i szumem swym głuszyły tęskne westchni .enia młodego rycerza. , Często także w samotnosci swej błąkał się po ogromnych komnatach, przeklinając w duchu pałac króla, jego córkę i potwornych dworzan. Pewnego razu, gdy tak zamyślony chodził po zamku, znalazł się nagle w sklepionej komnacie, której dotąd nie widzi .ał. W izbie tej ujrzał na kamiennym stole stary miecz bez rękojeści. Bezwiednie obnażyłgo, a obej- rzawszy stwierdził, że jest z wybornej stali i bardzo ostry. Tak mu się . spodobał, iż zdjął rękojeść ze swego miecza i nasadziwszy ją na ów starożytny brzeszczot, wsunął go do swej pochwy' , własny zaś miecz bez rękojeści włoźył w starą pochwę na kamiennym stole i śpiesznie salę opuścił. Spotkawszy Afrykę - tak bowiem zwała się królewna - nie przy- . znał się. do swego czynu, tylko zapytał ją, co to za stary miecz leży w sklepionej komnacie. Córka królewska strasznie się przelękła, szybko do drzwi owej komnaty pobiegła i zamknęła je na dziewięć zamkow. Bruncvik tym natarczywiej począł wypytywać, co to za miecz i czemu go tak ukrywają. - Ach, gdybyś wiedział, jaką miecz ów moc posiada! Więcej wszelako rzec nie chciała. Ale gdy Bruncvik nalegał i bezustannie prosił mówiąc, że przecież klucze dd zamko ' w ona posiada, a on do tego miecza nie ma dostępu, uległa wreszcie. . - Jeśli chcesz wied.zieć, to słuchaj. Miecz ten ma moc czarodziejską. Jeślibyś go z pochwy wyjął i rzekł: "Jedna głowa, dwadzieścia, trzydzieści, sto tysięcy głów niechaj spadnie!" - tyleż głów w istocie spadłoby na ziemię. Bruncvik roześmiał się, jak gdyby nie wierzył, ale słowa te utkwiły mu w pamięci i począł rozmyślać, jakby miecza swego użyć. A kiedy razu pewnego kilku potwornych dworzan, ryżych, garbatych, siwych, dwugło- wych i o psich głowach, weszło do jego komnaty, wyjął nagle miecz z pochwy i rzekł: - Nuże! Niech spadną łby tych potworów! . 110 Ledwi .e to wyrzekł, głowy wszystkich dworzan, którzy przyszli do niego, potoczyły się na podłogę. Brlincvik OlibriS scvik pozbierał je i do morza wrzucił. Wkrótce potem, gdy król z córką i z wszystkimi dworzanami siedział przy uczcie, d . obył Bruncvik znienacka miecza i krzyknął: - Nuże ! Miły mój mieczu ! Niechaj spadną wszystkie te głowy! I króla, i jego córki, i wszystkich tych potworo 'w! , I s.tało się, jako rzekł Bruncvik, zemsciwszy się za niewdzięcznosc, zostawił zabitych, wyszedł szybko z zamku i niezwłocznie zaczął goto.wać się do drogi. Otworzył żelazną bramę, a nakładłszy na korab dużo żywności, złota i drogich kamienj zabrał wiernego lwa, po czym wesół ruszył w drogę. ' . , Korab wypłynął bez przeszkód na pełne morze.. Bruncvik skierował go ku ojczystym brzegom.. IV . Dął pomyślny wiatr , korab płynął szczęśliwie po spokojnym morzu. Bruncvik nikogo nie . spotkał po drodze; ni łodzi żadnej, ni wyspy nie dostrzegŁ Dopiero siódmego dnia zdarzyło mu się koło , jakiejś wyspy przepływać. Już z daleka wyglądała ponętnie, zielona, z wysokimi, rozłożystymi po brzegach drzewami, pośród których prześwitywały przepiękne, nigdzie nie widziane budowle. . . Wiatr przynosił z wyspy dźwięki czarowne. Brzmiała stamtąd miła, słodka muzyka, a także głos wesołych fanfar i warkot bębnów . . Potem poprzez czyste powietrze nad falami dotarło dojego ucha echo cudownego śpiewu męskich i niewieścich. głosów. Zapragnął Bruncvik towarzystwa ludzi; słodkie dźwięki muzyki wabiły go na wysPę. . ~ Gdy przybił do brzegu, ujrzał zabawę wspaniałą, mnóstwo ludzi na koniach i pieszo, przepysznie, bogato odzianych,w barwnych aksamitach . i jedwabiach; urodziwe, rosłe niewiasty i panny o cudownych oczach . i włosach. Wszyscy radowali się i bawili beztrosko. Tu na koniach potykali . 'się rycerze we wspaniałyc.h zbrojach, tam na odkrytej przestrzeni szły .. tan y i pląsy przy wtórze muzyki i śpiewu. Gdy tyiko Bruncvik wysiadł z łodzi i począł się przyglądac, rzucili . . ~ się ku niemu młodzieńcy i panny wołając: - Jak się tu dostałeś? Ale mniejsza z tym ! Musisz z nam( - I zostaniesz z nami ! potańcować! - Nie puścimy cię! Na zawsze zostaniesz z nami! Piękne panny i niewiasty podały mu ręce, a mężczyźni otoczyli kołem. 111 Lecz Bruncvik poznał, . ze jest to słodkie niebezpieczeństwo, że w tej uciesze tkwi jego zguba; toteż wyciągnąwszy miecz, zawołał: . -Nuże! Niechaj spadną głowy tych najbliższych! . i krzyknęli: I wraz tak się stało, Ale pozostali nie ulękli Się . - Nie uratuje cię to! . Będziesz z nami tańczył i na koniu jeździł! . Jesteśmy Azmodeowie, zaklęte szatany, i mamy taką moc... Słysząc to Bruncvik znowu potrząsnął mieczem i zawołał: - Nuże! Niechaj spadną głowy tych wszystkich diabłów! . I wszystkie głowy potoczyły się na ziemię, a Bruncvik wrócił szybko na okręt i wypłynął na pełne morze. Płynął i płynął, i znowu błądził kilka tygodni, aż wreszcie ujrzał przepiękne miasto jaśniejące w dali. Zarzucił kotwicę i . wysiadłszy na ląd skierował się ze swym wiernym lwem do miasta. Ale nigdzie nie dojrzał ni jednego człowieka; pusto było również w otwartej bramie, pusto na ulicach i na rynku. Piękne miasto było jak wymarłe. Wszystkie domy, pełne wszelakiego bogactwa, stały otworem, wszędzie znalazł stoły, a na nich jadła i win .przednich dostatek. Gdy tak obchodził dom za domem, usłyszał nagle trębaczy i doboszów, . kto ' rzy bębnili i trąbili głośno. Jakieś wojsko zdążało do miasta. Byli to Astriolowie, a na ich czele jechał na wronym .koniu ich król, Astriolus. Bruncvik, przeczuwając nową niedolę, odwrócił się i chciał ujść z miasta. Ale już go dostrzegli i obstąpiwszy ze wszystkich stron, pytali, jak się tu dostał. - Jakąkolwiek przyszedłem drogą ~ odparł Bruncvik - wiedzcie, że się was nie boję. Wtedy pochwycili go i stawili przed królem Astriolusem, a ten rzekł: - Albo nam obiecasz, że z nami na wieki zostaniesz, albo każę cię wsadzić na ognistego konia. - Twej groźby się nie boję - odparł Bruncvik. - Wierzę w Boga, który mnie . jUż od niemałych niebezpieczeństw ratował. Nie opuści mnie i teraz. . . I kazał Astriolus przywieść ognistego rumaka. Wszakże Rruncvik, gdy go czterech pachołków szarpać poczęło chcąc go na konia wsadzić, dobył miecza mówiąc: - Nuz .e! Niechaj spadną te cztery głowy! Głowy potoczyły się na ziemię, a lew przyskoczywszy rozszarpał je. Rozwścieczonykról skrzyknął swoje wojsko. Przybiegło z wielką wrzaWą, dmąc w trąby i bijąc w bębny - kilka tysięcy go było - i otoczyło Bruncvi ka. Lecz rycerz stał bez ruchu i drżenia; mieczem j .eno błysnął i krzyknął, - Nuże, mieczu! Dwadzieścia, trzydzieści, sto tysięcy głów niechaj spadnie! 112 ; I wnet potoczyły się tysiące głow, a ciała waliły się w takiej mnogości, że aż ziemia drżała. Groza padła na króla i na wszystkich dokoła, . . krzyczeli z przerazenia, a król zawołał. - Opamiętaj się, Bruncyiku! Na twego Boga, opamiętaj się i miecz . schowaj! Obiecuję odwieźć cię do twej ojczyzny, tylko nie zabijaj więcej! A gdy na żądanie Bruncyika król obiecał święcie, że słowa dotrzyma i wraz ze wszystkim, co posiada, i z lwem bez żadnej szkody do .ziemi czeskiej go odprowadzi, schował rycerz miecz do pochwy.I stało Się, jak Astriolus przyrzekł. Był czwartek i zmierzch już zapadał, kiedy przywiódł Bruncvika na SWego państwa granicę. Stąd rycerz ruszył dalej i już bez żadnych przeszkód dotarł do ojczyzny. v . . Gdy stanął u bram Pragi, przebrał się w suknię pustelnika i wraz z lwem pospieszył na zamek. Panował tam gwar i wesołość wielka, albowiem miał się właśnie odbyć ślub żony jego Neomenii. Minęło więcej niż lat siedem od czasu, gdy Bruncyik w świat wyruszył, a ponieważ Neomenia przez cały ten czas pierścienia jego nie ujrzałą, usłuchała rady ojca i przy- jęła oświadczyny bogatego księcia, który pragnął pOjąć ją za małżonkę. .' Kiedy Bruncyik, Za pustelnika przebrany, dowiedział się, co Się na zamku dzieje, ogarnął go smutek. Ale nic nikomu nie powiedział i nie dał się poznać. Tylko gdy sługa niósł na stół złote i srebrn e puchary z w inem, Bruncyik wrzucił do kielicha Neomenii pierścień, który dotąd na palcu nosił. Potem szybko wyszedł . .1 na wierzejach bramy zamkowej napisał: "Ten, co przed siedmiu laty wyjechał, powrócił." , Powstał gwar i popłoch. Neomenia, wypiwszy wino ze złotej czary, ujrzała nadnie pierścień 'i natychmiast go poznała. Wzruszona, nie zdołała ukryć, że to pierścień . jej małżonka i że Bruncvik powrócił. Przeląkł się tej nowinyjej oblubieniec. Zerwał się od stołu, kazał konie siodłać i popędził w pogoń za rywalem, by go zabić. z trzydziestu jeźdźcami gnał za nim, aż go dogonił i pojmał. Bruncyik widząc, że o życie chodzi, wyciągnął miecz i zawołał: - Nuże! Niechaj spadnie głowa tego oblubieńca i jego trzydziestu sług! Potoczyły się głowy na. ziemię, pospadały ciała z koni, które wolno wróciły do miasta. Wtedy Bruncvik podążył na jeden ze sWy ch zamków i zwołał wszy- . 113 stkich panów i szlachtę, którzy witali go z wielką radością i zaraz z nim do Pragi wyruszyli. Gdy się do miasta zbliżali, spotkali Neomenię z ojcem i jego drużyną. Wyruszyli oni na poszukiwanie Bruncvika. Cieszyli się wszyscy z tego spotkania, a najbardziej Neomenia, która z wielkiego szczęścia łzy roniła. Razem wrócili do grodu, którego mieszkańcy, starzy i młodzi, zgotowali Bruncvikowi huczne powitanie, radzi, że ich książę powrócił i że lwa im przywiódł ze sobą. W całym kraju wesele zapanowało, gdy książę rozkazał na bramach wszystkich miast, a także na chorągwi państwowej, wymalować białego lwa w czerwonym polu. , I odtąd Bruncvik żył szczęśliwie z Neomenią i panowałjeszcze dobrych lat czterdzieści, Wierny lew stale był przy nim. Gdy w końcu Bruncvik w późnym wieku zmarł pozostaw, iwszy jedynego syna, Ładysława, nie chciał lew żyć bez swego pana. Tęsknił, słabł, aż wreszcie po raz ostatni boleśinie zaryczał nad grobem Bruncvika i żywot zako ńczył. , A miecz cudowny Bruncvika? Spoczywa zamurowany głęboko na Mos 'cie Karola, w cokole, na którym stoi posąg Bruncvika z lwem leżącym u jego stóp. Bruncvik przed śmiercią kazał w tym miejscu miecz swo ' j potajemnie zamurować. tam więc spoczywa owa broń czarodziejska od stuleci, a ukaże się dopiero wtedy, kiedy w Królestwie Czeskim najgorzej dziać się będzie. Gdy ojczyzna nasza znajdzie się w największym niebezpieczeństwie, z Bl'anika przybędą z pomocą.rycerze świętego Wacława, a powiedzie ich sam święty dziedzic czeskiej korony. A gdy jechać będzie przez Most Karola, jego siwek potknie się i kopy- , . tem wydobędzie z kamienia miecz Bruncvika. ś więty Wacław pOChWyCi go .i w zgiełku srogiej bitwy wzniósłszy nad głową, zawoła: - Niechaj spadną głowy wszystkich nieprzyjaciół czeskiej ziemi! Tak się też stanie. I od owej chwili święty pokój zapanuje w naszej ojczyźnie. Skarb Opatovicki I w klasztorze opatovickim przed Młody kleryk zakonu św. Benedykta samym południem oznajmił opatowi, że co dopiero przyjechał niespodzie.dać rodu, z dwoma konnymi pachołkai wany gość. pan jakiś, wysokiego Wi mi. że zsiedli przy brarnie na pierwszym dziedzińcu i że pan skierował się prosto do kościoła. Opat, ksiądz godnej postaci sp -ytał. skąd gość przyjechał. - z Hradca. . ~ Co rzekł'.? . . - Nic. . jego ludzie także milczą - Jak wygląda? Sredniego wrostu. około czterdziestu lat,- z czarną brodą. Pan godny, pięknie odzia.ny, ale w sukni .ciemnej, bez ozdób, bez jednego , galonu. Opat zamv ślił się chwilę, po czym wstał i opuściwszy celę ruszył z konwentu długim korytarzem po schodach w dół na krużganek, obiegający wokoło cichy "rajski dziedzińczyk", który w tej chwili zalały pierwsze promienie słońca. Nawet na krużganekpr-zedostawało się ich złote światło rysując na posadzce i s Ci .anie cienie romańskiej kolumnady. Upał sierpniowego dnia nie dokuczał tu jeszcze, od rana bowiem az . do tej chwili dziedziniec pogrążony był w chłodnym cieni u. Cicho i pusto b yło wśród starych budvnków . Mnisi o.tej porze przebywali w sw . oich celach, Opat idąc krużgankiem mijał kolejno smugi cienia i swiatła, po czym opuścił chłodny dziedzińczyk i wkroczył na obszerne podwórze, pełne żaru i połu- dniowego słońca, gdzie w parnym powietrzu, na tle modrego, bezclhmurnego nieba r ysowały się ostro kontury dużego kościoła i dwóch wież w stylu romaińskim. . , . Opat skierował się kll portalowi, pięknie wykładanemu kamiennymi płytami, zdobnymi bogatym rzeźbi onym ornamentem z liści i przedziw- 115 nych zWierząt. Właśnie w drzwiach, przez które wionął z kościoła miły chłód, ukazał się ów nieznajomy. Szedł lekko pochylony z odkrytą jeszcze głową; był .śniady, czarnowłosy, o łysiejącym czole i szerokiej twarzy. Gdy opat spojrzał w jego duże ciemne oczy i usłyszał głos, poznał . . od razu, że to nie zwykły szlachcic. Przybysz uprzejmie podziękował za . powitanie go i chętnie przyjął zaproszenie opata na obiad. Potem wprost krużgankiem udali się do refektarza, gdyż w głębokiej ciszy południa rozległ się właśnie dzwon klasztorny, obwieszczający wsi i ludziom na polu czas południowego odpoczynku. W długiej sklepionej sali, pośrodku której stały rzędy . dębowych stołów zastawionych cynowymi, matowo błyszczącymi naczyniami, krzesła oraz zydle, czekali już zakonnicy, starzy i młodzi. Po odmówieniu przepisanych modlitw zasiedli wszyscy do stołu. Na pierwszych miejscach, w rzeźbionych dębowych krzesłach -opat ze swym gościem. Przez cały czas gość uprzejmie rozmawiał o klasztorze, o świątyni, o jej pięknym włoskim stylu, szczególnie zachwycając się portalem. A gdy opat objaśnił go, że jest to dzieło rodzime, że świątynia powstała z przebudowy pierwotnego małego kościółka. że owszem pierwsi mnisi, którzy przybyli wnet po założeniu klasztoru. byli Włochami z Monte Cassino. gość jął opowiadać o ich macierzystym klasztorze benedyktów, który znał dobrze. Mówił też o Italii i o Rzymie, i to tak zajmująco, że bliżej siedzący zapomnieli o jedzeniu. Ale im dłużej gość bawił ich opowiadaniem, tym WiękSZy niepokój ogarniał opata. Zaraz, jak usłyszał, że pan ów przyjechał z Hradca, po- , , myślał, Że to pewnie ktoś z cesarskich, rano bowiem otrzymał wiadomosc, iż wczoraj zawitał t.am cesarz ze świtą. Kiedy zaś kleryk oznajmił. że gość wstąpił najpierw do kościoła, opat wspomniał, co słyszał już . niejednokrotnie, że ilekroć cesarz Karol zwiedza nowe miejsce, zawsze do kościołów zachodzi. A w dodatku ten miły dyskurs, znajomość świata i całe zachowanie budzące szacunek i podziw... Gdy gość odłożywszy nóż umył ręce w błyszczącej miedzianej misie i gdy zasiedli sami w wykuszu okiennym, po- . prosił opat nieznajomego, by nie wziął mu tego za złe i imię swe wyjawił. , Nieznajomy obiecał to uczynic prosząc jednakże, by naprzód udali się do kościoła - on. tudzież opat z dwoma najstarszymi w konwencie mnichami. Ów zgodził Się na to chętnie i zaprowadził gościa wewnętrznym korytarzem wprost do kościoła. Był on duży. o trzech nawach. oddzielonych rzędami okrągłych kolumn. wspierających potężne łuki sklepienia. Przez nieliczne okna wpływało skąpe światło, dzięki czemu całe wnętrze 116 tonęło w tajemniczym półmroku, przesłaniającym bogate malowidła na ścianach. Wszyscy uklękli przed głównym ołtarzem. Gdy zaś przybysz wstał, wyrzekł te słowa: . - Księże opacie, ponieważ chciałeśznać moje imię wiedz, ty i bracia, żem Karol i, cesarz rzymski i król czeski, pan wasz. , Opat jął się sumitować, że nle przyjął go z należytymi honorami, chociaż - co wyznał - domyślał się, jak niezwykły zaszczyt spotkał ich klasztor, ale sam .sobie wierzyć nie śmiał. Cesarz uśmiechnął się łagodnie i rzekł, że dobrze się stało, nie chciał bowiem, by ktokolwiek go poznał. Dlatego właśnie ostawiłświtę w Hradcu nikomu nie mówiąc, dokądjedzie. - Postąpiłem tak, by móc z wami swobodnie pomówić. Ojcze opacie, zali ci bracia to najstarsi i najwierniejsi mnisi waszego klasztoru? - Tak,najdostojniejszy panie . Na to cesarz: - Mili ojcowie, tu w tym przybytku bożym, wyjawię cel mego przybycia. Doszło mnie, że chowacie w tym klasztorze skarb ogromny. Jeśli to prawda, ufam, że go przede mną ukrywać nie będziecie. A ja obiecuję wam. że go nie tknę, ani sam, ani za niczyim pośrednictwem. Rad bym tylko na sk.arb popatrzeć, nic więcej. Opat i księża, wylękli, stali w milczeniu. Wreszcie opat po 'prosił ce- . sarza, by pozwolił im naradzić Się chwilę. Cesarz zgodził się, a gdy mnisi uczynili tak, opat oznajmił: . - Racz wasza dostojność przyjąć do wiadomości, że skarb istotnie jest w naszym klasztorze. Ale z braci zakonnych - a jest ich tu teraz pięćdziesięciu i pięciu - nikt nie wie o nim krom mnie i tych dwóch. Gdyby któregoś z nas Bóg powołał. dwaj pozostali znowu najstarszemu wyjawią tajemnicę, tak by zawsze trzech ją znało, opat i dwaj najstarsi zakonnicy. Ale racz również wiedzieć, że związani jesteśmy przysięgą . i miejsca, w którym skarb jest Pr zechowywany, nikomu zdradzić nam nie . wolno, ni słowem. ni znakiem żadnym. Nadto niełatwy. jest dostęP do . niego i dla waszej miłości nieprzystojny. Cesarz mimo to nalegał, by mu skarb pokazli, obiecując zachowanie tajemnicy. Księża znowu naradzili się między sobą, po czym opat rzekł, że nie mogą zdradzić tajemnicy , ale nie chcą też opierać się życzeniu króla. i Karol IV Luksemburczyk (1316-1378) - cesarz i król czeski od r. 1347. syn Jana Luksemburskiego zalożyciel pierwszego w Europie środkowej uniwersytetu w Pradze,. Praga za Karola Iv była jednym z najbardziej ożywionych ośrodków życia umysłowego Europy. . 117 - Przeto - ciągnął -jedno z dwojga narn uczynić wypada. Albo powiedzieć waszej dostojności, gdzie skaTb się znajduje nie pokazując go, albo owszem pokazać go nie wyjawiając jednak miejsca ukrycia. -- Zatem pokażcie - odparł cesarz. Poprosili, by cesarz uczynił to, czego żądają. Ów zgodził się. Wtedy . wyszli z kościoła do zakrystii. a stamtąd w dół do.mrocznego lochu z ce- glaną podłogą. Tarn jeden z mnichów skrzesał ognia i zapalił dwie woskowe świece. Ledwie zamigotały w mroku ich płomyki, zbliżył się drugi mnich i naciągnął cesarzowi na głowę kaptur, otworami do tyłu, tak że władca nic nie widział. Słyszał tylko, jak mnisi wyjmują i usuwają cegły. Potem przywiedli go przed otwór w murze prosząc, by ostrożnie w dół . zstępował, bo będą schodzić po drabinie. Szedł za nimi w głąb, w ciemność, bardzo długo, póki nie stanęli na dnie, skąd prowadzili go kilkakrotnie w różne strony, aby nie mógł spamiętać k ierunku ni drogi. I znowu knoczy yli ciemnym korytarzem. Podziemia cuchnęły wilgocią i stęchlizną, a echo odbijało dudniące kroki. Cesarzowi zdało się, że to trwa wiecznie. Nagle mnisi stanęli i zdjęli mu kaptur. Ujrzał wtedy, iż znajduje się w niskim lochu nędznie oświetlonym migotliwym blaskiem woskówek. W bla- sku tym w żelaznych skrzyniach, których wieka opat otwierał, lśniło srebro, mnóstwo srebra, w sztaby odlanego i w dużych bryłach. Stąd poszli do lochu następnego. Tam ujrzał znów mnóstwo złota: sztaby, zwoje prętów, krążki i ogromne, ciężkie bryły. Podziw brał cesarza. Ale w trzecim lochu oniemiał ze zdumienia. Ogromne ilości drogocennych kruszców, złota i srebra, wszystko misternie kute; przepiękne łańcuchy, puchary kielichy, krzyże i pacyfikały i lśniły najczystszym złotem, a drogie kamienie mieniły się kolorami tęczy, ai w oczach ćmiło. Kiedy zaś cesarz zapatrzył s ię na te wspaniałości, na to niezmierne bogactwo, rzekł mu opat: - .Panie nasz, te skarby dla ciebie i dla twych potomnych chowamy. Przeto weź, co ci się podoba. Lecz cesarz odmówił. Wtedy opat sam wybrał mu cenny pierścień z przepięknym najczystszym diamentem, mówiąc, że nie godzi się, by odszedł stąd, nic sobie na pamiątkę nie zabrawszy. Cesarz przyjął pierścień z wdzięcznością. , Potem zawrócili; przeszedłszy trzy sklepione lochy, zno.wu nałożyli mli kaptur na głowę i kołując jak poprzednio wyprowadzili po drabinie do górnego lochu; tam zamurowawszy otwór cegłami, zgasili świece, zdjęli Pacyfikał - krzyż podawany wiernym do pocałowania. cesarzowi kaptur i poprowadzili go przez za krystię do kościoła, gdzie pomo dlił się przed głównym ołtarzem. Cesarz podziękował mnichom i dodał: - Mili ojcowie, jeszcze bym to chciał wiedzieć: czyli mogę niektórym z moich przyjaciół wyjawić, że widziałem w mym królestwie skarbiec tak wspaniały i bogaty, nie oznajmiając oczywiście, gdzie on się mieści. Op.at i mnisi nie sprzeciwili się. Cesarz zaś odchodząc spojrzał na darowany rnli piers 'cień i rzekł: - Dar jest to dla rnnie tak cenny, że nigdy go z palca nie zdejmę; pójdzie ze mną do grobu. Gdy wrócili do kościoła, był już czas nieszporów. Cesarz nie zatrzy- rnał się dłużej. Pożegnawszy opata i braci wsiadł na koń i w towarzystwie dwóch sług odjechał przez łąki wzdłuż Łaby z.powrotemdo Hradca. Dworzanie cesarscy wypytywali pachołków, skąd wracają, a dowiedziawszy się pytali dalej, co cesarz robił w klasztorze. - Obiadował, a potem z opatem i dwoma starymi mnichami poszli do kościoła, i długo się tarn modlili. Tylko tyle wyjawili, bo też nic poza tym nie wiedzieli. I nie dowiedział się też nikt więcej,cesarz bowi em dochował tajemnicy. Dopiero przed samąśmiercią oznajmił swą wolę niekto ' rym członkom swej rady, by pierścień z nim razem do grobu złożyli, albowiem jest to pamiątka ze skarbca opatovickiego klasztoru, który to skarb przed laty mnisi mu pokazali. I tak też się stało. II Minęło wiele lat od śmierci sławnej pamięci Karola IV. Pod koniec panowania syna jego, Wacława IV i ,w roku i 4l 5 zajechał do klasztoru opatovickiego niespodziewany gość: panJan Miestecky z Opoczna, z dworna konnymi pachołkami. Było to w listopadzie, w dzień Wszystkich Świętych, późno po południu, gdy puste łąki i nagi e drzewa wzdłuż Łaby czerniały we wczesnym zmierzchu. Wiał mroźny wiatr. . N ie dziw więc, iż rycerz poprosił o nocleg w klasztorze, tłumacząc, i Wacław IV ( 1378-1400). Na okres jego panowania przypada początek wielkiego rewolucy jnego ruchu religijnego. narodowego i społecznego. husytyzmu. (.Jirasek podaje błędnie datę )415), . 119 że dążył do Hradca. ale na dworze ziąb okrutny. a ostry wicher zacina i szubę przewiewa. a w dodatku zanosi się na noc wielce ciemną. Opat Piotr Lazur, kapłan sędziwy i czcigodny, uprzejmie przyjął rycerza i rozkazał, by również jego dwom pachołkom oraz trzem towarzyszom którzy - jak oznajmił pan Miestecky - opóźnią się trochę, ale na pewno do wieczora nadjadą, dano sutą wieczerzę. Przybyli niebawem, za- czerwienieni od wiatru i chłodu. W tym czasie siedziałjuż pan ich z opatem i mnichami w refektarzu, oświetlonym woskowymi świecami umieszczo- nymi na stole, w pobliżu ogromnego zielonego pieca. od którego przyjemne ciepło buchało. Rycerz opowiadał różne nowiny. A miał ich niemałb ! o soborze w Kon- stancji, o mistrzu Janie HUSi .e 1, a przedewszystkim o Pradze, na którą spadła klątwa za sprawą mistrza Jana z Jesenicy, zwolennika Husa; wszelkie nabożeństwa w świątyniach zostały zakazane. Gość oburzał się na nowatorskie nauki, na prażan, że się buntują przeciwko księżom, i na króla, co znosi to v.szystko tak cierpliwie. Nagle zjawił się nowy gość: pan Otto z Bergoya. Przepraszał łumacząc, że zła droga i słota zmusiły go szukać schronienia pod gościnny.m dachem starego klasztoru, i zamówił nocleg dla siebie oraz dla swych pięciu konnych pachołków. Zdziwił się zoczywszy pana Miesteckiego, ale równocześnie ucieszył, że będzie miał nazajutrz towarzysza w drodze do Hradca. Pana z Bergoya przyjął opat równie uprzejmie i nawet pozostałz ryce- rzami, gdy zakonnicy po wieczerzy rozeszli się do swych cel. Panowie siedzieli przy winie w pobliżu pieca, co było tym milsze, że na dworze w tę noc czarną szalała wichura, aż okiennice łomotały. Pan Miestecky opowiadał, a i pan z Bergova miał wiele nowin. Obaj też pili tęgo, często dolewając sobie do pucharów złocistego wina, aż im poczerwieniały lica i rozbłysły oczy. Nagle umilkli i wstali, bowiem w mrokach nocy rozległ się niespodziewanie dźwięk wojskowej trąbki. Brzmał ostro, przenikając nawet wskroś huk wichurv. Wtem obaj rycerze chwycili opata za ręce, a pan Miestecky rzekł groźnie i ostro. . ? . - Księże opacie, słyszałeś głos trąbkl . Owo znak, ze nasi zbrojni otwarli bramę wejściową i że wpuścili już pozostałych trzydziestu, co czekali za murami. . zakonnicy Teraz są już wszyscy w klasztorze. Ty i jesteście w naszej mocy! . . . 1 Jan Hus, Jan z Husinca ( 1369- 14] 5) - wielki czeski myśliciel, twórca reformacji czeskiej, uznany przez sobór w Konstancji za heretyka, został spalony na stosie w r. 14]5. Naród czeski po dziś dzień widzi w nim jednąz największych postaci całych swoich dziejów. 120 Opat, osłupiały z przerażenia, Iedwie wykrztusił. - Czego chcecie? '-- - Skarbu. waszego klasztornego skarbu. Nic ci się nie stanie, gdy , . . powiesz, gdzie się on znajduje. Wiemy, ze jest w podziemiach. Powiedz, gdzie! - nastawał pan z Bergova. -N. le wiem ! Na korytarzu podniósł się hałas; zabr.Zmiały okrzyki i szczek broni. - Nie czekaj pomocy! . - groził pan Miestecky. - Słyszysz, to nasi ludzie. Mów, gdzie skarb! - Nie wiem ! - drżąc, ale mocnym głosem odparł s tary opat. - Zamęczymy cię! . . - Niech się dzieje wola boza. Nie mogę powiedzieć. Pan z Bergova wybiegł z reflektarza, dokąd wnet wkroczyło czterech uzbrojonych po zęby pachołków. Pan Miestecky odda.ł starego opata w ich ręce. , Nagle w ciemności listopadowej nocv ozwał się dzwon bijący na trwo- gę. To któryś z mnichów dopadł dzwonnicy i dzwonił zwołu.jąc pobliską wieś na pomoc. Ale już wpadli żołnierze i śmierteInym ciosem powalili śmiałego dzwonnika. Czarne blaski migotały po całym klasztorze, w oknach kościoła zapło- . nęło światło. W celach, na ciemnych krużgankach i na dziedzińcach chwiały się światła łuczyw i płonących pochodni. wszędzie migały cienie mnichów uciekających przed żołnierzami, którzy niszczyli wszystko lub grabili znosząc na dziedziniec. Tylko opat pozostał w klasztorze. Leżał związany w sklepionej sieni, . gdzie go pachołcy pana Miesteckiego przy blasku łuczyw bili i na drabinę naciągali i gdzie pan Miestecky, to znów pan z Bergova na zmianę mu grozili: - Mów, gdzie skarb! Mów, bo gardłem zapłacisz! Lecz opat milczał znosząc mężnie wszystkie tortury. Milczał nawet wtedy, gdy mu bok świecami przypalano. Wstał mglisty, szary dzień: w opatovickim klasztorze cicho było i pusto.Ograbiono go doszczętnie. Panowie Miestecky i Otto z Bergova zabrali wszystko: wspaniałe naczynia kościelne, pieniądze i klejnoty. Gdy ludzie ze wsi przyszli rano do klasztoru, znaleźli poranionv ch mnichów, opata zaś prawie na śmierć zamęczonego. . Szkodv były wielkie, lecz ogromny skarbiec w podziemiach ocalał okupiony męką i śmiercią opata. Piot Lazur zmarł bowiem kilka dni później. 123 Po pięciu latach pan Miestecky z Opoczna znowu do klasztoru zajechał. Uszedł wówczas z druhem swoim zasłużonej kary korzystając z powszechnych w kraju zamieszek. Przybył tym razem nie jak rozbójnik, lecz jako obrońca klasztoru; i to na czele oddziału zbrojnych cesarza Zygmunta i , w którego służbę wstąpił przeciwko swym rodakom. żołnierzami obsadził klasztor stając przeciwko mieszczanom, hrade- ; ckim husytom i braciom orebskim. Tym razem nie szukałjuz skarbu. Wnet jednak musiał wyruszyć w pole, załoga natomiast pozostała i dwukrotnie stoczyła zwycięski bój z hradeckimi: w grudniu 1420 roku przy samym klasztorze i w marcu następnego roku niedaleko wsi Podolszany, gdzie zginął wódz hradeckich - Łukasz. Ale już w kwietniu ustąpili z Opatoyic żołnierze cesarza w strachu przed wielkim wojskiem prażan, orebskich i hradeckich, którzy Kutne Hory 2 zajęli. Ledwie załoga Zygmunta opuściła klasztor, wtargnął do Opatoyic pan Diyisz Borzek z Miletina z braćmi orebskimi i mieszczanami hradec- , kimi, którzy srogo zemścili się na Opatoyicach za dwukrotną porażkę i wiele innych niepowodzeń. Stary, wspaniały klasztor spalono. Spłonął budynek konwentu i wszystkie zabudowania. Na łąkach w do linie Łaby, nad której zielenią i morzem kwiecia lśniły kiedyś złocone krzyże wież klasztornych i pięknego kościoła. czerniały ruiny. wokół , ,.rajskiego dziedzińca" zapuszczonego i zarosłego chwastami, walały się zburzone filary krużganku; martwa cisza zaległa miejsce, gdzie ongiś mnisi śpiewali pienia nabożne. Klasztor już się z ruin nie dźwignął. A głęboko podjego gruzami zachował się skarb drogocenny: kruszce. drogie karnienie i klejnoty misternej roboty. , pozostał nietknięty tam, gdzie od wieków spoczywał. Miejsce to na zawsze skryła tajemnica. Jeno podanie o skarbie przechod ziło z po- kolenia na pokolenie nawet wówczas, gdy ruiny klasztoru skruszały i w proch się rozpadły. III Rozpadły się i wodą zalane znikły z powierzchni ziemi. Dawno temu, czasu okrutnej powodzi. zatopiła je Łaba, a gdy później zmieniła swe Zygmunt Luksemburczyk (1410-1437) - cesarz i król czeski, brat Wacława IV, w r. 1422 wypędzony z Czech przez husytów. Poprzednio. margrabia brandenburski, kandydat na tron polski i król węgierski. 2 Kutne Hory - starsza nazwa miasta noszącego dziś nazwę Kutna Hora. J. obu tych form. irasek używa 124 koryto, na dnie nowego łożyska znalazła się część klasztornych ruin. i rzeka, która ongiś płynęła obok klasztoru. teraz przelewała swe fale ponad nim. Ludzie zaś, gdy woda była niska i czysta, przychodzili oglądać resztki murów spoczywające na .jej dnie. . Tylko część zwalisk pozostała na lądzie. Z czasem wybudowano w tym miejscu młyn, a tam gdzie ponoć stał ongiś główny ołtarz, wyrosła lipa, która przetrwała wieki. W wieczory letnie młynarczyki i czeladź przesiadywali przed młynem gawędząc o cesarzu Karolu IV , o skarbie, zastanawiając się, gdzie też być może, i rozmyślając. jakby się do niego pod wodą dobrać. Często także spoglądali na starą lipę o wielkich, rozłożystych konarach, czerniejących w półmroku, od których wietrzyk niósł ku nim szum liści i słodką, silną woń kwiatów niby szept modlitw i zapach kadzielnic sprzed ołtarza bożego. A o północy ogromna korona lipy jaśniała. jakby oświetlona blaskiem wschodzącego księżyca. Potem zapalały się światła na wszystkich gałę- . ziach i jasność biła wysoko ku ciemnemu niebu. Kto ten cud ujrzał, . w osłupieniu czynił znak krzyża. Miejscowi ludziechwiliilchwiliudzie klękali modląc się jak przed ołtarzem; niejeden słyszał w tej śpiew pobożny. stłumiony i jakby daleki. rozchodzący się wokół lipy i niosący się z wiatrem dalej, ku rzece. gdzie cichł i zamierał. Wszelako i w biały dzień tajemnicze to m . iejsce napełniało lud zdumieniem. szczególnie młynarza i jego czeladź. . Razu pewnego za panowania króla Maksymiliana i, ojca Rudolfa II 2, w samo południe stanęły nagle koła młyńskie. Wszyscy wybiegli nad rzekę. A tam - dziw nad dziwy! Młyn stanął, woda bowiem nie poruszała kół. gdyż powyżej młyna ginęła w środku koryta rzeki, spadając jak grzmiący wodospad w jakąś rozwartą głębię czy przepaść. Trwało to dobre pół godziny, przez cały ten czas ni kropla nie spłynęła na koła młyńskie. Młynarz i jego czeladź. wraz z ludzmi ze wsi, stali nad rzeką w miejscu, gdzie woda. wpadała w g{ąb ziemi; rozprawiali o tym dziwnym zdarzeniu, aż zgodzili się wreszcie, że widocznie w tym miejscu na dnie rzeki musiało spoczywać dawne sklepienie klasztorne, które runęło, a woda spłynęła w dół do podziemi i na pewno zatopiła wszystkie lochy i korytarze, wiodące do skarbca. i Teraz już po wszystkim; nikt do skarbów nie dotrze! . 1 Maksymilian II Habsburg (1564-1576) - cesarz i król czeski. 2 Rudolf II Habsburg (1576-1612). 125 A jednak znaleźli się tacy co spróbowali. Nie rodacy lecz obcy. - . - , , - , . Dzialo się to w smutnych czasach po bitwie pod Białą Górą. Przyje- chało wówczas do Opatovic czterech Włochów. Powiedzieli, że są nurkami z Wenecji i że sam cesarz Ferdynand I posłał ich, by odnaleźli skarb zatopiony . . . Nitk im nie bronił, toteż przygotowawszy się jak należy, zanurzyli się w rzekę w miejscu, gdzie ongiś widniały ruiny klasztoru. Zamierzali naj- pierw zbadać dno i resztki murów. Nie pozostali jednak długo pod wodą. Dwóch z nich bardzo szybko wypłynęło na powierzchnię. Na dwóch innych towarzysze czekali na prożno. N ie powrócili już nigdy. Może por- wał ich rzeczny nurt, może zabłądzili pod wodą w rozwalinach starego klasztoru. Nawet trupów ich nie znaleziono. Ci, co przy życiu pozostali, nie odważyli się więcej zejść na dno rzeki. Siadłszy na konie odjechali z niczym. I skarbiec klasztoru opatovickiego leży po dziś dzień głęboko w ziemi, a Łaba przepły wa nad nim, dobrze strzegąc ukrytych skarbów. Ferdynand II Habsburg(l619-1637). O PRADZE ...Praga! To imię - jako śpiew Sam jego dźwięk potrqca du.l'zy czeskiej czułe strunv i sercu każe drżeć w zachwycie... Svatopluk Czech , . Rosnle Praga w potędze . i chwale. Pewnego razu Karol IV zaprosił na zamek praski arcybiskupa Arnoszta z Pardubic, najwyższego kanclerza, burgrabiego Królestwa Czeskiego i innych znakomitych panów i .dworzan oraz wielu mistrzów słynnych z uczoności, wśród nich również swego astrologa. Siedział z nimi we wspaniałej komnacie, kto ' rej drewniany strop zdobiły rzeźby, malowidła i złocenia, a ściany pokrywały cenne tkaniny francuskiej roboty. Na stole w blasku licznych świec połyskiwały złote i srebrne nakrycia, talerze, puchary i konwie o przepięknych kształtach, bogato zdobione. Gdy spożyli wieczerzę, a w sali zrobiło się duszno, cesarz wstał i poprosił swych gości, by wyszli z nim na powietrze ochłonąć nieco. Ruszył przodem.wraz z arcybiskupem kierując się na obszerny balkon; wejście nań wiodło wprost z sali jadalnej; za nimi podąiyli panowie i uczeni, żywą zajęci rozmową. Ale gdy znaleźli się na balkonie, zamilkł cesarz i jego doradca, zamilkli także wszyscy goście. Zamilkli zaskoczeni pięknością królewskiego miasta rozciągającego się u ich stóp. w ciszy letniej nocy pogrążona w głębokim cieniu Praga drzemała, oblana srebrzystym blaskiem miesiąca. W czarownym świetle wznosiły się ku niebu szczyty i dachy wysokich domów , kościoły i wieże, lśniły okna zdobnych wykuszami budynków, a rozłożyste konary drzew w licznych ogrodach i na wyspach ukazywały w tym poblasku swe miękkle kontury. Wszystko ogarniał głęboki spokój. Tylko jazy w dole na rzece huczały monotonnie. Król i dworzanie, urzeczeni niewysłowionym pięknem tego widoku, patrzyli na światła i cienie, wzrok ich błądził po zboczach Petrzina, spowitychw niebieskawym mroku, i po Mniejszym Mieście i uich Zwanym dziś Małą Stnaną. stóp;. patrzyli na jego oświetlone place, na pałac arcybiskupi nad rzeką, który połyskiwał złoconym dachem obronnej baszty, na uszkodzony most na rzece błyszczącej jak rozlane srebro.i dalej - na całą Pragę, na Stare ., nad którymi sterczały i Żydowskie Miasto zamknięte murami i basztami , ku niebu wieże kOśCi .ołów. Tu ulice pogrążone były w cieniu, czerniały arkady domów, gdzie indziej znowu wszystko tonęło w blasku, to znowu w cieniu i głębokim mroku. Ale na rozległej wyżynie, za Starym Miastem, tam gdzie bielał kościół św. Łazarza, gdzie na odkrytej przestrzeni - nie wśród domów - piętrzył się kościół św. Piotra na Zderaskim Wzgórzu i dalej, tam gdzie drzemała . kos 'ciół św . wieś Opatovice, zaś wyżej w bladej poświacie wznosił Się Szczepana we wsi Rybnik i kościół św. Jana na Bojiszczu - światło księżyca rozlewało się swobodnie po ogrodach, sadach i łanach dojrzałego zboża, hen aż po wzgórze pełne winnic, przesłonięte białawą mgłą. Wszyscy bez słowa chłonęli czarowny .obraz rozpos 'cierający się przed nimi. wreszcie król rzekł ze wzruszeniem: , - Piękna jest czeska kraina - największe me umiłowanie, ziemia wybrana, najwspanialszy ogród wśród wszystkich ogrodów. mojego cesarstwa. A w nim Praga - miejsce najcudowniejsze. Spójrzcie! . Czyliż może . . być coś piękniejszego? . Oczy króla rozbłysły. - Przepiękne miasto - ozwał się Arnoszt z Pardubic - i wielce szczęśliwe, jak mówi kronikarz, bowiem święty ksiąię i przyczynił mu splendoru. A teraz miłość twoja, panie, pomnoz .y pięknośćjego. Już spełnia się proroctwo pramacierzy waszej królewskiej mości 2. Rośnie Praga w potędze i chwale. Książ.ęta jej się kłaniają, cześć jej i sława szerzy się po świecie. A będzie sła wniejszą jeszcze ! . - Rad bym ją z pomocą boią uświetnić jak najokazalej - szczerze wyznał król. - I mam nadzieję... - Nagle zwrócił się do starego mistrza .. . astrologii, który powainie przed się spoglądał. - Powiedz, mistrzu, piękna i wielka jest przyszłość tego miasta, prawda? Ty marszczysz brew? Mów! . . - Najjaśniejszy panie, nie żądaj, bym właśnie teraz oznajmił, co wieszczą znaki niebieskie! . - Mówże, mów! . - zachęcał król. - Chcę wiedzieć, coś w gwiazdach wyczytał. - Niewesołe to , mości królu! . - Chcę słyszeć, mów! ŚW. Wacław Pnonoctwo Libuszy. 129 Natenczas stroskany mędrzec obwieścił kró1owi i panom, którzy z zaciekawieniem skupili się wokół: - Ze znaków niebieskich pojąłem, że Mniejsze Miasto będzie ogniem strawione, ogromnym pożarem, a... Stare Miasto... zginie od wielkiej powodzi. Wszystko zginie, kamień na kamieniu nie ostanie. Przelękli się zebrani i spojrzeli na króla, który stał zaskoczony i wyraźnie stroskany. Nagle odwrócił się w stronę miasta, skinął ręką i zawołał: - Nie zginie Praga! Pozostanie! Przetrwa! Jcżeli nawet żywioły zniszczą kiedyś Mnie.jsze i Stare Miasto, stanie tu inne! . Zbuduję nowe! . . Tam oto będzie nowa, wielka Praga ! . . Wskazał przestrzeń za Starym Miastem, zbocza wzgórz pokry o' te polami i sadami, ciągnące się ku wsiom Rybnik i Opatovice. Wszyscy odetchnęl. a i z ulgą, twarze pojaśniały, mądry arcybiskup wyraził słowami to, co czescy panowie i dworzanie czuli w tej chwili i czego swemu królowi z całego serca ży o' czyli : - Niechaj Bóg błogosławi waszej .królewskiej mości! Co Karol IV postanowił, to uczynił. Wraz zaczęto przygotowania wielkie do założenia nowego miasta: sam król wyznaczył jego granice, obwód murów, sam kamień węgielny pod nie położył, sam był obecny przy wymierzaniu ulic, wytyczył miejsce na .targowiska i place. Często roz- mawiał i naradzał się z budowniczymi, często przychodził oglądać wznoszone budowle i za każdym razem zagadywał to murarza, to na.jemnika, że dzieło jego tak pomyślnie wyPy tywał, podarkami obdarzał, ciesząc się, postępuje. Tylko raz jeden rozgniewał się, gdy wróciwszy z podróży do Rzeszy Niieki.j poszedł obejrzeć Nowe Miasto i ujrzał, że mierniczowie wy- . tyczyli w czasie jego nieobecności nową ulicę. Wiodła do kościoła św. Henryka i . już przy niej domy stawiano. Cesarz stanął zdumiony i zasępiwszy oblicze spytał ostro, kto kazał tu ulicę poprowadzić i kto ją wymierzył. - Nikt nie kazał, wasza królews ka mość - odparł przelękniony budowniczy. - Myśleliśmy, że będzie to po myśli waszej królewskiej mości. Jeśli wszakże raczysz wstrzymać jej budowę.,. . - Niechaj pozostanie - zdecydował eesarz - lecz niech się po wie- .czne czasy nazywa Nekazalka, ponieważ nie kazałem jej.budować. Tak rosło Nowe Miasto. budynków przy bywało jak grzybów po de- , szezu. Ale nie tylko mieszczanie je wznosili. Budował również sam władca Czech. I to na.jwspanialsze. klasztory, kościoły z wysokimi wieżami. 130 On również załoz .ył kościół św. Hieronima, a przy nim klasztor mni .chów benedyktskih "Na kłkach" , w tym miejscu, gdzie przed wiekami zielenił się gaj bogini Marzanny. Kościół ów kosztował sumy niemałe. Ponoć wypalano na tę budowlę specjalne cegły, takie jak na zamek karlsztejński, z szarej gliny, po wierzchu glazurowane, a więźbę dachu zrobiono tak kunsztownie i staranni, że zużyto na nią pnie drzew z całego lasu. Przez stawiano kościół i klasztor. Była to kosztowna budo'wla, ponoć na nią o jeden tylko ha1erz mniej niż na Kamienny Most i Gdy wreszcie skończono budowę kościoła i odprawiono w nim pierwszą mśzę. księża przy ołtarzu zaintonowali modły w języku słowiańskim, . a potem odprawili mszę śWiętą według pradawnego obrzędu z kSiąg słowiańskich - po raz pierwszy od stuleci w cze.skim kościele. . I radował się zbożny król czeski, który słowianskich mnichów sprowa- dził z dalmatyńskiego kraju, a z nim cieszył się ca.ły lud. . A klasztor i kościół nazwano "Na Słowianach'. i taką nazwę nośi on po dziś dzień. ' ' Nie minęły trzy Iata od rozpoczęcia budowy ,.słowiańskiego.' kościoła; :a już Karol IV wznosił nową świątynię w najwyższym punkcie Nowego Miasta, na wprost Vyszehradu. Projekt kościoła opracował jeden z młodych architektów praskich. Cesarz ujrzawszy gotowy plan zachwycił się pięknym i śmiałym pomysłem. Dziwili śię również znawcy. doświadczeni starzy budowniczowie , i dowodzili, że młody ich kolega nie wzni .esie tej świątyni, że nie uda mu . się wykonać tak potężnego sklepienia, jakie zaprojektował. Wszakże król mimo wśzyśtko powierzył dzieło młodemu artyście, a ten, pragnąc stworzyć budowlę, jakiej jeszcze Praga nie oglądała, zabrał się z zapałem do pracy. Budował, budował, a kościół, na .ośmiokątnym planie założony, rósł w oczach. Już zaczęły wznosić się mury.już ukazały się w nich dwu- i trójdzielne okna o przepięknych łukach, już śtanął wspaniały portal, zdobny pośążkami i bogatym ornamentem z liści i kwiatów jUż zaczęto według planów młodego mistrza rozpinać nad wnętrzem świątyni nie widziane dotąd, śm.iałe gwiaździste sklepienie. Jeszcze całą konstrukcję przesłaniało rusztowanie , jeszcze nie widać jej było dobrze w gąszczu belek i desek, a już podziwiali ją znawcy. Ale teraz tym uporczywiej twierdzili, że młody archi.tekt nie ukończy Most Karola IV na jstarszy - w Pradze, 131 swego dzieła. że sklepienie nie wytrzyma, że jest to niemożliwe, niesłychane i że w trakcie budo\vy nazbyt s 'miało rozpięty strop pęknie i z pewnością runie. .. - , Słowa te zmąciły, myśli młodego artysty. Poderwały w nim zaufanie we własne siły. Opanowała go bojaźń, wątpliwości i niewiara. Już nie biegł na budowę tak pewnie i radośnie jak dawniej. A w domu, w samotności, również nie miał spokoju. Liczył, kreślił, rozmyślał. czy sklepienie wy- trzyma, zastanawiał się nad tym dniem i nocą. Troska i niepokój odebrały mu sen. Przesiadywał do późna w pracowni, a gdy wreszcie legł na łożu, dręczył się nadal myślami przypominając sobie słowa kolegów, młodych i starych, ich uwagi, obawy i dowodzenia o niemożliwości zbudowania takiego stropu. Stawały mu też w oczach ich szydercze uśmiechy, a gdy zaczął sobie wyobrażać, co by było, gdyby ile najadłby się wstydu sklepienia nie ukończył lub gdyby ono runęło, i drwin zamiast pochwał i uznania, chwytał dłońmi rozpaloną głowę i ciężko wzdychając biegał po izbie. Pewnego ,razu w noc taką wypadł na ulicę i pospieszył w górę na Nowe Miasto. ' Tam w mroku czerniał nie dokończony kościół, cały jeszcze rusztowaniami zakryty. Nie stukały młoty, na opustoszałej budowie panowała cisza. Sam budowniczy obchodził ją ze wszystkich stron i oglądał wznosząc oczy ku górze, tam gdzie zaczęto już murować sklepienie. Potem wsunął się do wnętrza przyszłej świątyni, gdzie z czasem rozbrzmiewać miały nabożne pieśni i modlitwy. Przez nie oszklone jeszcze okna zaglądało tu gwiaździste niebo i wlewało się światło księżyca. Stroskany budowniczy, szarpany wątpliwościami, rozejrzał Się po mrocznym wnętrzu, ale .wnet podniósł oczy ku górze, gdzie poprzez deski rusztowania majaczyły łuki sklepienia. Artysta . widział je w tej chwili skończone; śmiało rozpięte żebra, .- tworzące wielką ośmioramienną gwiazdę, a w niej dwie mniejsze, widział sklepienie zdobne malowidłami i złoceniami; widział całą s 'wiątynię jarzącą się w pełnym blasku słońca bogatym ornamentem. A do kościoła wkraczał król, dworzanie, lud; wszyscy ze zdumieniem i podziwem spoglądali w górę. Gdy ocknął się z tych marzeń i pomyślał, że tego wszystkiego mogłoby nie być, że mury mogą nie wytrzymać i runą, w duszy jego wezbrał szalony bunt. Odchodząc poprzysiągł sobie, że skończy budowę, że sklepienie musi wytrzymać, choćby mu sam diabeł miał w tym pomagać. Tak się też stało. Wezwał go, a kiedy zapisał mu duszę, diabeł obiecał, iż dzieła dokończy. 132 I dokończył. Zawalenie się budowli., którego budowniczowie z dnia na dzień oczekiwali, nie nastąpiło. Założono zwornik i wielkie nie widziane dotąd sklepienie było gotowe. Teraz należało tylko zdjąć rusztowanie, , które je podtrzymywało, by ukazać ćałą wspaniałość sławnego dzieła. Robotnićy jednak .nie chćieli rozebrać rusztowania. Bali się, że sklepie- , . nie runie, gdy tylko poruszą belki. Na prozno arćhitekt zachęćał, jak mógł, na próżno nagrodę obiećywał. Wreszćie sam chciał to uczynić, ale starsi mistrzowie przemocą go zatrzymali nie dopuszczająć do rusztowa- nia.- W takim razie podpalę je! - zawołał za podszeptem diabła. . Gęsty tłum ludzi otaćzał kościół czekając z zaćiekawieniem, co się stanie, ćzy sklepienie wytrzyma, gdy młody budownićzy spełni swój zamiar . Drżąc z podniecenia wyszedł on z kościoła. Ledwie przekroćzył próg, rozległ się grzmot, ogłuszający huk, jak gdyby cały kościół walił się w gruzy. Ludzie krzyknęli z przerażenia i w strasznym zamieszaniu jęli ućiekać wołając, że kośćiół runął. Nikt w tej chwili nie myślał o arćhitekcie. A on, ogłuszony, stał półprzytomny, blady, z rozpaczą patrząc na kościół, przez którego okna buchnęły kłęby kurzu. "Diabeł mnie oszukał! -przemknęło mu przez myśl. - Kara boża!" I nie czekając, nie chcąc patrzeć na ruinę swego dzieła, jak szalony uciekał z tego miejsca. Byle dalej! A kiedy tumany kurzu osiadły powoli i Iudzie znowu odważyli się zbliżyć, a nawet zajrzeć do wnętrza, krzyknęli, lecz tym razem ze zdumienia i podziwu; nad zwalonym rusztowaniem, Ieżącym na ziemi, wznosiło się wspaniałe, potężne sklepienie. Ujrzeli je w pełnym popołudniowym świetle całe odkryte, rozpięte na , kunsztownie poprowadzonych żebrach. Dziwili się tedy i radowali wszyscy. Teraz wspomnieli o młodym budowniczym. Wołali go, szukali, aż wreszcie znaleźli w mieszkaniu - martwego. W przystępie rozpaczy życie sobie odebrał. Lecz to , o czym marzył owej nocy, gdy pełen zwątpienia wbiegł do pozbawionej jeszcze stropu świątyni, spełniło się. Kościół stał wykończony, w całym swoim przepychu, a król, dworzanie i każdy, kto do niego wszedł po raz pierwszy, przede wszystkim zwracał oczy ku górze, na potężne sklepienie, tak śmiało rozpięte nad wnętrzem świątyni, i każdy 'wspominał nieszczęsnego młodego mistrza, co życiem swe dzieło przypłacił. Na Hradczanach, zamku królów czeskich, powstawała w tym czasie nowa wspaniała budowla Karola IV , katedra św. Wita, za rzeką zaś, na 135 rozległych stokach, rosły jak grzyby po deszczu domy Nowego Miasta. . A między tymi dwoma pomnikami swej pobożnosci, swego umiłowania sztuki i stolicy, począł Karol IV budować trzecie wielkie dzieło - Kamienny Most. Przetrwał on wieki, sława i poniżenie naszego narodu stąpały po nim. walki Wiele się zmieniło w Czechach od chwili jego powstania, spory i poróżniły lud jednej krwi i jednego języka. Tylko most pozostał po wsze wieki ukochaniem wszystkich. Czas burz, walk, klęsk i upadku przetrwał mocny i nieugięty, świadek lepszych czasów i sławy, z której powstał, . pociecha i otucha słabych. Most Karola IV to ze wszystkich mostów Pragi most najmocniejszy, do jego bowiem budowy - jak głosi podanie użyto wapna zaprawionego jajkami. Ileż kop jaj trzeba było na szesnaście potężnych przęseł, na tyle filarów i grubych murów! . Praga nie nadążyła dostarczać jaj i w okolicy ich zabrakło. Karol IV zarządził tedy, by każde miasto w Królestwie Czeskim przysłało wyznaczoną ich ilość na budowę praskiego mostu. Szły więc dostawy. wóz , za wozem przyjeżdżał, ze wszech stron zwożono jaja i wbijanoje w wapno. Również mieszkańcy Velvar ochoczo przysłali pełen ich wóz myśląc, że nie wiedzieć jak do budowy mostu się przyczynią. Lecz gdy murarze rozbili pierwsze, drugie i trzecie jajo z velvarskiego wozu, nie chcieli oczom wierzyć, a gdy rozbili czwarte i piąte, a potem całą koPę - wybu. śmiała chnęli śmiechem. Śmiał się też budowniczy i wszyscy robotnicy, się cała Praga i wszędzie sobie opowiadano, że velvarczycy przysłali na budowę cały wóz jaj ugotowanych na twardo! Gdy Kamienny Most ukończono, nie było na nim żadnych figur. Tylko drewniany krzyż wznosił się w zagłębieniu, w miejscu,gdzie teraz stoi żelazny i pozłacany. Tam ponoć za dawnych czasów wykonywano wyroki śmierci, a skazaniec pod tym krzyżem ostatnią modlitwę odmawiał. Na murze łączącym wieżę mostową z klasztorem krzyżowników i widnieje zwrócona ku rzece wyciosana z kamienia brodata głowa. To Brodacz, rzekomy wizerunek pierwszego budowniczego, który na wieczną pamiątkę kazał wmurować swą kamienną podobiznę w filar mostowy. . Idąc przez Kamienny Most ku królewskiemu zamkowi, widzi się na lewo na Petrzinie długi zębaty mur. Bieleje wśród bujnej zieleni drzew na szczycie góry i spada po stromym zboczu w dół do dawnej bramy Ujazdowskiej. Ten mur to dzieło "rodziny" Karola IV. Pewnego roku nastała straszna drożyzna; biedny lud przymierał głodem, nie było bowiem pracy, me było zarobków w tych ciężkich K r z y ż o w n i c y - nazwa braci zakonnych działających kiedyś w Czechach. czasach ściągnęło do Pragi około dwóch tysięcy biedaków, którzy wystąpili przed króla Karola IV , gdy z kościoła wychodził, i prosili go z płaczem, by im dał jakieś zajęcie; mówili, że chętnie pracować będą bez zapłaty, byle tylko jeść dostali, i że będą mało jedli, tylko tyle, by z głodu nie pomrzeć. Król, przejęty ich nędzą polecił, by nazajutrz o tejże godzinie zebrali się wszyscy w tym samym miejscu. I w dniu tym kazał swym ludziom zaprowadzić biedaków na górę Petrzin, dokąd sam konno przyjechał i rozporządził: jedni mieli kamienie rozbijać, inni fundamenty kopać, a pozostali budować mur od Wełtawyprzez Petrzin aż do strahovskiego klasztoru. Robotnicy nie dostawali pieniędzy, ale chleba i innej strawy mieli do sytości; otrzymywali także obuwie i odzienie. Gdy dowiedzieli się o tym inni głodujący, tłumnie zbiegli się do tej roboty pilnie się do niej przykładając. Król Karol często na Petrzin przyjeżdżał, sam dzielił między ludzi chleb nazywając tysiące robotników swoją rodziną. Tłumy błogosławiły go, wstając i kładąc się spać modliły się za niego. Z kamieni, które zwozili, ciosali i z których m\Jr budowali, ro 'sł dla nich chleb. Nazywano więc ten mur "chlebowym" lub "głodowym", bowiem odpędził od nich głód i nędzę. A jest on zębaty, ponieważ król Karol IV dlatego kazał go wznieść, by zęby zgłodniałych ludzi miały co gryźć. W bliskiej owym wydarzeniom dobie żył w Pradze bogaty mieszczanin Jan Rotlev. Zakupił w Jilovem opuszczoną kopalnię, w przekonaniu, że jest w niej jeszcze dużo złota i że się do niego z całą pewnością dobierze. Wynająwszy wielu górników kopał wytrwale, bez wytchnienia, nie lękając się kosztów . A były one ogromne. Wszakże na złoto nie mógł natrafić. Sztolnia wiodła przez pokłady żwiru i jałowego kamienia, nigdzie nie błysnęło ni ziarnko złota, nigdzie nie ukazałą się żyła czystego kruszcu. Mnóstwo pieniędzy zaprzepaścił już Rotlev w tej kopalni. Zasoby jego skończyły się, zaczął robić długi, byle tylko robota nie stanęła. Znajomi iprzyjaciele przestrzegali goiodradzali dalszych prób, mówiąc, żeprzecież złota i tak tam nie znajdzie, a straci resztę tego, co jeszcze posiada. Lecz Rotlev był pfzekonany, że prędzej czy później na złotą żyłę natrafi. w uporze swym nie słuchał rad i stopniowo sprzedawał swoje mienie, by zdobyć pieniądze na kopalnię. Wreszcie zrujnował się zupełnie i nie miał czym płacić górnikom. Był nieszczęśliwy i zrozpaczony. Nie dlatego, że stracił cały majątek, ale dlatego, że nie mógł dalej kopać. Dowodził i stale powtarzał to samo, że na pewno natrafiłby na złoto, gdyby mogli jeszcze chociaż dzien, dwa kopać dalej. 137 Zbywano go szyderstwami, nikt mu już nie wierzył. Tylko żona nie wątpiła o prawdzie jego słów. I żal jej było małżonka. Niestety, pomóc mu nie mogła. Wszystko, co posiadała, klejnoty i biżuterię, już mu przedtem oddała. Zachowała tylko kosztowny, złotem przetykany welon, pamiątkę . z młodych lat. Był jej szczególnie drogi, otrzymała go bowiem od męża, gdy była jeszcze jego narzeczoną. Ale i z tym welonem rozstała się w końcu. Rotlev pośpieszył z nim do kupca, a jeszcze szybciej pobiegł z otrzymanymi zań pieniędzmi do Jilovego wznowić pracę w kopalni. I rzeczywiście zaraz pierwszego dnia, zaledwie zabrali się do roboty, natrafili na bogatą żyłę czystego złota. Była ta:k obfita, że w krótkim czasie zwróciła mu wszelkie poniesione koszta, a i potem czerpał z niej i czerpał, aż uzbierał wielkie mnóstwo szlachetnego kruszcu. Kopalnię ową, która mu tyle szczęścia przyniosła, nazwał przez wdzięczność Szlojirz 1, zaś w Pradze wybudował sobie na Starym Mieście na wprost św. Gawła wspaniały dom, jeden z największych i najpiękniejszych w całym mieście. Trzy bramy wiodły na jego dziedziniec, na dole miał podsienia, na górze wieżyczki i pięknie ciosane wykusze. Rotlev mieszkał w nim w bogato urządzonych izbach i komnatach, po jakimś zaś . czasie oddał cały dom Uniwersytetowi Karola. Wspaniały ten gmach powstał z kopalni złota, a potem sam stał się kopalnią, w której zdobywało złoto wiedzy i mądrości wiele pokoleń narodu czeskiego i innych narodów. Na jesień roku l 378 cicho i smutno było na sławny m zamku Karlsztejnie. Zwodzonych mostów nie spuszczono, król 2 i jego dworzanie nie przyjeżdżali, jak kiedy indziej o tej porze, na huczne łowy. Komnaty królewskie stały zamknięte, a okna ich nie płonęły pod wieczór czerwonawym blaskiem. Cicho było na zamku, tylko zimny wiatrjesienny daleko roznosił głosy czujnej straży dobiegające z czterech wieżyczek wokół głównej wieży, z piątej przed zamkową studnią i z szóstej - pod pałacem króla. , - Dalej od zamku, dalej! - wołano z nich co godzina przez całą noc. Wołania straży rozbrzmiewały przeciągle i smutno w jesiennej szarudze. A kiedy rozedniało, gdy w blask słońca zapłonęły w okolicznych lasach złote i czerwone liście, nie było weselej. , . Ciszy nie przerwał ,ni razu głos trąb łowieckich, szczekanie psich sfor czy gwar łowców pędzących za zwierzem wąwozem lub po zboczu Szlojirz (st. cz.) - welon. Karol IV. 138 malowanym żywymi barwami, jesieni. Stary dąb w lesie, obok którego chodziło się z Kaflsztejnu do sw. Jana, pod skałą, stał opuszczony. Nie . , przychodził tu dobfy król Karol, by jak co roku, spocząc pod jego rozłożystą koroną, na wielkich, wystających kofzeniach, tworzących wygo- . dne siedzenie. Przechodzący wieśniacy ze smutkiem spoglądali na dąb, na "królewską ławeczkę", gdzie nieraz widywali odpoczywającego króla. Była pusta, a pobliskie "królewskie źródełko" , przy którym władca zatrzymywał się zwykle, by napić się wody, zasypały żółte i czerwone liściejawofów, buków i gfabów. Żałoba spowiła puszczę i Karlsztejn. Królzachorował. Leżał na zamku praskim nękany gofączką i obawiano się,'że więcej nie wstanie. On sam zdawał sobie z tego sprawę; oczekiwał śmierci. U łoża jego siedział arcybiskup, synowie królewscy i cała rodzina. Król pouczał swego następcę, Wacława i , by władał mądrze i sprawiedliwie, i błogosławił go słabnącą ręką. Nagle na wieży św. Wita zadzwonił dzwon raz, drugi, trzeci, a wnet po tych głębokich udefzeniach odezwała się sygnaturka za zmarłych i dźwięczała żałośnie. Obecni przerazili się, tylko twarz królewską opromienił błogi uśmiech. Cichym, łagodnym głosem przemówił: - Słyszycie! Pan mnie woła! Bóg.niechaj będzie z wami na wieki! Zdumiony dzwonnik pobiegł do wieży kościelnej. Była zamknięta, klucze od drzwi miał przy sobie, a sygnaturka dzwoniła. Otworzył szybko drzwi i wpadł po schodach na górę. Tam stanął w osłupieniu. . Sygnaturka dzwoniła sama, dzwoniły także inne dzwony, kołysały się same i dzwoniły, dzwoniły... Tak było na wieży św. Wita i na wszyskich wieżach praskich. Fala dźwięków płynęła nad pogrążoną w żałobie Pragą. A wśród tego żałobnego, poważnego bicia dzwonów ulatywała dusza dobr .ego, sławnego króla, ojca ojczyzny, do wiecznej sławy, "kędy niebiań-' ski dwór piękny"2. 1 Mowa o Wacławie IV. 2 Słowa wyjęte ze staroczeskiej pieśni o św. Wacławie. . Czarodziej Żito W pierwszych latach panowania synaKarola w całym królestwie czeskim panował pokój i dobrobyt. Długo jeszcze potem opowiadano, że za czasów króla Wacława każdy mógł iść lubjechać ze złotemjawnie o każdej porze dnia czy nocy, a nikt go, nie zatrzymał. Król bardzo dbał o to, by bogaci czynili biednym sprawiedliwość, i sam tego pilnował. Nieraz przebierał się za najemnika, ubogiego rzemieślnika lub studenta i chodził do piekarzy kupować chleb. Jeśli chleb był dobry, rzetelnej wagi, płacił za niego i odchodził. Jeżeli jednak przekonał się, że chleb był zły i waży za mało, zdradzał, kim jest, po czym zabrawszy , biednym lub żakom niezamoz piekarni wszystek chleb kazał go rozdawac żnym. Piekarza zaś karał grzywną albo nakazywał skąpać go w koszu w Wełtawie. Tak samo postęPował z rzeźnikami i innymi rzemieślnikami. Pewnego razu, przebrany za najemnika, poszedł pracować w winicy, żeby i tam sprawdzić, jak się ludowi wiedzie. Kopał w winnicy przez dzień cały, . a przekonawszy się, jaka to ciężka i mozolna praca, rozkazał, by najemnikom przedłużyć odpoczynek południowy, a wieczorem zwalniać ich wcześniej. ' . odwiedzając Nocą wędrował także chętnie po Pradze, w przebraniu, karczmy i sprawdzając, czy wszędzie dają rzetelną miarę. A również dlatego, by słyszeć, co lud mówi i myśli. "Pod Modrym Szczupakiem " na Starym Mieście bywał najczęściej i niejedną krotochwilę tam i gdzie indziej wyprawił ze swymi wesołymi kompanami. Lubił czarodziejskie sztuczki i figle kuglarskie. Te mu naj- częściej stroił czarodziej żito, człek obrotny i zręczny, który umiał przymrozić do miejsca, kogo tylko chciał, i potrafił odmieniać nie tylko swoją postać, ale także oblicze. Zbliżał się na przykład do władcy W odzieniu z prostego sukna, znoszonym srodze, w wąskich nogawicach z przy- 140 szytymi do nich podeszwami. A gdy stanął przed królem, był naraz w je dwabnej sukni i pstrych nogawicach, a metalowe dzioby jego trzewików błyszczały jak u najprzedniejszego strojnisia. A kiedy po chwili odchodził znowu, zmieniał się na oczach wszystkich bez przebierania i miał teraz na sobie suty płaszcz pątnika. A jakie diabelskie sztuczki pła'tał przy stole. ! A najgorsze trefnisiowi królewskiemu. Ten wyciągnął kiedyś rękę po rybę w sosie. Lecz zaledwie ją ujął, wypadła mu z dłoni. Trefniś krzyknął i osłupiały spojrzał na rękę, która nagle poczęła sztywnieć i zmieniać się w róg, aż wreszcie stała się kopytem. Końskim kopytem. I druga tak samo. Osłupiały trefniś skrzywił się okropnie i z taką rozpaczą spoglądał na swoje kopyta, że król i panowie zaśmiewali się do łez. Gdy król wreszcie rozkazał, by Żito odczarował kopyta trefnisia, kuglarz wy czyniał nad nim rozmaite sztuczki, kreślił koła, krzyże i mruczał dziwne słowa. Kopyta znikały, ale - o dziwo! -zmieniały się w racice wołu, a i te nie zniknęły, póki żito, płaczem i wrzaskiem trefnisia wzruszony, nie odczarował ich. Pewnego razu zapragnął król Wacławjechać z zamku na przejażdżkę. Na dziedzińcu czekała już jego malowana karoca wysłana poduszkami, z daszkiem na czterech słupkach. Cztery piękne siwki w lśniącej uprzęży stały przy dyszlu. Czekała też wystrojona konna drużyna królewska i tre- fniś na pstrokatej kobyle. Tylko żity brakło, choć miał rozkaz stawić . się w orszaku. Król już nadchodził, a żity ni widu. Wsiadając do powozu król spytał o niego, usłyszawszy zaś, że go nie ma, bardzo się nachmurzył. Wtem z sąsiedniego dziedzińca rozległo się pianie, głośne pianie, jakby wiele kogutów piało na wyścigi. I zaraz z owego dziedzińca wytoczył się z turkotem wóz, wózek, wo ' zeczek na dwoch kółkach, zaprzęgnięty w szóstkę czarnych kogutów. Pierwsza para była mniejsza, druga większa, trzecia największa. Czarne pióra lśniły jak kruszec, czerwone grzebienie płonęły. Każdy kogut miał w dziobie rzemyk, wszystkie zaś rzemyki zbiegały się w ręku żity. Kuglarz stał na wózeczku i powoził tym dziwacznym zaprzęgiem. Król śmiejąc się powiedział, że Żito ma o jedną parę w zaprzęgu więcej niech więc jedzie za nim.. I pojechał naprzód król w swoje siwki, tuż za nim Żito w czarne koguty; gdziekolwiek pokazał się ten niezwykły zaprzęg, zbiegały się tłumy. Potem częściej tak jeździł, a ludzie gromadzili się, gdy tylko usłyszeli, że jedzie żito. Nawet przed zamkiem na niego czekali. Trwało to tak długo, póki nowej krotochwili nie urządził, o której szła gadka po całej Pradze i dalekiej okolicy. 141 Żito zrobił trzydzieści wiech ze słomy i z tych trzydziestu wiech wyczarował trzydzieści wspaniale utuczonych prosiąt. Stado to wygnał lecz osobiście na pastwisko nad rzeką, gdzie pasły się wieprze bogatego, chciwego piekarza Michała. Ten z upodobaniem przyglądał się trzodzie żity, a dowiedziawszy się, że można ją tanio kupić, dogadał się z kugla- rzem. Kupił wieprze i wnet pieniądze wypłacił. Gdy przybili zgodę, ostrzegł go żito: - To ci rzekę: dobre prosięta, sam widzisz, i tuczone; tylko wody - nie znoszą. Zapamiętaj to sobie, . Ale piekarz niepomn y na przestrogę wpędził kupione wieprze w bród, Gdy tylko weszły w wodę, zanurzyły się w niej, a na powierzchnię wypły nęło trzydziści słomianych wiech. Piekarz czekał, kiedy wieprze ukażą się wreszcie, ale nie doczekał się, a wiechcie z lichej słomy woda Unosiła coraz dale.i i dalej, Chciwy piekarz biegał po brzegu, wrzeszczał, klął, to wołał prosiaki, towskazywał rękami na wiechy, krzycząc, by je łapać, ratować, bo je woda zabierze. Ale one popłynęły z prądem. Piekarz wściekły, że stracił ty!e pieniędz Y, pogonił za żitą. Na dworze kró!ewskim nie zastał go. Szukał, wypytywał ludzi, wreszcie przyłapał go w karczmie. , Czarodziej królewski siedział w sklepionej izbie we wnęce ściennej pod ()knem. Nogi wyciągnął przed siebie, plecami oparł się o mur, Pustykielich stał przed nim na stole, on zaś drzemał. , Na je go wido k pieka rz zzielen iał ze złości. Od d rzwi zaczął wym y śla ć i klnąc rzucił się ku niemu, Żito jednak spał spokojnie, jakb y krzyku nie słyszał, jak gdyb y to mucha brzęczała mu nad uchem, Rozwścieczony piekarz chwycił go za nogę, potrząsnął nią, ale gdy to nie pomogło i czarodziej oczu nie otwierał, szarpnął mocniej. l nagle zbladł, Noga, wyrwana ze stawu, upadła bezwładnie, a Żito, ze snu przebu- dzony skoczył i krzycząc strasznie, schwycił śmiertelnie przerażonego piekarza za gardło, Do sądu z nim! I cóż innego pozostawało? Uraz na ciele był wyraźny, karczmarz i goście mogli świadczyć o winie piekarza, cóż było robić. Nic innego, jak pięknie i pokornie prosić o przebaczenie, a nadto zapłacic znaczne odszkodowanie. Żito pozwolił się przebłagać i zgarnął pieniadze do mieszka. A potem dotknął wyrwanej ze stawu nogi, wjednej chwili ją sobie nastawił i bez kuli, najzdrowszy w świecie, raźnym krokiem wyszedł jako zwycięzca z sali sądowej, A chciwy piekarz naraził się ponadto na kpiny i śmiech całego miasta. Nawet przysłowie stąd powstało: "Zarobił .jak Michał na prosia'kach." Wkrótce potem miał Żito ki1ka przykry - ch dni, Do króla Wacława przyjechał w odwiedziny książę bawarski. Przybvło 142 z nim kilku niemieckich kuglarzy na wozach pełnvch dziwacznych przyrządów, Sam książę ich wyprawił, by ucieszyli króla swymi krotochwilami. Kuglarze ci byli to Spryciarze wyrobieni na szerokim świecie, świadomi swej sztuki. Król podziwiał ich, ale i na swojego czarodzieja stawiał. Musiał i Żito pokazać księciu, co umi(:, Cokolwiek .iednak zfobił, Niemcv zaraz to po nim powtarzali. Nic umiał nic takiego, czego by oni nie znali, niczym nie mógł ich prześcignąć. Zmarkotniał bardzo i w końcu spłatał im takiego figla, z kt{)rym sobie doprawdy p0radzić ni~ mogIi. Było to akurat w czasic óbiadu, po którym Niemcy mieJi pokazywać swe najlepsze sztuki na dziedzińcu zamkowym, na umyślnie zbudowanym podwyższeniu. wobec krola, jego gości, całego dworu i licznych mieszkańców stolicy. Król ~ięc ze swym gościcm i dosto.inikami dworu siedział przy stole na owym poliwyższeniu, niżc.i zaś trefnisie, Żito i dw'aj kug!arze \ ksi'łŻęcv. Za ()knem rozległ się nagle krzyk i nawoływania w niemieckim ję7.yku. Dwaj Nicmcv , kto)rzy bliżej okna siedzic!i, zerwali się i wy y chylili, , by wy,jrzcć, co się na dziedzi.l1cu \dzieje, ,\ I zn(ilcźli si~ w pułapcc, Nic si<; nic działo, Judzie tak tylko po pf()żnicy : wołuli, Nicmcv chcieli wrocić na 'iwojc miejscc, a tu ani rusz. Nie m()gli cofi1ąć gł{)\\" . y . '. " , Ą to dlalego, żc przez czas, gdy się wychvli!i z ok.na, wyro)sły im na głOW(lCh .iclcnil' rogi, ogromne, rozłożvste. Rzucali Slę, s7arpali, r głowami kr~cili, ro)L gami z hamsem o ramv okienne zawadzali, . A za rlimi huczał śmiech, o)gólny gromki śmicch, " L : Król Waclaw miał szczcg<.)lną uciech<;. Smiał się z kuglarzv i rad był, , c, ŻC się tak Żicie powiodło, !, Ale późnil'j, po połu<.iniu, ci sami Niemcy, nu rozk3z kró!a rogów po: i' zbawieni, pokazvw~lli na podwyższeniu na dziedzińcu zamkowym swoje cz(lrodziejskie sztuczki przed królem i tysiącami widzów. Wszyscy patrzyli zdumil'ni na cudne, wprost diabelskic figIe. Żito się nie pokazał. Ludzie opowi~ldali sobie, że był tu, lecz zniknął, ponicważ się wstydzi przekonawszy się, iż takich sztuk nie potrafi. Ucickł, skrył się, żcby nie słyszeć i'zachw\!to)w i słów po(izi\\!u i by król nie kazał mu slanąć w zawody z Nicmcami, lecz nagle czarodziej odezwał się. Gdy na chwilę ucichł gwar tłumu, od bramy rozległ się jego głos, Znano go, więc powstało ogólne poruszenie, - kuglarza Rozstępowal1o się przepuszczając śniadego czarnowłosego w czerwonej sukni; przedarł się wreszcie wraz ze swymi dwoma sługami na podwyższenie bawarskiego theatrum. Stanąwszy na środku, zawinął rękawy i począł sobie rozciągać usta. Ciągnął, rozszerzał, aż stały się 143 niezmiernie wielkie. Bawarscy kuglarze przeczuwając, co się święci, za. kurczyć ze strachu; częli się cofać i A wtem słudzy Żity chwycili najznakomitszego z nich i podali go swemu panu. A ten, nim się kto spostrzegł, odpowiednio ułożył niewielkiego, drobnego Niemiaszka, ręce mu do boków przycisnął, a skręciwszy i zwinąwszy go jak potrzeba, otworzył ogromne, niczym piec, usta i jął go w nie pchać i połykać, mimo że nogami wierzgał. Wepchnął go i połknął , całego prócz skorzni; te wypluł. Wszyscy wokół klaskali i szaleli z zachwytu, tak że okna w zamku Wtem słudzy Żity przyciągnęli ogromną kadź pełną wody, którą drżały. kuglarze niemieccy rnieli na podium. żito, jak gdyby zmożony wielkim kęsem, stanął nad kadzią i wyrzygał Szwaba, który go widocznie cisnął w żołądku. Bawarczyk chlapnął w wodę, aż rozprysła się wysoko, pogmerał się w niJj przez chwilę, po czym mokry jak mysz wylazł z kadzi. Ludzie z uciechy klaskali w dłonie i śmieli się do rozpuku,aż się za brzuchy trzymali. Czerwoni ze śmiechu, z oczami łez pełnymi, wytykali palcami Bawarczyka, który ociekając wodą umknął w głąb dziedzińca i pod płachtę wozu się schował. Bawarczycy nie pokazywali już więcej żadnych sztuk. Nikt już na nich nie zważał. Każdy tylko na Żitę patrzył. MUSi .ał on stanąć przed królem. który go wobec wszystkich pochwalił. A gdy potężny czarnoksiężnik z podwyższenia zstępował, witały go tłumy ludzi nie milknącymi okrzykami, które rozlegały się echem po całym zamku. Była to najsławniejsza sztuka Żity. J Ale pod koniec życia przegrał przecież i uległ. I to samemu szatanowi, któremu się zaprzedał i który zabrał go z ciałem i duszą. O Królu Wacławie IV Po latach spokojnego panOWania ład i porządek w Czechach zaczął upadać. król Wacław bowiem nie godził się z panaimi czeskimi. Nie dbał o ich zdanie. nie pytał ich o radę. ufając bardziej przyjaciołom swym spośród niższej szlachty i mieszczan. Dlatego panowie skarżyli się na króla, że lekce sobie waży ziemskie urzędy. które sprawowali. i że się z ich głosem nie liczy. A gdy król nie chciał im ulec, sprzymierzyli się przeciwko niemu z królem Węgier. bratem Wacława i . i tak po długich. błogosławionych latach spokoju nadeszły lata burzliwe. Doszło nawet do tego. że panowie na swego króla napadłszy. gdy z zamku zwanego Żebrak jechał do Pragi. pod strażą do staromiejskiego ratusza go zawiedli. Tam zamknęli w wię- zieniu. które zwało się Szpinka, i trzymali w nlm przez piętnaście tygodni. Od tej pory król posmutniał i już nie odzyskał pogody ducha. W upalne lato w dzień św. Bartłomieja posłał swego strażnika do panów praskich, prosząc, by mu pozwolili pójść wykąpać się w łaźni położonej nie opodal ratusza. Rajcowie długo się namyślali, nim się zgodzili. Tym sposobem król Wacław wyszedł z więzienia, nie na długo wprawdzie i nie w królewskim odzieniu.jeno jako praski mieszczanin. Bowiem wolno mu było wyjść jedynie w stroju mieszczańskim. przy czym strzegło go czterech strażników. w ich towarzystwie wszedł do najbliższej łaźni, tuż obok Kamiennego Mostu. żeby nie mógł ujść stamtąd, jeden ze strażników został w sieni przy wejściu. drugi przy sukniach króla. dwóch zaś weszło z królem do łaźni i kąpało się z I1im razem. Po kąpieli król poprosił swych dozorców by pozwolili mu ochłodzić się na świeżym powietrzu. upał był bowiem straszliwy. i Zygmuntem Luksemburczykiem. 145 Strażnicy zezwolili; król przecież nie miał swych szait. więc uciec nie mógł. l wyszedł król Wacław owinięty płachtą z kOmOirY łaziennerj na pomost nad rzeką. Woda połyskiwała prl'epłYWairjąc z szumem. Za rl'eką I'ieleniły się na brzegu krzewy i drl'ewa. zielenił się Petrzin. a na wzgórzu lśniłY złocone wieże królewskiego zamku. Wszędzie było tak miło. tak swobodnie. tak pięknie pod jasnY m błęki- tem nieba. w blasku bożego słonka. Zatęsknił król do wolności jeszcze bardl'iej niż w więl'ieniu. Opodal prz y brl'egu pod stara wierzbą stało czółno z wiosłeimm na dnie. W tej chwili na pomost wesl'ła niewiasta, która usługiwałai w łaźni. UrjrzawsZY rja król skinął na nią i spytał cicho. czy umie wiosłować. GdY prl'Ytaknęła. rzekł: - Przewieź mnie na dru gaą stronę. wynagrodzę cię lhorjnie. nie poożałujesz Ale prędko. zanim tamci dwaj wyjdaą z kaąpieli. Król zbiegł po schodkach l' pomostu. łaziebna za nim: wskoczył do łódki, ona za nim; szybko odwiaązawsI'Y łańcuch oodbiła od brzegu i skiero- wała łóodź na dru gą stronę rzeki. Wiosłowała dl'ielnie. z całYch S il i Ir..;- cznie. Nim straiżnicY wyszli z łaźni, czółno przybiło już do dru gie go brzegu po graążone gO w cieniu rozłożystYch drzew. Wyskoczywszy z łóodki oborje zaczęli uciekać wzdłuż brzegu. wciąż w górę rzeki. aż dotarli w pobliże wsi Chuchlar Tam znaleźli puste czóołno.doo którego szYbko wsiedli. a Zuzanna. takie bowiem imię miała łaziebna. wiosłowała Znowu w kierunku przeciw ne go brzegu. Dotarli do niego szczęśliwie. Króol był uratowany. Weszli do lasu. którego mrok skrył ich. mimo że wieczór zapadł. nie błąd/ili. krt)I . Wacław bowiemm znał dobrze okolicę.gdzie często na łowy przyjeżdżał. Nie r minęłY dwie godziny. a stanęli na skrarjU kunratickiego Iasu nad strumie- niem u stóp wz górl'a, na którym wznosił się nowy zamek królewski. Świe- ciło się w nim, blask światła rozpraszał ciemności. Król miał tam wierną załog ę, wielce sobie oddaną. Kasztelan nie chciał wierzyć, gdy straże oznarjmiły mll. że prl'ed bramą stoi je go miłość sam król. Przekonawszy się o prawdzie ich słów prl'Y.jął pana swego I'e cl'ciaą, kal'ał przynieść szat y królewskie i podać wspainiałą wieczerzę. Król Wacław zaprosił do swego stołu łaziebną Zuzannę. a gdy Skoiń- cl'yi wieCl'erZać. kazał przynieść sto czesk.icłh dukatóow. ktÓre wręczYł .jerj w oobecności burgrabiego mÓwiąc: - Oto, com ci obiecał Ia przewiezienie mnie przez rzekę. Za POmOC w ucieczce wynagrodzę cię osobno. 146 Radował się wielce kasztelan i wszyscy dworzainie. że ich król rjest znowu na wolnos ci. Król Wacław i póz nierj o Zuzannie nie zapomniał. Gdy znowu właidzę w ręce urjął i z panami się ugodził. kazał zburzyć stairą łaźnię przy moście. . a nową wielką i wspaniaiłą wybudować. A kiedy budYnek był goto w i łaźnie w nim urządzone. wezwaił król Zuzannę. darOWaiłrjej owełaiźnie orazdwadzieścia kop groszy na rok. mówiąc. że to za okazaną wierność i za to. że go z więzienia uwolniła. Nadto dał wszys tkim łaziebnikom pismo wielce miłościwe. kt ore czyniło ich równYmi wszelki.m innym rzemieślnikom. Zezwolił im przy tym używać .jako swego znaku niebieskiej toczenicy i w złotym polu. zawiązanej w węzeł, z zieloną papużką pośrodku. Po dziś dzień łaźnia u Kamiennego Mostu nazywai się Królewską. A dzielną Zuzannę przypomina obraz we wnęce wieży mostowej, wyobrażającY łaziebną w białym fartuchu, trzymarjącą zawieszony na łewej ręce ceber, w prawej zaś ziełony maik. Myśli królai Wacława, kiedyś tak jasne i wesołe. posępniały coraiz bardziej. Przeżył. zbyt wiele rozczarowań i niewdzięczności. Przestał ufać ludziom. szczegółnie od czasu, gdy przeciwnicy chcieli go otruć. Nic nie przeczuwając spożył był truciznę. ale uraitował się zażytą w czas odtrutką. Ocaliła mu ona życie, wszelako trucizna pozostawiła okropne pieczenie w wnętrznościach. żeby się go pozbyć Iub choć trochęrje złaigo dzić, król począł pić. , aile gdy pił więcej. krew rozpalona winem uderzała mu do głowy i ogarniał go niepohamowany, ślepy gniew. w którym dopuszczał się często okrucieństwa. Chmurno mu było na duszy. Posępnie, z lękiem i smutkiem myślał o przyszłos 'ci; bał się . jej coraz bardziej. Obawiał się panów, swego brata. króla węgierskiego, sojuszniko ' w. łękał się zaciętych sporów rełigijnych 2 i tego, coz nich wyniknie. trapił się, jak się to wszystko skończy, co będzie z je go władzą i z nim samym. Pewnego razu nie mogąc usnąć, nękanytroskami, kazał zawołaćswego astrologa. uczonego mistrza. Posępny siedział w swej łożnicy przy oknie, skąd widać było pusty dziedziniec zamkowy. niedokończoną katedrę .liczne rusztowania. sw. Wita i jej Toczenica - skręcony sznur. używany jako znak na prz yłbicach. Rewolucr yjnych wystąpień husyckich. 147 , Nadwo rny astrolog, w cicmną suknię odziany,na skinienie króla przystąpił do okna. - Widzisz-li przyszłość? spytał chmurnie król. - Powiedz co mnie czeka, co się ze mną stanie. Starzec milczał przez . chwilę. po czym wyciągnął prawicę i wskazując nią pOZa okno. tam gdzie nad nie dokończonym kościołem sterczał ku nocnemu niebu czarny kontur wież ' y rzckł - Tej wieży racz unikać. wasza królewska mosc. - Dlaczego? . - zdziwił się król. - Bowiem napisane w gwiazdach i wolą wieczności przeznaczone ci, że zginiesz przed tą wież . ą. Zali runie na mnie czy też może spadnie z niej kam ień - A jak zginę. i zabije mnie? Mów! . , . Tego wszakże astrolog nie wiedział. Tego w gwmazdąch nie wyczytał. Popędliwy król, rozdrażniony tym, wybuchnął gniwem i krzyknął. . - A co będzie, jeżeli każę tę wmeżę zburzyć? . miłościwy panie. - Nic o tynm nie napisane w gwiazdach, - A więc słuchaj, mistrzu uczony - roześmiał się szyderczo król. - Każę zburzyć tę wieżę, zniknie z powierzchni ziemi. ja Ziś przed nią nie Zgi nę. , I .jeszcze tejże nocy polecił zawołać budowniczego i nie zważając n..1 jego zdziwienie. rozpaa i prośby, kazał mu zburzyć wieżę św. Wita, dodając, by zaraz nazajutrz wzięto się do tego. Sam zaś o świcie kazał osiodłać konia i wyjechał z kilku dworzanami z Hradczan do nowego zaimku w Kunraticach, . Muramrze ze smutkiem zabrali się do pracy. Niechętnie burzyli piękną wieżę. Pracowali wolno. wieża malała stopniowo, ale jednak ubywało jej. . . . Król Wacław przeby'wał tymczasem na kunratickim zamku. Dn1 mijały wolno,.już nawet łowy nie sprawiały mu uuciechy Waużne nowiny docierały . nau to pustkowie. o wielkmm poruszeniu w caułym królestwie. o wiecach zwoływaunych w górach. o rozruchach powszechnych w Pradze, wieszczacych groźnaą burzę. Wreszcme burzau wybuuchłau. W niedzielę w godzinie nmeszporów przyje. oznajmił królowi, że przed południem odbyła chał konno poseł z Pragi i I , . . czele ksiądz J..1n Żeliysky się procesja utrakwistów kroczaący n..1 jej niósł Ciało Pańskie. Kiedy proces.ja z kościoła św Szczepana. którym . ,by przemocą zawładnęła, dotaurła pod ratusz nowomiejski, tłumy zaządały . wy puszczono wszystkich więzionych ostatnio z powodu zamieszek religij- I U t r a k w i ś 1: i - umiarkowwane skrzwydło hUSyióWW zwwanych też kalikstYnami, 148 i zamknęli się w ratuszu. nych. Radni wszakże nie spełnili tego żądania . . Wtedy lud napadł na ratusz i zdobywszy go powyrzucał radnych przez okna na ulicę, gdzie chwytano ich na miecze, oszczepy i berdysze i zabijano na miejscu. Król słysząc to pobladł, a z oczu strzeliły mu błyskawice. Gniew zatrząsł całym jego ciałem. Nie mógł słowa przemo wić. głos uwiązł mu w gardle. Nagle z ust jego wyrwał się straszliwy, do rykulwa podobny . król Wacław apopleksją rażony padł na ziemię. W kilka chwil okrzyk m potem skonał. . . Zmarł, jak mu przepowmedział astrolog, przed wieżą św. Wita, to znaczy przed jej zburzeniem. Zginął wcześniej niż ona, zginął przed nią. Śmierć króla uratowała wieżę. Murarze natychmiast przerwali rozbiórkę. . . Ale wieża częsciowo była zniszczona. Dopmero później dobudowano jej wierzchołek, co i dziś jest widoczne. Król Wacław nawet po śmierci nie zaznał spokoju. Minęło kilka Iat. nim spoczął w kos 'ciele św. Wita, w pobliżu swego szczęśliwego ojca. Cicho było w grobowcu królewskim, cicho nad nim w kościele i wokół. Przestały stukać młoty, umilkł łoskot ciesielskich siekier na rusztowaniu. yYw kamieniarskiej pracowni było pusto, nie turkotały wozy z piaskiem i kamieniami, nie słychać było nawoływań robotników ni na dole, ni na górze. Budowa wspanmaułego kościoła, rozpoczęta przez Karola IV i pro wadzona dalej przez jego syna. stanęła na dobre. Sławne dzieło Macieja z Arrasu, Piotra Paurlerza i jego syna Jana. katedra św. Wita, stało nie skończone i pozostało tak przez wiele stuleci. Lud wszakże wierzył, ze powstanie wielkie i ws.paniałe, jak pragnął że budowę tę ukończy potężny' Karol IV, i i sławny władca. A gdy wzniesie . Turków z Europy na wieczne czasy, zdobędzie kościół św. Wita, wypędzm Carogród iwznowi chrześcijańskie służby boże w koścmele św. Zofii. 1. Leopold I 2, cesarz rzymski i król czeski. dowiedział się o tym , było wypędzenie Turków z Europroroctwie, a ponieważ jego marzeniem, py, chciał wykonczyć katedrę sw, Wita, by spełniło się co głosiło proroctwo. Już położono fundamenty pod nieukończone dzieło Karola, juz . czyniono przygotowania do budowy, gdy nagle Turcy wtargnęli ną Węgry i cesarz, chcąc niebezpieczny ów atak odeprzeć, musiał oddać pienmądze, przeznaćzone na budowę kościoła, na potrzebywojenne. I znowu katedry ysw. Wita nie ukończono, a Turcy pozostali w Europie. 1 w Konstantynopolu. zamieniony przez Turków, po zdoby ciu tego miasta, na meczet, 2 1658-1705, Staromiejski zegar Nie był to ani wiec szlachecki w ratuszu staromiejskim, ani walne zebranie gminy, ani ważny sąd jakiś, a mimo to tłumy ludzi napływały pod ratusz, i to nie przez chwilę, ale od samego rana, przez dzień cały. A kto tu przyszedł, nie mlał zamiaru odchodzic ; ludzie stali i czekali godzinami w strasznym, stale rosnącym ścisku. Wszyscy pchali się do wieży ratusza, gdzie widniał diiw nad dziwy, ów nowy zegar, o którym tyle opowiadano. Gadano o nim w całym mie- ście, na dworze królewskim, w domach szlacheckich i mieszczańskich, w karczmach i na ulicach: mówiono, że nowy zegar na staromiejskim ratuszu nie jest jak inne zegary, że jest tak dziwny i wspaniałyjak żaden na świecie. Mieszczanie, rzemieślnicy, stare niewiasty, mło dki i studenci, wszyscy tłoczyli się przed wieżą ratuszową, wspinali na palce, wyciągali szyje i . . wytrzeszczali oczy na w Ielką zegarową tarczę, dwudziestoczterogodzinną, pełną złotych kółek, kresek, cyfr i dziwnych znaków podziwiali okrągłą tablicę pod zegarem i dwanaście wymalowanych na niej znaków niebieskich, figurki z lewej . i prawej strony w ornamencie z liści, a najbardziej wyobrażenie śmierci, dziwacznego Turka i chciwca z mieszkiem pełnym pieniędzy. Wokół ratusza szumiał i huczał gwar głosów nle milknący,nieustanny jak wzburzony nurt rzeki. . Lecz przycichł wnet i u mi Ikł. gdy z góry, z nowe go zegara, zabrzmiał . głos dzwonu. Tu i ówdzie ktos krzyknął; tu i tam wyciągnęły się ręce wskazując, jak smierć podzwonne wydzwania, jak zasznur dzwonka cią gnie. I nagle dziw nad dziwy! dwa okienka nad zegarem, . Otworzyły Się Szło ich dwunastu, jeden a w nich ukazywać się poczęli apostołowie. za drugim, z zachodu na wschód; kaz . dy zwracał się do ludu, a na końcu postępował sam Chrystus błogosławiący tłumy. Wielu pozdejmowało , , czapki, inni z .egnali się, niektórzy zaś wskazywali śmierć rozwierającą 150 szczęki, Judasza i skąpca, mówiąc, że ten starzec wykręca się przed , . śmiercią i głową kręci,że niby umrzec nie ma ochoty, niech mu więc kościotrup jeszcze nie dzwoni. A gdy w górze nad okienkiem rozległo się pianie koguta, przez tłum przebiegła nowa fala wesołego podniecenia. , , Śmiali się, pokrzykiwali. I znowu huczał gwar głosow nle milknący i nieustanny jak szum rzeki. Wszędzie w ciżbie rozprawiano o twórcy owego . zegara o tym,.jakim to on szczególnym darem bożym pomysłowością jest obdarzony, wszędzie wymieniano imię mistrza Hanusza, który to dzieło tak kunsztownie a niezwykle wykonał. Uczeni i doktorzy, w ciemnym płaszczach i togach, stali w pobliżu wieży przy glądając się równiez . zegarowi i nie szczędząc pochwał jego twórcy. śtali poważni, chudzi lub otyli, mówili po łacinie i po czesku, a cały czas jeno o kółkach, i znakach zegara. z koguta, śmierci, starca innych figur śmieli się tylko, a gdy śmierć dzwoniła i kogut piał, jeden i z nich wyraził się pogardliwie wobec bakałarzy i studentów, że to mario- . net k i : podobne u rządzen Ia są tyl ko po to, by zabawiać i rozerwać prosty lud. . I zaraz począł im tłumaczyć, że zegar tenjest dla uczonych,szczególnie dla astronomów, ciekawy i cenny także bez owych figurek: wskazuje bowiem, jak słońce w swe.j drodze z zachodu na wschód po zodiaku się poSUWa i na którym znaku, na którym stopniu dzień po dniu przez cały godzinie wschodzi, na jakiej w południe staje gdzie rok stoi: o której zachodzi, .jak wysoko wschodząc supra orizontem się znajduje, jak wysoko w południe i jak nisko, gdy zachodzi; gdzie po zachodzie sub orizonte 2, czyli w nocy, pod ziemią się kryje, jak oddala się od nas w zimie, gdy dnia ubywai, i ja k w lecie, gdy dnia prybywa, znowu się przybliżał. Uczony mistrz zamilkł nagle. z ratusza bowiem przez ozdobny portal poczęli wychodzić radni, cała rada Śtarego Miasta, w szubach i beretaich. Zmierzali ku 1". garowej wiezy. Tłum rozstapił się. Lud, uczeni, mistrz, bakałairze i żaicy obraicali ku nim OczY, a największą uwagę zwracał starszy już mąż w ciemnej todze. Kroczył onobok prymaitora3, jego bladą, poważną twarz okalały ciemne włosy. Tłum zaiszumiał, wśród. ogólne go poruszenia wszyscy tłoczyli się do Supra orizontem (łac.) - nad widnokręgiem. 2 -Sub orizonte (I..ł(.) - pod widnokręgiem. 3 PrVmator - najstarszy, czyli pierwszy w radzie miejskiej. w późniejszvch czasach prezydent miasta 151 (152 i 153) chcą, ale już dwóch rzuciło się na niego, trzeci zgasił świece i zatkawszy . mu usta pociągnęli go do płonącego kominka. W domu wszyscy spali; nikt nie słyszał spiesznych kroków na górze i w izbie mistrza Hanusza. Nikt również nle wiedział, że trzej zakapturzeni otworzyli wytrychem furtkę na podwórko, przez którą dostali się do domu, i że tą samą drogą po jakims czasie wyszli. Przesunęli się jak cienie i jak cienie znikli w mrokach nocy. Dopiero rano mieszkańcy domu odkryli ich ślady i potworne dzieło. Znaleźli na łożu nieprzytomnego mistrza Hanusza. Gorączka wstrząsała jego ciałem, oczy miał zawiązane. Ze zgrozą wysłuchali sąsiedzi, co mu się w nocy przydarzyło: trzech zakapturzonych zbirów napadło go i oślepiło. Nie wiedział nawet, że przewiązali mu oczodoły, stracił bowiem przytomność. Wieść o okrutnym przestępstwie przeraziła całą Pragę. W rozgoryczeniu wygrażano złoczyńcom; na próżno jednak szukano ich i ścigano. Jak gdyby pod ziemię się zapadli. Zaczęto już szeptać dziwne rzeczy i powtarzać to , co mistrz Hanusz powiedział, gdy tylko odzyskał przytomność, by nie szukano złoczyńców, i tak bowiem ich się nie znajdzie, mimo że są blisko. Nic więcej poza tym nie rzekł, domyślano się wszakże, że wiedział coś jeszcze, tylko nie chciał mówić. W milczeniu, smutny jak ptak oślepły w rogu klatki, siedział w kącie swej izby, w której przez tyle lat pracował. Obok leżały narzędzia, wisiały nie ruszone piłki, pilniczki i inne przyrządy a kurz osiadał na księgach, zwojach papieru i pergaminu, , rysunków i planów. Wszystko pogrążyło się dlań w czarnym mroku. Za gasłe oczy nie już nie widziały, nie docierał do nich najmniejszy blask światła. Mistrz nie mógł już jąć się swej pracy. Dręczył się i smucił, tęsknił usychał. Męezyła go też niewdzięezność, straszna niewdzięczność, którą mu zapłacono za jego trud. Wciąż brzmiały mu w duszy słowa wypowiedziane przez jednegoze zbirów owej strasznej nocy: "Terazjuż nie zrobisz drugie go zegara!" . Taka więc była zapłata, tyle otrzymał za swoje dzieło! . Coraz bardziej dręczył się i na zdrowiu zapadał. Czuł zbliża.jący się koniec. Zebrał resztki sił i poszedł do staromiejskiego ratusza, prowadony przezjednego ze swych b yłych uczniów. Przed wieżą ratuszową stała gromada ludzi czekających, aż zegar bić zacznie. Sławny mistrz przeszedł mimo, lecz nie poznali go, tak się zmienił. Schudł, policzki mu wpadły, pożółkły, a głowa ze zgryzoty eałkiem posiwiała. Przed ratuszem spotkał kilku radnych, lecz oni udali, że go nie 154 widzą. Już go nikt z. rady nie witał; niechętnie przyjęli do wiadomości, że przyszedł popatrzeć na zegar, przyszło mu bowiem na myśl, że można by ulepszyć wahadło, aby lżej . chodziło. Kazał się zaprowadzić do czwartej najbardziej skomplikowanej CZęSCi .. . zegara, Ale wszystko przesłaniała ciemność; mnóstwo kół, kółeczek, sprężyn, dz wigni... słyszał jeno od głos ich sprawnej, dokładnej pracy. I stał ślepy, chory, przedwcześnie osiwiały, znękany mistrz przed swoim dziełem, i wsłuchiwał się w jego dźwięki; myślał o radzie i radnych, że wynagrodzili go ślepotą, by móc chlubić się przed światemjego dziełem, że nie dbalj o jego męczarnie, o jego cierpienia ani o niego samego. Wtem odezwał się dzwonek. Po zewnętrznej stronie zegara kościotrup za sznurek ciągnął wydzwaniając mijającą godzinę. Śmierć wzywała. Maszyna ruszyła, zaczęli się ukazywać apostołowie. Mistrz Hanusz drżał na całym ciele. Wyciągnął rękę, trzymałją chwilę nad skomplikowanym mechanizmem, potem dotknął gojak gdyby widział dobrze, kościste palce coś tam w środku poruszyły. A gdy cofnął rękę, zgrzytnęły kółka i cała maszyneria zawarczała, kółka i koła jęły obracać się jak szalone, wszystko brzęczało, stukało, ryczało, piszczało, a śmierć wciąż dzwoniła. Naraz wszystko umilkło. Dzwonek ucichł, koła, dźwignie i spręż yny stanęły 'apostołowie nie skończywszy swej wędrówki zamarli sztywno w miejscu, kogut piać przestał. Przerażony tłum począł krzyczeć. Z ratusza wybiegli radni i rzucili się do zegara. Stał nieruchomy, a na ziemi leżał jego ojciec i twórca, blady ' zemdlony. Zaledwie dowieziono go do domu. wyzionął ducha. A zegar stał i nie było nikogo, kto potrafiłby naprawić to mistrzowskie dzieło. O Dali borze adow zKozoj Przez wiele lalt cicho i smutno było na zamku świętego Wacława i Otoczenie jego opustoszało w burzy husyckich walk, kościół św Wita zmienił się w ruiny, a komnaty królewskie, przez Karola IV wspaniale urządzone, niszczały coraz bardziej. Niekiedy jeno - i to nie na długo gwarniej tam bywało, gdy król z dołu, ze swego dworca na Starym Mieście do zamku zawitał. Zawitał. zabawił krótko. ale tam nie pozostawał. I młody Władysław Pogrobowiec 2, i sławny jego następca, król Jerzy 3 , przebywali więcej nal dole, w mieście. Również panujący po Jerzym Władysław II Jagiellończyk 4 przez pierwsze la1tal nie mieszkał na zamku. Ale jeszcze za jego czasów nastąpiła wielka zmiana. Po dwunastu latach rządów zmienił on swą siedzibę. Przywidziało mu się nagle, że nie jest dość bezpieczny w swym dworcu staromiejskim, przy którym kazał wznieść wspaniałą, kunsztownie i pięknie zdobioną wieżę. Wrócił tedy do dawnej siedziby królów.czeskich na Hradczanach i rozkazał odbudować, odnowić i naprawić wszystko, co zniszezało. Benesz z Loun zbudował wielką, podziwu godną salę; w tym samym czasie wykonał dla króla w kOśCi .ele św. Wita, po prawej stronie głównego ołtarza, piękny, artystycznie w kamieniu wykuty klęcznik. Król kazał równi eż ozdobić cennymi tka1ninami nagie ściany świątyni, szczególnie kaplicę św. Wacława, a dziękijego trosce i staraniom komnaty w zamku królewskim pokryto znowu wspaniałymi gobelinami i Tak nazywano królewski zamekna Hradczanach - od zna.jdującej się tam kaplicy pod wezwaniem tego święte go. 2 1453-1457 3 J e r z y z Podiebrad ( I 458- 147 I ). 4 Właódysław 11 Jagiellończyk (1471-1516) - syn króla polskiego, Kazimierza Jagiellończyka. władca chwie.jny i slaby: otrzymał przydomek "Dobrze". bo tak podobno najczęście.j odpowiadał na wszelkie zapytania. 156 i obrazami. W jednej z nich wisiały wyłącznie portrety książąt i królów czeskich. Ale król dbał nie tylko o przyozdobienie wnętrza, kazał także zamek lepiej obwarować. Na jego rozkaz umocniono mury, pogłębiono fosy, podwyższ . ono wały, gdzie było to konieczne, a na wieży Mihulka położono nowy spadzisty dach, pokryty gładką dachówką; na głowicy biela1ł i lśnił w słońcu posrebrzany lew. Wkrótce potem król Władysław kazał wybudować za domem najwyższego burgrabiego, w pobliżu bramy, nową okrągłą wieżę. Wzniesionoją . . nad Jelenią Fosą dla obrony murów. Miała też być mieszkaniem, smutnym mieszkaniem. Urządzono w niej bowiem trzy lochy więzienne,jeden nad drugim. Najniższy znajdował się w podziemiach; był bez okien, bez światła , i bez drzwi. Więzień miał być tam spuszczony na linie przez otwÓr w podłodze środkowej celi. Wieżę wybudowano, lecz więźniów ani do najwyższej celi, ani do niższych nie było. Tak więc stała ona na razie bez nazwy, bowiem otrzymać ją miała dopiero od nazwiska więźnia, który pierwszy prógjej przekroczy. Niedługo wszakże pozostała bezimienna. W owych czasach wyrządzono wiele krzywd i oczywistego bezprawia prostemu ludowi. Panowie i władycy uciskali go coraz to nowymi ciężkimi robotami. Niejedni nie mogli już znieść ucisku. Porzucali przeto wszystko, uciekali ze swej ziemi do lasÓw w obce strony i tam zajmowali się rozbojem, kradzieżą lub inne złe czyny popełniali. Inni znowu burzyli się przeciwko swym panom. Tak powstali chłopi przeciwko Adamowi Ploskoyskiemu z Drahonic w ziemi litomierzyckiej, był bowiem dla niektórych okrutny i gnębił ich niesprawiedliwymi daninami. Napadli na jego zamek obronny, zdobyli wały, wyłamali bramę, a gdy okrutny władyka i tu jeszcze uparcie się bronił, zranili go i wzięli do niewoli. By zachować głowę poddał się; poprzysiągł na honor i wiarę i na piśmie potwierdził, że zwalnia ich spod swej władzy. Obiecał także nie składać na nich żadnych doniesień. W sąsiedztwie władyki Ploskovskiego żył wówczas w swym zamku młody szlachcic Dalibor z KozojadÓw, mąż starego rodu, którego przodek z królem Janem i pod Kreszczakiem wojował i Z nim razem tam zginął. Do owego Dalibora przybiegli oswobodzeni chłopi Adama Ploskovskiego, radośnie mu oznajmiając że mają jego gród w swej mocy, i prosząc pana z KozojadÓw, by zajął go oni zaś chętnie oddadzą mu się w pod- Luksemburskim. 157 daństwo i uznają jego zwierzchność; czynią zaś tak z własnej i nieprzymuszonej woli, wiedzą bowiem, że będzie dla nich miłosiernym panem. Przekonali się przecież, że Dalibor z Kozojadów był zawsze dla swych poddanych dobry i litościwy, a niejednokrotnie zajmował się nieborakiem z innego majątku, świadcząc mu pomoc i wstawiając się za nim ujego pana. Władyka Dalibor nie odmówił usłyszawszy, że mają pisemną zgodę swego byłego pana; przyjął, co mu ofiarowali. Lecz pan Ploskovsky, gdy tylko znalazł się na wolności i do zdrowia wrócił, zaczął się upominać o swoje dobra. Usilnie domagał się pomocy władz, a starostowie okoliczni, uważając postępowanie Dalibora za napaść, zas poczynania chłopów Ploskoyskiego za bunt oczywisty , zebrali siłę zbrojną z całej ziemi litomierzyckiej: wszystką szlachtę i mieszczan. Wielki ten hufiec uderzył na chłopstwo; wielu ubito, wielu wzięto do niewoli i okrutnie ukarano, a samego Dalibora, sprzymierzeńca zbuntowanych, ujęto w Pęta. Tak młody obrońca uciskanego ludu znalazł się w niewoli. Spętanego zawieziono do Pragi i wrzucono do środkowego więzienia w nowej, krągłej wieży za domem burgrabiego nad Jelenią Fosą. Dalibor pierwszy jako więzień przekroczył próg wieży. , nazwano.ją więc Daliborką. Na zamku i w całej Pradze mówiono wiele o młodym szlachcicu i dlatego, że był pierwszym więźniem w nowej wieży, i dla przyczyny, która sprawiła, że nim został. Butni panowie byli radzi, ale prost y lud go żałował. Smutek i tęsknota opadły Dalibora w więzieniu. Sklepiona cela o grubych murach i małych okienkach była teraz całym jego dworem. W domu ze swego warownego gródka spoglądał nal rozległą, piękną okolicę; tu widział zaledwie skrawek nieba, a u stóp wieży kawałek głębokiej, zarośniętej fosy. Liście mieniły się wszystkimi kolorami od złota do czerwieni, nadchodziła smutna jesień . Cisza panowała we wieży, cisza wokoło. Ptaki umilkły, tylko wiatr gwizdał szarpiąc gałęziami drzew i krzewów. Liście opadały, mgła co rano i o wczesnym wieczornym zmierzchu kładła się na głęboką fosę. Często deszcz szumiąc smagał nagie konary. Krótkie dni dłużyły się w celi więziennej, a długie noce wydawały się bez końca. Tęsknota i nuda dręczyły młodego szlachcica. któZe skromnych zasobów pieniężnych, które mu pozostawiono i z rych płacił za swoją strawę, kupił skrzypce. Gdy mu je dozorca więzienny . przy niosł, zaczął na nich ćwiczyć. Nigdy dotąd nie miał smyczka w ręku, teraz go z niej nie wypuszczał. Uczył się sam. grał i grał skracając w ten sposób długie godziny Czas płynął szybciej, gra jego była coraz lepsza, . coraz bie glejsza. coraz piękniejsza. 158 Już dozorca i pachołkowie więzienni zatrzymywali Się pod drzwiami celi Dalibora. Już i niejeden z panów zamkowych i urzędników przychodził posłuchać, jak się kozojadzki pan grać w więzieniu nauczył. Już i na mieście o tym mówiono, i ludzie przychodzili na górę przekonać się osobiście: najpierw ciekawi, potem niedowiarki. Co dzień przychodziło ich więcej, aż wreszcie zbierały się tłumyi wystawały przed bramą na tyłach . zamku i na drogach, między którymi rozciągała się po zboczach w dół winnica św. Wacława. Nadeszła wiosna, wiał łagodny południowy wietrzyk, gałęzie drzew i krzewów pokryły się kwieciem, Petrzi .n i inne wzgórza wokoło zazieleni- ły się, a Jelenia Fosa rozbrzmiewała słodkim świergotem ptaków. Ale nad śpiew ptasząt piękniejszy był miękki głos skrzypiec, płynący z krągłej wieży. Gdy tylko rozległy się z ponurego więzienia te słodkie i smutne dźwięki, wszystkich ogarniał podziw i wzruszenie. . Tęskne, rzewne tony przechodziły w znane nuty pobożnych pieśni, z których biła pokora, wiara i błaganie smutnego serca. Kiedy indziej znów rozdzwaniały się melodią świecką, echem miłosnych i bojowych pieśn i. Nieraz gralł Dalibor pieśni o królu Janie. o młodym Klimberku i Plichcie z Żerotina, o BaYorze Strakonickim i o innych czeskich panach i szlachcicach, co zginęli ze swym królem pod Kreszczakiem jak pradziad uwięzionego grajka. Przejęci wzruszeniem, słuchali prażanie pod wieżą. A gdy razu pewnego ujrzeli, że z więziennego okna spuszcza się na lince w dół worek z grubego płótna, ochoczo wło żyli doń, co kto przy sobie mlał z drobnych monet. Każdy myślał, że szlachcic ma dość pieniędzy, teraz przekonali się, że zawitała do niego nędza. Urodzony pan po mieście żebrać nie chciał 1, a do więzienia nikt mu nic nie przynosił. Miał już tylko swoje skrzypce. Od tej pory ilekroć zagrał, a potem płócienny worek z okna spuścił, ci, co na dole słuchali , napełniali go pieniędzmi i darami, by głodu i nędzy nie cierpiał. Miłosierne mieszczki oraz sąsiedzi również starali się ulżyć jego niedoli: posłali mu poduszkę, pościel, a także jadło i niejeden dzban wina. Za to grywał całym tłumom, które zbierały się pod wieżą w popołudniowej i wieczornej porze. Słuchali z zaparty m tchem, a rozchodząc się do domów zgadzali się wszyscy ' że tak jak szlachcic w wieży w owych czasach więźniowie chodzili z dozorcą po mieście żebrać, gdyż musieli sami płacić za swe utrzymanie. 159 nikt w całej Pradze grać nie umie. Niewola i bieda nauczyły go tej sztuki. Za dnia grywał ludziom, w nocy sobie. Gdy na k rólewsk im zam k u zapadła cisza, a świat ła w ok nach po gasły gdy mury niby bajkowy szaroniebieski cień wznosiły się na tle gwieździste- go nieba, zaś w białej poświacie księżyca nieruchome stały drzewa i krzewy Jeleniej Fosy - z ciemnej wieży spływały słodkie dźwięki skrzypiec Dalibora. Łzy były w tych dźwiękach, tęsknota za wolnością i okrzyki gniewu. Sprawiało to ul gę. ale wolności dać nie mogło. Pan Bóg był wysoko. król daleko, a panowie litości nie znali. Przez dlugi czas trzymano szlachcica z Kozojadów w więzieniu. aż wreszcie zebrał się sąd i-talki wyrok wydał. ponieważ Dalibor dobra bezprawnie zagarnięte przyjał i zamieszkał w nich, postąpił źle i wbrew . prawu i L(I ten sWój uczYnek na gardle ukarany być musi. To mu oznajmili i nie słuchali. gdy bronił się mówiąc. by rozważyli. kto pierwszy zaezał. kto bezprawnie czynił i chłopów przeciwko sobie wzburzył. i gdy tlumaczył. że ón. Dalibor, jeno za ludem Się ujał. Ale to właśnie byłó dla sędziów na.jwiększym przestępstwem. Tóteż przy wyroku swoim obstawali. Tylko dzień i godzinę stracenia I(Itaili. w noc przed egzekucja Iabr/mialł po ral óstatni głos skrzypiec Dalibora. z glębi po- nurego więzienia rozbrzmiewał śróód ciche.j nocy jak ostatnia pocieeha, ostatnie światło w mrokach udręki i zamierał nad Jelenia Fosa w księżycowwym blasku, Gdy następnne gO dnial praŻanie' przyszli pod wieżę, nie u.jrzeli płóeie'nnnegó wórka nal kratach ókna Dallib()ra. Wieża stała cieha i milczaca. A gdy spytali. có się z więźnniem dzie'je, czy przypadkienn nie . . chóry. óznajmiono Im. że .już mu .jest dobrze. bownem ranó został na pód gródziu stracony, . - Ale ninl z wnęzienia wyszedł - dodał strażnik - zdjąl ze ściany skrzypce. patrzył na nnie' długo i żegnał się z nimi. Potem mężnie udał się na mie'jsee straee'nia: llkląkł i kędzierzawą g głowę na pn iu złożył. Skoinał po męsku. wierzcie mi. .jalk praw'ddziwy chrześcijanin, W nie.jednym oku ł/al na te słowa zabłysla, Smutni wraucali prażanie do miasta ó gląda.jąc się nal cichą Daliborkę. Wieża za domem burgrabiego przy bramie zamkowej po dziś dzień nosi tę nazwę na pamiatkę nieszczęśliwego szlauehcica i slawnego graI.ikal. Z żydowskiego miasta I Żydowskie Miasto było częścią Starego Miasta. Przylegało do niego, łączyło się z nim w jedną całość, a jednak było odeń oddzielone. Sześć bram zamykało prze.jście do żydowskie.j dzielnicy, sześć bram, które w tygodniu pasyjnym musiały być dzień i noc zamknięte. Za tymi bramami wszystko wy gladało inaczej: budynki były biedniejsze, niepokaźne, za dawnych czasdów częście.j z drzewa niż z kamienia stawiane. z dziwnymi galery.jkami, ganeczkami. z ciemnymi, zapuszczonymi prz ybuddówkami. podwÓrkami: uliczki inne, wąskie i krótkie, kręte, brudne i niebrukowane; i wszędzie sami żydzi, ludzie o innych obyczajach i nawykach. o innych zwyczajach rodzińnnych. Strojem się nawet różnili. Na.jdziwniejsze były ich kapelusze. zakoińezone żółtym rogiem, oraz żółte lub czerwone kołau z sukna, które mieli naszyte na chałatach. żyli w poniżeniu. zamknięci w swym żydowskim Mieście. Ale wierzyli w jedno, a wiara tal przechodziła z pokolenia nal pokolenie: że ich Stare Miasto jest starsze niż sama Praga, że ich praojcowie mieli tu swoją osadę, zanim jeszcze ILibusza założyła praski gród. Opowiadauli także z dumą, iż odnowiona synagoga, przy której drzwiaeh przysięgali nau stopniach w sporach z chrześcijanami na święty Rodał i , jest starsza niż kościół św. Wita i inne praskie kościoły. Wsz YScy z szacunkiem spoglądali na wiekowy. ponury budynek o wąskich oknach, wysokich szczytach i czerwonym dachu, którego dachówki poczerniały ze starości; stał on jak samotny olbrzym nadd labiryntem wąskich uliczek. PosępnY świadek dawnych wieków i burz. 1 Stary Zakon. 161 Żydzi wierzyli, że poza domem modlitwy w WOrmacji jest to na jstarsza wbudowane są kamienie ze zburzonej świą synagoga, że w fundamenty jej tyni jerozolimskiej, że aniołowie przed wiekami przenieśli ją na to miejsce z Ziemi Obiecanej. Ponoć wówczas aniołowie ci objawili się starszyźnie żydowskiej w Pradze i przykazali, by synagoga po wsze czasy pozostała niezmieniona, by nic w niej nigdy nie ruszano. Gdy potem żydzi próbowali coś czasem przestawić czy przebudować, nigdy pracy nie skończyli i nigdy nie uniknęli kary. Bądź kalectwa się nabawiali, bądź nagłą śmiercią umierali. Istnieje jeszcze inne podanie o pochodzeni u i założeniu tej synagogi. Pierwotnie mieli ponoć żydzi prascy synagogę drewnianą. Gdy z czasem . okazała Się ona za małą. starsi gminy postanowili wybudować nowy dom . modlitwy. większy, z kamienia, i to na miejscu, gdzie wówczas wznosił się niewielki pagórek. Gdy zaczęli go rozkopywać i ziemię wywozić, natrafili na mury i ściany z potężnych płyt kamiennych. Im dalej kopali. tym głębszego nabierali przekonania, że mury te są szczątkami prastarej synagogi. A gdy jeszcze znaleźli zwitek pergaminu zapisanego pismem hebrajskim, wątpliwośCi ich rozwiały się zupełnie. W owym czasie przebywali w Pradze dwaj żydzi z Jerozolimy i oni to doradzili swym praskim współwyznawcom, by zbudowali synagogę na wzór świątyni jerozolimskiej. to znaczy z oknami szerszymi na zewnątrz, ziemi, by trzeba było do niej schodzić po schodach. Napisane .,Z głębokości wołam do Ciebie. Panie! ." Tak się też stało. zbudowano w ten sposób. pOnoć pod kierownictwem budowni i stoi ona niezmieniona po dziś dzień. Pokolenia za po modliły się tu i psalmy śpiewały. korcinmi Także Także i niewierzący do niej przychodzili, ale po to jeno, by gwałty czynić i święte miejsce bezcześcić. Dwukrotnie zgasło ner tamid i i przy bytek boży, aron hakodesz, przesłonięty drogocenną przetykaną złotem tkaniną, poroches, zburzony został przez rozjuszonych chrześcijan. Stało się to po raz pierwszy za króla Jana Luksemburskiego, który kazał kopać w synagodze i szukać w niej ukrytych skarbo w żydowskich. Znaleziono wtedy dwa tysiące grzywien złota i srebra. Za tegoż króla krew się tam polała, a po razdrugi za wnuka jego Wacława IV 2. Wonczas, a było to na Wielkanoc, drżało sklepienie świątyni. wspierające się na ośmiobocznych słupach, od żałosnego i rozpaczliwego krzyku i jęku mordowanych 1 Neriamid (hebr.) - wieczne światło. 2 Pogrom Żydów, o którym mowa. nastąpił w r. 1389. 162 Żydów. Krew ich zbryzgała wysoko ściany synagogi i splamiła święte hebra jskie proroctwa. . Długo i ze zgroząwspominali mieszkańcy Żydowskiego Miasta ow.ą . . stale odmawiali straszną Wielkanoc i od tej pory w dzien pojednania w synagodze selicha, z .ałobne pienia opiewające grozę tamtych dni. Ułożył je rabbiAbigdor Karo, naoczny świadek tych prześladowań. I w starej świątyni zachowała się po nich pamiątka. Od tej pory ściany jej pozo stały ciemne. Nikt ich nie czyścił; nikt nie malował i ciemniały coraz bardziej, aż sczerniały zupełnie. Rabbi nie pozwolił ich tknąc , bowiem przyschła na nich krew. wierzących ; współcze sni i potomkowie czcili ją jako krew męczenniko w. Stara synagoga przetrwała i późniejsze burze i niebezpieczenstwa. Gdy przed czterystu laty ogromny pożar ogarnął żydowskie Miasto, gdy wszystko wokoło płonęło, synagoga stała nietknięta nad żywym morzem ognia. Płomienie niszczyły wszystko wokoło. zewsząd buchały kłęby czarnego, gryzącego dymu. Tylko na dom modlitwy nie padła ani jedna iskra. Ani jedna dachówka z dachu nie spadła. Na ciemnym jego szczycie usiadły dwie białe gołębice i pozostały tam, mimo żaru i dymu, tak długo, póki niebezpieczeństwo nie minęło. Dopiero gdy pożar ugaszono, uniosły się na śnieżnobiałych skrzydłach w górę i zniknęły w obłokach. II Przed więcej niż trzystu laty wracał pewnej jesieni do Pragi prymas i Żydowskiego Miasta. rabbl Jizchak. Jechał z miasteczka, w którym załatwiał swoje sprawy. Droga wiodła przez las. Ponieważ ani on, ani woznica nie znali okolicy, na skrzyżowaniu skręcili w złą stronę i zabłądzili. Spostrzegli się dosc szybko, a1e już trafić z powrotem nie umieli. Zbliżał się wieczór. , w gęstym lesie zapadał szybko mrok; znikły wszystkie drogi i ścieżki. Nagle wśród drzew, nieco przed hlml mignęło niebieskawe światło. Ledwie je spostrzegli, powóz zatrzymał się gwałtownie. Konie stanęły jak wryte Były niespokojne, strzygły uszami, prychały i wreszcie zaczęły stawac dęba. bowiem s wiatło przed riiml rozrastało się w czerwoną łunę, rozlewającą się po całym lesie. I woznicę ogarnął strach. Jeno prymas nie stracił odwagi. Rozkazał zawiązać koniom oczy i czekać, a sam poszedł sprawdzić. co to być może. Prymas - tu: burmistrz. 163 Zagłębił się w las kierując się wprost na ową łunę, aż dotarł do niewielkiej polany i tu ujrzał dziw nad dziwy: wielki, ogromny stos złotych i srebrnych monet. Dwa karzełki o siwych brodach czerpały złoto i srebro z tego wysokiego stosu i napełniały nim worki. . Tak były zajęte swą pracą, że nawet nie zauważyły prymasa. On przyglądał im się przez chwilę. po czym zapytał, dla kogo napychają owe worki. Ledwie to wyrzekł. jeden z karzełków odwrócił się i krzywiąc się straszliwie, odparł gniewnie: - Nie dlai ciebie! I zniknął. Wraz z nim zniknęło złoto i srebro, i wszystkie napełnione już worki. Tylko kilk,l porzuconych złotych monet błyszczało na ziemi. Drugi karzełek wszakże pozostał i jego to zapytał ciekawy żyd po raz drugi, dI.\ kogo tyle złota. - Nie dla ciebie! - A więc dla kogo? - Dla jednego z twego ludu - odparł karzeł i dodał: - Nie powinie neś był pytać. Przerwałeś nam pracę i tym go skrzywdziłeś. - A kto jest owymczłowiekiem? Czy nie mógłbyś mi powiedzieć? - Nie wolno mi. - Jeśli nie imię. to przynajmniej, jak wygląda, może ma jakiś znak szczególny?? . . - Nie mi nie wolno powiedzieć! A więc, proszę cię, powiedz mi tylko jedno: kiedy on ten skarb otrzyma? - Gdy tWOja córka wyjdzie za mąż. Prymas osłupiał, ale po chwili pytał znowu: - Mo.ja eórka?? A co ma do tego moja córka?? - Nawet się nie spodziewasz, jak wiele! - Ten skarb! Szadaj! i A dla mnie nic! . Pozwól mi przynajmniej zebrać z ziemi te złote monety! - Nie mogę ci ich dać - odparł srogo karzeł - ale jak chcesz. to za mień je na twoje pieniądze. Prymas położył trzy dukaty i uklęknąwszy zebrał trzy złote monety porzucone na ziemi. Gdy po chwili wstał. nie zobaczył już nic Światłość zgasła, karzełek znikł, wokoło był tylko pusty. czarny las, po którym huczał zimny nocny wiatr. Rabbi Jizchak zawrócił szybko i pobiegł do koni. Woźnicy nie powiedział. co widział. nałgał mu coś i popędzał, by szybciej stąd odjeżdżał. Konie przestały się płoszyć i - dziw nad dziwy! .- s 2 ,1 tl a j ( hl:br.) - Bożl: ws2echmo gąey ! . 164 . szły zupełnie pewnie; po chwili zaiczęło się przejasniać. Potem jechali już do końca nocy polami, a o świcie dotarli do bramy Żydowskiego Miasta. Rabbi Jizchak był w poważnym kłopocie. Kto może być tym szczęśliwym człowieki .em, który otrzyma skarb przeogromny?? I co miały znaezyć słowa karzełka o jego córce?? Myślał, myślał, ogladał ze wszystkich stron le na próżno. Paląca cieawość trzy złote monety przywiezione z lasu, a nie przestawała go dręczyć. Wreszcie wpadł na koncept , że może przez jakieś objawienie lub znak mógłby zgłębić tajemnicę. Zawinął pieniądze w papier, każdą monetę odzielnie, i jedną z nich wyrzucił przez okno na ulicę. Sam zaczaił się pod oknem, by zObaiCZYć, kto ją podniesie Wielu ludzi przechodziło koło domu prymasa, SZli w gór i w dół, ale każdy obojętnie mij.\ł paipierek. Dzień chylił się już ku końcowi. prymas chciał właśnie posłać sługę po pieniądz, gdy ukazaił się jakiś obdarty, usmolony chłopczyk. obejrzał się niespokojnie. potem podbiegł na mie.jsce, gdzie leżała moneta, schwycił ją i szybko uciekł. Prymasowi przykro się zrobiło, że taki skarb mógłby należeć do brudnego obdartusa. Poeieszał się jednak, iż to przecież.jeszcze nic pewnego. Nazajutrz znowu wyrzueił przez okno.jedną zawiniętą w papierek monetę. I znowu przez cały dzień ludzie chodzili tam i z powrotem. a nikt nawet uwagi na papierek nie zwrócił. Dopiero wieczorem przybie gł ten sam .chłopczyk, podniósł pieniadz i uciekł. To samo powtórzyło się trzeciego dnia z ostatnią monetą. Wtedy prymas zrozumiał. że to nie mógł być przypadek. To był wyraźny znak. Nie bardzo był kontent, ale cóż - widział w tym wyższe zrządzenie. Chciał się jeszcze tylko dowiedzieć, kim jest ów chłopice Kazał więc ogłosić w Mieśeie żydowskim. że on, pr.ymas, zgubił trzy złote dukaity . I i prosi znalazcę, by mu je uczciwie zwróeił. Zaledwie meszores zdążył . , zjawił się w domu rabinaów biedny chłopiec, trzYmaijąc w ręku to OgłosiC, dwa dukaty. . przepraszał, że jeden oddał maitce, która handluje, .ale za pewniał, że zwróci go, gdy tylko trochę zarobi; byłby odniósł od razu wszystkie trzy monety, tylko nie wiedział komu A poza tym zdobył je w bardzo dziwny sposób. Miałmianowicie przez trzy noce z rzędu sen proroczy, by pójść pod dom prymasa, bo tam zna.jdzie w papierku złoty pieniądz. Rabbi Jizchak był zdumiony i już nie miał wątpliwości: ten biedny chłopiec, imieniem Mordechaj, syn biednego Żyda Szaluma Majzla, jest owym wybrańcem. Pochwalił go za uczciwość; oddał mu dwa pozosta- 1 Miszores - sługa gminny. 165 łe dukaty i zaproponował, by u niego został; on go będzie odziewał i kształcił jak rodzonego syna. Młody Mordechaj ucieszył się w pierwszej chwili, lecz zaraz podziękował mówiąc, że nie może się na to zgodzić, bowiem matka jego siedzi cały dzień w sklepie, a ojciec jest ślepy. - Jest sam i nie ma nikogo, kto by go prowadził do synagogi. A chodzi tam. trzy razy dziennie - dodał. - Wynajmę mu przewo dnika - rzekł burmistrz. - Obcy nie potrafi mu służyć jak syn rodzony. I młody Mordechaj nie pozostał u prymasa. Ten po jakimś czasie poszedł do jego rodziców i zaproponował, by syna swego przysyłali do niego , nauczy się handlu i będzie miał przynajmniej na kilka godzin dziennie. łatwiejsze życie niż oni. - Wasz chłopiec podoba mi się - rzekł - Jest dobry i jeżeli takim pozostanie, oddałbym mu nawet córkę za żonę. Szalum i jego żona, uradowani odwiedzinami samego prymasa, osłupieli i własnym uszom nie chcieli wierzyć. Z wdzięcznością przyjęli propozycję i obiecali święcie, że na razie nikomu o tym nie powiedzą, tak jak sobie Jizchak życzył. I tak piętnastoletni Mordechaj Majzl dostał się do domu prymasa. Co dzień jednak prowadził ojca swego do synagogi i matce pomagał,ile tylko mógł. w nauce i handlu robił duże postęPy y, a kiedy skończył Iat y dwadzieścia, ożenił go rabbi Jizchak ze swoją córką, która młodego Majzla serdecznie pokochała. Ledwie minęło siedem dni od ślubu, kazał prymas zaprzęgać konie. Wziął młodego zięcia ze sobą i zawiózł go do owego lasu, w którym przed sześciu laty miał dziwną przygodę. Majzlowi jednak nie powiedział, że celem podróży są worki ze złotem i srebrem. Przesiedzieli w lesie całą noc aż do świtu. Nic jednak nie zobaczyli, ani blasku światła, ani karzełków. Rabbi Jizchak wracał do Pragi markotny. Nie wyzbył się wszakże nadziei, że za drugim razem lepiej im się powiedzie. Lecz nie powiodło się i za drugim razem. Nawet za trzecim nic w lesie nie ujrzeli. Po jakimś czasie prymas spróbował raz jeszcze. Pojechał z zięciem, któremu dotąd nic nie wyjawił, do lasu i znowu całą noc czekali. Ale i tym razem na próżno. Wówczas prymas nabrał przekonania, że wszystko, co wtedy widział, było mamidłem piekieł, że diabeł umyślnie go osżukał, by wydał córkę ża nędzarza. Myśl ta dręczyła go wielce. W końcu nie potrafił.już utaić swej niechęci. Zięć, którym się początkowo chlubił, obrzydł mu zupełnie. , nie starał się nawet tego ukryć. Trakto- wał go coraz chłodniej, w końcu nawet szorstko. Młody Majzl znosił to wszystko z przykrością; wreszcie postanowił wyprowadzić się z domu teścia, gdzie czuł się t;Ik niepożądany. Żona jego zgodziła się na to; razem opuścili dom prymasa Jizchaka. Mordechaj przejął po matce sklep z żelastwem i tak nim pokierował, że w krótkim czasie stał się on najprzedniejszym sklepem w żydowskim Mieście, a nawet w całej Pradze. Młody kupiec starał się, jak mógł, a Pan Bóg mu pobłogosławił. Mordechaj Majzl zasłynął w niedługim czasiejako zamożny kupiec nie zhardział jednak i serce jego pozostało czułe na , cierpienia. Pamiętał o biednych, rozdawał hojne jałmużny i dary, wstawiał się za niewinnie pokrzywdzonymi i zadłużonymi, wykup ywał ich z Więzienia. Pewnego razu w lecie przed żniwami przyszedł do jego sklepu jakiś nieznany chłop. Wybrał sobie nowiutkie narzędzia, kosy i sierpy, ale uprzedził od razu, że przed żniwami nie ma pieniędzy, prosi więc, by Majzl był tak dobry i dał mu towar na kredyt. Majzl, któremu wieśniak wydał się uczciwym człowiekiem, zgodził się poczekać na zapłatę za wybrane narzędzia. Chłop uradowany rzekł: - Zaprawdę, jesteś dobrym człowiekiem, skoro mnie, nieznajomemu, zaufałeś. Ale posłuchaj: mam w domu starą żelazną skrzynię ciężką bardzo, sam nie mo gę .jej otworzyć, choć namęczyłem się niemało. Nie jest mi potrzebna. Przywiozę ją i oddam ci zamiast długu. Na trzeci dzień przyjechał ze skrzynią. Była rzeczywiście bardzo ciężka i ważyla tyle, że wieśniak tym żelazem nietylko dług spłacił, ale y jeszcze trochę pieniędzy za nią dostał. Późnym wieczorem spróbował Mordechaj skrzynię otworzyć. Lecz zaledwie oparł o nią dłuto i młotkiem uderzył, wieko odskoczyło samo. A w środku... Majzl osłupiał ze zdumienia. Skrzynka była pełna złotych i srebrnych dukatów. Radość ogarnęła kupca, ale natychmiast się opamiętał, zamknął skrzynię i nic nikomu nie powiedział, nawet żonie. Czekał y dzień, tydzień, miesiąc, licząc, że chłop wróci po swój skarb. Mijałyjednak miesiące, a nikt się nie zgłaszał. Majzl nie znał owego chłopa ani nie wiedział, skąd pochodził. Gdy mlnął rok, Majzl zaczął korzystać ze skarbu uważając go już za swój . Najpierw poSZedł do najwyższego rabina i oddał .mll większą część pieniędzy na wybudowanie nowej synagogi. Zastrzegł się'tylko, by nikomu nie mówił, iż pieniądze od niego pochodzą. Ale gdy bUdowę ukończono i nowa świątynia została poświęcona, rabin ogłosił publicznie wobec 167 zebranych w synagodze, kto ją zbudował, i wskazał Mordechaja Majzla stojącego skromnie w kąciku. Wszyscy rzucili się ku niemu wysławiając go i błogosławiąc. A pierwszy rabbi Jizchak, jego teść. Od tej pory znów się z nim pogodził, a gdy zięć opowiediiał, co mu się przytrafiło, prymas rzekł z przekonaniem: - Chłopa możesz nie oczekiwać. To był na pewno jeden z karzełków. I dopiero teraż zwierzył się zięciowi ż tego, co przeżył przed laty w owym lesie i dlaczego tam po ślubie i później go woził. I kto by się spodżiewał, że to się tak spełni! Dziw nad dżiwy! . zawołał rabbi Jizchak. - Ale niechaj Szadaj będzie uwielbiony na wieki wieków! Mordechaj Ma.jzl pozostał bogaczem do śmierci. Nie był jednak chciwy; jak mógł, tak pomagał swym współwyznawcom i wiele dobrego im czynił. Synagoga, którą wzniósł wówczas, po dziś dzień nosi jego imię. Oprócz niej zbudował w Żydowskim Mieście ratusz, mykwę i dla Y kobiet, przytułek dla biednych oraz sierociniec. On również przyczynił s ię do tego, że wybrukowano kręte, błotniste i brudne uliczki. Poszerzył także cmentarz i zawsze i wszędzie pamiętał o biednych. Tak czynił aż do śmierci, która zabrała go w roku l60 1. III Za . panowania Rudolfa I I żył w Żydowskim Mieście rabbi ,Jehuda Y LdoW ben Bezalel, mąż wielce mądry i doświadczony. Był wysokiej postaci, Y więc mówiono o nim "wielki rabbi". Znał się dobrze nie tylko na talmudzie i kabale, ale również na matematyce i astronomii. Niejedna tajemnica Y natury ukryta przed innymi, jemu była znana, a ponadto umiał wiele , dziwnych rzeczy, tak że zdumiewał ludzi swą czarodziejską mocą. Sława jego rozeszła się daleko i przeniknęła nawet na zamek św. Wacława, na dwór króla Rudolfa. Astronom dworski Tycho de Brahe 2 szanował uczonego Jehudę Low a; sam król poznał go w bardzo dziwny sposób. Jechał razu pewnego z Hradczan na Stare Miasto w karocy dworskiej, w orszaku konnych dworzan. Było to właśnie w czasie, gdy wydał rozkaz, Y by wszyscy Y żydzi wynieśli się z Pragi. Rabbi Low udał się wówczas na 1 Mykwa - rytualna łaźnia żydowska. 2 Tycho de Brahe (1546-1601) - słynny astronom duński. w roku 1599 Rudolf 11 powołał go do Pragi. 168 . dwo r królewski prosić o łaskę dla swych współwyznawców, ale nic nie wskórał, nawet go do króla nie dopuszczono. Teraz czekał na niego na Kamiennym Moście, powiadomiono go bowiem, że będzie tędy przejeżdżał. Gdy ludzie ujrzeli królewską wspaniałą karocę, zaprzęgniętą w czwórkę koni w pięknej błyszczącej uprzęży, a za nią orszak konny, krzyknęli na rabina, by ustąpił z drogi. A]e Low stał, jak gdyby nie słyszał, akurat na drodze królewskiego powozu. Wówczas ludzie oburzyli się na uczonego męża i zaczęli obrzucać go kamieniami i błotem, ale na jego głowę i płaszcz oraz do jego stóp padały kwiaty. Gdy orszak króla się zbliżył, rabin nadal nie ruszał się z miejsca. Konie, których woźnica nie wstrzymywał, stanęły jak wryte. Dopiero wtedy ruszył się rabin i drogą usłaną różami i innymi kwiatami począł iść ku karocy. , tam przyklęknął przed królem i prosił o łaskę dla swych współwyznawców. Król zaskoczony jego widokiem i tym, co się Y stało, kazał mu przyjść na zamek. Była to wielka łaska. Drugiej łaski dostąpił w siedzibie królewskiej, gdzie próśb jego wysłuchano. żydom pozwolno zostać w mieście, a rabbi Low od tej pory często bywał zapraszany na zamek do króla, któremu skracał długie godziny swymi czarodziejskimi sztukami. Pewnego razu król Rudolfwyraził życzenie, by rabbi Bezalel pokazał mu praojca Abrahama, a także Izaaka, Jakuba ijego synów. Rabbi zawahał się chwilę, ale w końcu obiecał spełnić żądanie władcy. Prosił tylko, by nikt się nie śmiał , gdy ukażą się świątobliwe postacie Ypatriarchów. Król i dworzanie, zebrani w obszernej sali, przyrzekli zachować powagę i zaciekawieni spoglądali we wnękę okna, gdzie w półmroku stał poważny "wielki rabbi". Nag]e zniknął jak gdyby we mgle, a z szarego obłoku wynurzyła się ogromna, wprost nadludzka postać starca w suto fałdowanej szacie, jasno oświetlona. Ukazała się, dostojnie przeszła przed zebranymi i znowu znikła, jak gdyby zgasła w ciemnym obłoku. Był to . Abraham. Za nim pojawił się Izaak, potem Jakub i jego synowie: Juda, Ruben, Symeon, Izachar i pozostali; ukazywali się jeden po drugim, a król i dworzanie w milczeniu i z powagą przyglądali się przodkom narodu żydowskiego. Wreszcie z obłoku wyłonił się ostatni syn Jakuba, Naftalim, mąż rudy i piegowaty, który zaczął szybko biegać w kółko, jak gdyby bał się spóźnić, Y jak gdyby gonił poprzednie zjawy. 169 Król nie mógł powstrzymać się od śmiechu. A gdy tylko się roześmiał, znikł obłok i wszystkie zjawy, a w obszernej sali rozległy się okrzyki przerażenia i grozy. Dworzanie zerwali się ze swych krzeseł; wszyscy spoglądali w górę wskazując malowany strop, który drgnął i jął powoli obsuwać się w dół. Wysoka sala obniżała Się coraz bardziej. Dworzanie śmiertelnie bladzi oglądali się na drzwi, lecz nie mogli się ruszyć z miejsca. Byli jak przymurowani. Wszyscy krzyczeli na Bezalela, nawet król wołał, by za trzymał sufit. I wyszedł rabbi z wnęki przy oknie , i wyciągnął w górę ręce mówiąc coś półgłosem. I oto sklepienie stanęło, przestało się obniżać. Ale król już nie zważał na nowe czary rabina; wybiegł z sali, a za nim wszy scy dworzanie. Strop ten nigdy już nie wrócił do poprzedniego poziomu. Król także już nigdy do tej sali nie wszedł. Zamkniętojej drzwi i nigdy ich nie otworzono. Rabbi Low ben Bezalel nie popadł jednak w niełaskę z powodu tego wydarzenia. Przeciwnie, nawet sam król Rudolf odwiedził go w jego domu. Takiego zaszczytu żydowskie Miasto jeszcze nigdy nie dostą piło. Rabbi Low nie wyglądał okazale. Był stary i niepozorny. Ale gdy tylko król z dworzanami wszedł przez niskie drzwi do sieni, ogarnęło go zdumienie. Nie była to już sień zwykłego domu, lecz wspaniale sklepiony, zdobny malowidłami i stiukami przedsionek książęcego pałacu. A schody wiodące do świetlicy, przedtem drewniane, pokryte były drogocennym kobiercem. spod którego przezierał lśniący marmur. Weszli po nich nie do zwykłej świetlicy, lecz do wspaniałej sali, ozdobionej obrazami . widać było szereg pięk i cennymi gobelinami. Przez boczne otwarte drzwi nych, bogato urządzonym komnat, a przez inne - otwartą galerię włoskiej roboty. Rabbi Low z szacunkiem zaprowadził króla i jego dworzan do wielkiej komnaty, gdzie stał nakryty stół; tu poprosił go, by raczył przyjąć poczęstunek. I zasiadł król do stołu, a rabbi wyprawił ucztę, która w niczym nie ustęPowała ucztom na dworze królewskim. Król, ubawiony czaro dziejską sztuczką Lowego, który tak poszerzył i wspaniale urządził swój niewielki dom, gościł u niego długo i wyszedł nader zadowolony. Potem niejednokrotnie okazywał swoją przyjaźń uczonemu rabinowi A rabbi, chcąc zachowaćjakąś pamiątkę odwiedzin czeskiego króla, kazał na swym domu wyrzeźbić lwa obok swego znaku winnego grona. Jeszcze większym dziwem niż pojawienie się praojców na Hradczanach 170 sam go ulepił był golem, sługa Jehudy Lowa. Potężny rabbi iOZ .ywiłwłoże. do ust szemu i . nlem Golem pracował za dwóch. Usługiwał, nosił wodę, rąbał drzewo, zamiatał i wykonywał wszystkie cięższe roboty. A przy tym nie jadł nie pił i nie potrzebował odpoczynku am wytchnienia. Ale co tydzień w piątek pod wieczór, gdy nadchodził szaba s i gdy trzeba było zaniechać wszelkiej pracy, wy.jmował mu rabbi z ust szem; golem, nagle znieruchomiały, wy glądał jak kukła z martwej gliny. Ożywał dopiero po szabasie, gdy mu rabbi znowu wkładał do ust magiczn y szem. y Pewnego razu Low ben Bezalel, udając się do starej synagogi święcić szabas, zapomniał o golemie i nie wyjął mu z ust szemu. Zaledwie wszedł do domu modlitwy i zaczął odmawiać psalm, przybiegli ludzie zjego domu oraz z sąsiedztwa, przerażeni okropnie. wykrzykiwalijeden przez drugiego oznajmiając mu, że golem oszalał, że nikt do niego podejść nie może, bo gotów każdego zamordować. Rabbi wahał się przez chwilę; zbliżał się szabas, pslam już zaczęto odmawiać. Wszelka praca, każdy najmniejszy trud będzie o d tej chwili grzechem. Ale psalmu, którym poświęca się dzień sobotni, nie domówił do końca, a zatem nie nastała .jeszcze właściwa chwila szabasu. Wstał i pospieszył do domu. Dobiega.jąc usłyszał ciężkie, mocne uderzeniai. Gdy wszedł - gromada przerażonych ludzi biegła w pewnej odległości za spustoszenie ukazało się jego oczom: rozbite naczynia, i powywracane stoły i stołki, skrzynia i ławy, porozrzucane księ gi. Tu dzieło zniszczenia było dokonane. W te.j chwili golem szalał I1a podwórku, gdzie leżały zabite kury kurczęta, kot i pies i gdzie właśnie y , wyrwał z ziemi gruby pień lipy. Był zgrzany i czerwony, a czarne kędziory fruwały mu wokół czoła i twarzy, gdy wywracał wielkie drzewo niby cienki kołek w płocie. . Rabbi podszedł do golema i patrząc na niego uporczywie, wyciągnął obie ręce. Golem drgnął, wytrzeszczył oczy, a gdy mistrz dotknął go, patrzył mu osłupiały w twarz, jak gdyby przykutyjego mocnym spojrzeniem. Nagłym ruchem rabbi włożył mu rękę. między zęby i wyrwał magiczny szem. Golem jak po dcięty padł na ziemię; lez .ał bezwładny, już znowu tylko glina.. martwa kukła. Wszyscy zebrani wokoło żydzi, starzy i młodzi, krzyknęli uradowani i nagle pełni odwagi podeszli do golema śmiejąc się lub wymyślając mu. Rabbi wszakże nie przemówiłani słowa, odetchnął 1 szem - tabliczka z magiczny m napisem. 171 tylko głęboko i poszedł z powrotem do synagogi, gdzie w blasku lamp począł ponownie odmawiać psalm święcący szabas. ś więty dzień sobotni minął, ale rabbi ben Bezalel nie włożył już golemo wi do ust szemu. I golem nie ożył więcej, pozostał glinianą kukłą. Wyrzucono go na strych synagogi, gdzie z czasem rozpadł się w proch. IV Wieki minęły i wiele zmieniło się w Żydowskim Mieście. Mury,dzielące tę dzielnicę od reszty miasta, rozebrano, zniknęły bramy , zmieniło się miasto, ulice. domy i ich mieszkańcy. Tylko stara synagoga została taka jak dawniej, a z nią wśród nowo wybudowanych domów cichy .,ogród umarłych". Tu zgromadziły się wszelkie pokolenia starego żydowskiego Miasta, od na jdawniejszych czasów, gdy ponoć jeszcze Pragi nie było, aż do lat, gdy zniesiono getto i ucisk .jego mieszkańców, gdy się tu po raz ostatni odbywał koure i i po raz ostatni odmawiano nad otwartym grobem kadisz 2. W cieniu drzew i krzewów bzu stoi wiele kamiennych pomników, pro stych i artystycznie wykonanych; płyty ustawione pionowo lub pochylone ku sobie w kształcie daszku. A na nich rozmaite znaki: winne grono oznaczające w ogóle pochodzenie żydowskie; umywalnia - znak. że spo czywa tu potomek pokolenia Lewi, ręce - znak rodu Arona. A dalej wizerunek panny, lwa. wilka czy jelenia, zależnie od nazwiska nieboszczyka. Wszędzie napisy hebrajskie krótkie lub długie, głoszące imię, ród. datę śmierci i krótką biografię zmarłego. Czytasz imiona różne i przedziwne hebrajskie, niemieckie, i z dawnych czasów. i z szesnastego wieku, gdy żydzi czuli się bardziej z narodem czeskim związani; wiele też imion czeskich. Tu spoczywa żyd Krasa, tam Czech Czarny, tu żydówka Sladka, Czarka, Mamila. Libusza, Slava, tam znowu Niezamysł, Mnata, Wilk obok Dobruszka i wielu podobnych. Za dawnych. dawnych czasów. kiedy tu jeszcze chowano zmarłych, kładli Żydzi na pomniki, ale zawsze pota jemnie, pieniądze -jałmużnę dla biednych, którzy wstydzili się żebrać lub prosić o wsparcie. Teraz na grobach leżą kamyczki, na jednym jest ich więcej, na innym mniej, a wszy- i Koure (hebr.) - pogrzeb. 2 Kadisz (hebr.) - modlitwa za umarłych. stkie są oznaką czci. Każdy wierzący. który odwiedza grób. kładzie na nim kamyczek; ilość ich mówi, kto żyje nadal w pamięci i kogo się błogosławi słowami: Secher Zaddik livrochoi. Wszystkie pokolenia dawnego żydowskiego Miasta zebr.ały się tutaj: biedni. bogaci, zapomniani i w swym pokoleniu sławni. Tu Spoczywał uczony rabbi Abigdor Karo. twórca psalmu żałobnego o prześladowaniach Za króla Wacława IV, tu spoczywa Mordechaj Majzl, syn Szalumai, wielki dobroczyńca swych współwyznawców, i sławny Jehuda Low hen Bezalel. i wielu innych wybitnych mężów gminy . żydowskiej. Wszyscy oni leżą w cieniu wonnych krzewów. nic nie mąci ich spokojnego snu. Ale jest tu jeden. który nawet w "ogrodzie zmarłych" nie ma lekkiego spoczynku, a pobożne "Szalem alechem" 2 bezskutecznie unosi się nad jego opuszczonym grobem. Ten żyd w młodości wyrzekł się swego rodu. Przyjał wiarę chrześcijańską i został księdzem. Był kapelanem w kościele św. Wita. Gdy jednak nadeszła ostatnia jego godzina. przypomniał sohie o swo im pochodzeniu i zapragnął spocząć w .,ogrodzie zmarłych" w. Żydowskim Mieście. Była tam pochowaina młoda dziewczYna; żydowska. ktonrą w mlodości kochał. I skonał jako żyd, a Żydzi pochowali go, jak sobie życzył. w pobliżu grobu ukochanej. Wszakże spokoju, którego za życia nie zaznał zbyt wiele. nie osiągnął i po śmierci. Co noc musiaił wstawać z grobu i iść na brzeg Wełtawy, gdzie czekała na niego łódź, a w niej potworny wioślarz-kościotrup. Co noc, czy ciemno było. czy księżyc świecił. jeździł na przeciwległy brzeg. TLłm ksiądz-odszczepieniec wYsiadał, a jego wioślarz prowadził go na górę do kościoła św. Wita. żyd siadał przy organach i grał, kościotrup zaś kalikował. Kościelne pieśni błaigalne i psalmy pokutne rozlegały się w cichym. ciemnym wnętrzu świątyni. Ksiadz tymi żarliwymi dźwiękami żalił się i o przebaczenie Boga prosił. Nie wysłuchane prośby brzmiały żałośnie i wzrusza.jąco. Nim na wieży koś cielnej wybiła pierwsza po północy, milkły ograny, a organista smutny schodził w dół ku rzece. Kościotrup przewoził go z powrotem. I wraicał ksiądz ną cmentarz ojców. do grobu swego. by nazajutrz w nocy wstać znowu.jechać za rzekę i grać w kościele św. Wita pokutne psalmy i pieśni. i Niechaj będzie blo gosławiona pamięć sprawi edliwe go. (hl:br.) 2 Pokój wam. (hl:br.). M. . żałoby iej sca W nocy z dnia 20 na 21 czerwca 162 l roku i w całe j Pradze zapanował smutek i żal, a niepokó j serca ściskał. Wszędzie pusto, martwo, domy zamknięte, nikomu nie wolno było wy jść na ulicę; tylko ronty złożone z obcych żołnierzy chodziły po mieście. Ciężko dudniły ich kroki i groźnie pobrzękiwała broń. Na Rynku Staromiejskim w nocnym mroku stały wozy, z których wy ładowywano deski i belki i znoszono na środek placu, gdzie pracowali cieśle. Głuche uderzenia siekier i stukanie młotków dudniły w grobowej ciszy. W ciemnościach przy blasku łuczyw rosło coraz wyżej i wyżej ogromnerusztowanie; a gdy wstał zimny, blady świt, stało gotowe, pokryte czerwonym suknem, z drewnianym krzyżem wznoszącym się po jednej jego stronie. . Rusztowanie - miejsce straceń. Dotychczas było puste. Ale gdy wzeszło słońce, zagrzmiał w zamku wystrzał armatni na znak, że egzekucja się rozpoczyna. w tym czasie rynek był już obstawiony cesarskim wo jskiem, piechotą i rajtarami, a na ponu rym rusztowaniu stały zakapturzone postacie grabarzy i pachołków katowskich. Potem przyszedł sam kat - JanMydlarz. Wreszcie cesarscy wó jtowie zasiedli na swoich mie jscach. Już wywołali imię pierwszego ze skazanych dyrektorów 2, więzionych przez ostatnią noc w ratuszu staromiejskim; już pan Szlik kroczył mężnie na miejsce stracenia. Wśród wojska rozległ się głuchy warkot bębnów. W mieście i po i Mowa tu o publicznej egzekucji 27 przedstawiciei szlachty i mieszczaństwa czeskiego. stojących w obozie narodowym i postępowym podczas przegranej przez ten odłam wojny przeciw popieranym przez obóz katolicki Habsburgom w latach l618- 1620. 2 Po zerwaniu z Habsburgami władzę w Koronie Czeskiej sprawowało 30 tzw. dyrektorów, przedstawicieli wszytkich stanów. 174 domach zaległa śmier.telna cisza; wierni Czesi drżeli z żalu. płakali i modlili się za czeskich panów i ich towarzyszy z directorium i którzY na tym czerwonym theatrum lub obok nał szubienicy umierali. A było ich dwudziestu siedmiu! W miejscu, gdzie się to stało. ułożono w kwadrat szesnaście wielkich płyt kamiennych. Czesi, przechodzący przez ryneką z szacunkiem je omijali. Czci i i owo smutne miejsce Uświęcone krwią czeskich panów. Raz nal rok. w nocy, w wigilię dnia, w którym zginęli, zjawiają się ponoć na miejscu kaźni straceni szlachcice i mieszczanie. Schodzą się wszyscy. Na ich czele najstarszy, niemal dziewięćdziesięcioletni pan Kaplirz z Sulevic, za nim Budovec z Budova, pan o długiej, siwej brodzie, starY Konec chlumsky, Kochan z Prachovej, pan Krzysztof Harant, Divisz Czernin, , pan z Michaloyic, Szlik, Otto z Losu, pan z Bile.j, Hosztialek, Jesensky Vodniansky, Vokacz, Jerzy Rzeczicky, Kobr, Jizbicky i reszta, starzy i młodzi, a najmłodszy z nich, ledwie czterdziestoletni Jan Kutnaur, który tak mężnie z pięśnią na ustach umierał. Wszyscy przybywają na miejsce stracenia, po czym cicho, bezgłośnie idą przez rynek do Tyińskiego Kościoła. Tam klękaja przed ołtarzem i pobożnie przyjmują komunię świętą pod dwiemal postaciami. Po czym znikają. W owych czasach budowano domy także pośrodku targowiska bydlęcego. aż jeden z nich, który stał frontem do ratusza nowomiejskiego. nazYWa1no "Pod Ślusarzami". Mnie.j więcej trzy.dzieści kroków od tego budynku w kierunku ratusza. ną odkrytej przestrzeni. wznosił się kamień pięć ćwierci łokcia wysoki i na łokieć szeroki. Wyciosany był na nim krzyż . trupia czaszkai i dałtał 1627. Tu, przy tym kamieniu. odbywały się przed wiekami nocne egzekucje. W 1627 roku skonaiło tu ponoć kilku księży pod mieczem kalta. a w roku 174 3 kilku panów czeskich za to. że przyłączyłi się do elektora bawarskiego Karola Alberta. gdy z Francuzami zdobył Pragę. Czeskim królem się ogłosil i w kościele św. Wita koronować się kazał, Właśnie do tego kamienia, który leżał w tym miejscu aż do dziewiętnastego stulecia, wiódł z nowomiejskiego ratusza podziemny korytarz, a stąd dalej pod targowiskiem aż do domu Fausta. 1 Directorium - zgromadzenie dyrektorów. Dom Fausta Na Skałce, w rogu bydlęcego targu, a przed klasztorem "Na Słowia nach", stał stary dom. Od wielu, wielu lat nikt w nim nie mieszkał i dlatego był zapuszczony i ponury. Czerwony ongiś dach pociemniał, mur kawał kami poodpadał, okna szare od kurzu i deszczu, zasnute pajęczynami, czyniły wrażenie ślepych. Ciężkie dębowe wrota. mocnymi ćwiekami n.lbi..! jane, nie otwierały się nigdy i nikt się przy nich nie zatrzymywaił. by sięgnąć do żelaznej artystycznie kutej kołatki. I za nimi pusto było i cicho. . pies nie zaszczekał. kogut nie zapiał. A przed wrotami między kamieniami rosła trawa. Ponury był również ogród rozciągający się za domem i wzdłuż drogi, n.l wprost klasztoru "Na Słowianach". Nikt go nie uprawiał. Nie było w nim zagonów wairzywnych ni grządek z kwiatami. Iścieżki znikły zaro śnięte chwastem. Wszędzie bujała wysoka trawa; tonęły w niej pnie starych jaworów, lip i drzew owocowych. których pnie i gałęzie pokrył mech . i liszajnik. Tylko wiosną. gdy zakwitły drzewa. gdy bujna trawa usiana była jak dukatami żółtymi gwiazdkami dmuchawca. gdy bielałai zawilcem i pietra sznikiem. stawało się tu trochę weselej. Ale znów jesienią. kiedy opadło z drzew liście zasypaiły cały ogród, kiedy niebo ciężarne chmuraimi zwisaiło nisko nad ziemią. a wicher hulał wśród nagich gałęzi. wczesny mrok kładł się pod drzewami i na całym domu. smutek tchnął z ogrodu, a dziwny y nie pokój ogarniał ludzi znajdujących się w pobliżu. Bowiem było to miejsce przeklęte; w nocy błąkał się tu duch doktora Fausta. który ni za życia, ni po śmierci nie zaznał spokoju. Doktor Faust mieszkał w tym domu . przed laty. Odprawiał różne czary i gusła. zgłębiał czairodziejskie księgi. diabła przywołał i duszę mu swoją zapisał. Za to diabeł służył mu speł niając wszystko. czego tylko doktor zapragnął. y Ale w końcu.gdy przyszedł czas. rzekł diabeł: 176 - Dość już, chodź! Lecz doktor Faust nie miał jeszcze ochoty opuszczać tej ziemi; bronił się, jak mogł i umiał. Zaklinał, zamawiał - wszystko na próżno. Diabeł złapał go za plecy, pazurami przytrzymał, a gdy Faust jeszcze się bronił, wyleciał z nim nie przez drzwi, ale wprost przez strop na dwór. I Faust skończył,jak sobie zasłużył: diabłu się zaprzedał i diabeł go zabrał. Ale dziura, którą w suficie wybił, pozostała. Wprawdzie zamurowy wano ją kilkakrotnie , lecz za kazdym razem mur się przez noc wykruszył i rano znajdowano znowu czarny otwór. Wreszcie dano spoko ' j , bowiem strach wszystkich ogarnął, zwłaszcza gdy w domu zaczął ukazywać Się duch Fausta. Pojawiał się co noc i straszył, tak że najodważnejszy nąJemnik nie mógł w tym domu wytrzymać. w końcu nikt nie chciał tam mieszkać i stary budynek stał pusty, Ni szczał i rozpadał się coraz bardziej. Nikt do niego nie wchodził, każdy wolał omijać go z daleka, zwłaszcza wieczorem i w nocy. Jednak razu pe wnego - a było to późną jesienią, o zmierzchu - przed bramą. domu Fausta stanął młody mężczyzna, student. Że był niezamożny, łatwo mo żna było odgadnąć po zniszczonym trójgraniastym kapeluszu, po starym płaszczu, po wyświechtanych krótkich do kolan spodniach. po cerowa nych pończochach i zdeptanych trzewikach. Był wynędzniały jak żebrak, jak pies bezdomny. Nie miał gdzie mieszkać. Płacić nie mógł i dlatego wymówiono mu kąt,który zajmował. Chodził po Pradze. szukał mieszkania, prosił o zwłokę w zapłacie, ale wszędzie odmawiano mu i wyrzucano go. Wałęsał się przez dzień cały, aż wreszcie zmęczony i wyczerpany stanął przed domem Fausta. Sam nie wie dział, jak się tu znalazł. Zapadał zmierzch. mżył deszcz i ostry wiatr zacinał. Studenta nie grzał jego nędzny płaszcz, mimo że był pod szyję zapięty, nie chroniły go równiez przed wilgocią podarte trzewiki. Mło dzieniec drżał z zimna. Deszcz padał coraz większy, ściemniało się. '? zapadał jesienny zmierzch, Gdzie się tu podziac. Nie miał gdzie głowy schronić. Rozglądał się wokoło, wreszcie utkwił wzrok w ponury ym domu Fausta. "Stamtąd mnie nie wypędzą.?" - pomyślał z goryczą. Wahał się przez krótką chwilę, po czym nacisnął klamkę: furtka otworzyła się i oto stał w sklepionej bra-mle. Było tu sucho i za cisznie, wiatr nie świstał. A skoro już wszedł,zdobył się na odwagę i ru szył dalej. Po schodach, wzdłuż których stały we wnękach dziwacznefigury, do . tarł na korytarz. Był on długn i ginął w mroku. Wzdłuż korytarza ujrzał szereg ciemnych drzwi wiodących do pokojów. Było tu cicho pusto; z pod wórka i z zapuszczonego ogrodu dochodziło wycie wichru. 177 Student namyślał się przez chwilę, po czym śmiało sięgnął do klamki bliższych drzwi, otworzył je i wszedł. W sklepionej izbie było już sza naj ro; mrok zapadał tu wcześniej, ściany bowiem pokrywała od połowy dębowa boazeria, a sprzęty, stary stół, szafa i ława pod ścianami, były również z ciemnego drzewa. Przy stole czerniał fotel z wysokim oparciem. Student stał przez chwilę w drzwiach, a potem wszedł do pokoju i usiadł w fotelu. Rozglądał się, czekał, nasłuchiwał. W domujednak pano wała cisza; nikt się nie zjawiał. Tylko wicher huczał za ścianami, a deszcz stukał i dzwonił o szyby okienne. Student siedział w fotelu, czekał, nasłuchiwał, aż wreszcie zmogło go zmęczenie, a szum wiatru i deszczu ukołysał. Zasnął. Spał do jedenastej, przespał północ, spał do białego rana, i nic. Nic mu nie przeszkodziło, nic go ze snu nie wyrwało. Rano zdziwił się, skąd się tu znalazł, ale gdy uprzytomnił sobie, gdzie spędził tak spokojnie noc, weselej spojrzał na świat. Nie uciekł, lecz śmiało wszedł do sąsiedniej izby. Były tu również meble, a prócz tego na ścianach kilka sczernia łych, zniszczonych obrazów, na których tylko jaśniejszą plamą znaczyły się twarze brodatych mężów. Wszelako po byłym właścicielu, doktorze Fauście, o którym bez przerwy myślał, i tu nie znalazł najmniejszego śladu. Dopiero w trzeciej izbie stało stare łoże pod baldachimem ze spłowia łej materii, na ziemi leżały zbutwiałe poduszki, dwa przewrócone zakurzo ne stołki i rozwarta stara księga w pożółkłej, ongiś białej, skórzanej oprawie. A w stropie dziura! Czerniała, jakby gwałtem wybita w murze! Student stanął zaniepokojony. Przypomniał sobie, co ludzie opowia dali ; w izbie najwidoczniej wszystko pozostało tak , jak wyglądało w chwili , , gdy diabeł porwał Fausta. Te stołki snadź doktor przewrocił, tą książką zapewne cisnął w diabła. W sąsiednim pokoju nie znalazł nic szczególnego poza tym, że ze stropu zwisały tu drewniane schodki. Wszedł na nie i piął się w górę, aż stanął przed samym sklepieniem, przy otworze, przez który można było przejść dalej. Ale gdy zatrzymał się na ostatnim stopniu, usłyszał za sobą lekki szmer. Zląkł się i zdumiał. Schodki, po których szedł, złożyły się same, jakby były z papieru, i znikły w stropie. Student znalazł się nagle w jakiejś komnacie, większej niż wszystkie obejrzane dotychczas. Ze zdumienia zapomniał o schodkach i o tym,jak się tu dostał. Komnata była obszerna, na sklepionym stropie namalowano słońce, książyc, gwiazdy i inne znaki niebieskie. Pod ścianami stały ciemne półki, pełne ksiąg cienkich i grubych, pięknie na starą modłę oprawionych, i stoły zastawione rozmaitymi naczyńkami z metalu i szkła oraz buteleczkami pustymi i pełnymi płynów barwy czerwonej, złotej, niebieskiej i jasno 178 zielonej. Pośrodku izby stał długi stół na krzyżakach, przykryty zielonym suknem. Na nim połyskiwały naczynia z mosiądzu i miedzi oraz rozmaite przyrządy miernicze; obok leżały pożółkłe pergaminy i papiery, czyste i zapisane, a pod cynowym świecznikiem z na wpół wypaloną świecą rozwarta księga. Wszystko wyglądało tak,jakby ktoś, kto tu mieszkał, niedawno stąd odszedł. W tej izbie zatrzymał się student najdłużej. Gdy po chwili zbliżył się do otworu, przez który się tu dostał i postawił nogę najego skraju, schodki drewniane opadły w dół, tak że mógł zejść swobodnie. Z dolnej izby nie . Fausta. Drugimi drzwiami wyszedł do przedsion poszedł już do sypialni ka, gdzie ujrzał posążek pięknego chłopca trzymającego zawieszony na rzemieniu bębenek. Gdy student podszedł i dotknął bębna, chłopiec poruszył się jak żywy i począł bębnić. Pałeczki migały szybko, a bęben warczał, aż szyby w oknach drżały. Chłopiec bębnił i bębnił. a student przerażony wypadł na korytarz. Stamtąd pośpieszył do bramy, z bramy na pusty dziedziniec , gdzie na samym skraju ogrodu stała studnia. Żółty liszajnik i zielony mech porastały płyty z piaskowca, a pożółkłe liście jaworów i lip zasy ypały i studnię, i zniszczoną kamienną rzeźbę, wyobra żającą dziwacznego potwora. Student przeszedł się po ogrodzie, lecz nie pozostał w njm długo. W ten jesienny, chmurny dzień nie było wesoło pod starymi drzewami i wśród gąszczu krzewów. Wrócił do domu; panowała tam znowu cisza. Dobosz przestał bić w bęben. Ale student nie poszedłjuż do niego. Udał się znowu do dużej sklepionej izby i przeglądał papiery i pergaminy. Zna lazł pod nimi gładką płaską miskę z lśniącego czarnego marmuru, w której leżał talar z czystego srebra, błyszczący jak nowy. Ucieszył się i przeląkł zarazem. Przez chwilę stał nad nim niepewny, co zrobić. Nie miał w kieszeni ani grosza. a głód mu już dobrze dokuczał? Ale może to Faust albo sam diabeł. ? Wahał się, namyślał, lecz w końcu wziął pieniądz i poszedł do miasta. Wieczorem powrócił, syty wprawdzie, pełen jednak obaw, czy mu się w nocy nie ukaże duch jakiś. Usiadł znowu w fotelu, jak wczoraj, by noc przespać. Nie zasnął jednak tak szybko jak.poprzedniego wieczoru i w no cy budził się często. Ale nie ukazał mu Się ani duch Fausta, ani diabeł. A gdy następnego ranka znowu przeglądał księgi i instrumenty na stole, znalazł w czarnej marmurowej misce nowego talara. Wczoraj leżał tu tylko jeden jedyny, wziął go przecież, zmienił w mieście, trochę drobnych miał jeszcze w kieszeni. a oto leży tu nowy, biały jak mleko na tle czarnej misy! To na pewno dla niego. Doktor Faust czy też ktoś inny dobrze mu widać życzy. Tak. pomyślał student i wziął pieniądz. 179 Przed południem wyszedł, powrócił znowu dopiero wieczorem, przy nosząc w kieszeni resztę z drugiego talara. I znowu przespał noc jak naj spokojniej. Rano zaś poszedł wprost do biblioteki i od razu skierował się do stołu. Jest! Talar był tam znowu, nowiuteńki,jakby dopiero co wybity , leżał na czarnej misce. Student nie wątpił już, że jest dla niego przeznaczo ny, i zabrał go bez wahania. I tak co dzień rano znajdował pieniądz na tym samym miejscu. Nawet mu tyle nie było potrzeba. Co mu zbywało, odkładał, aż wreszcie zebrał tyle, że mógł sobie sprawić nowe ubranie, płaszcz, kapeJusz i obuwie. Powodziło mu się teraz dobrze. Z mieszkaniem nie miał kłopotów. Nie bał się już domu Fausta, przywykł do cichych izb , gdzie opiekował się nim duch jakiś, mimo że mu się nigdy nie ukazał. w zimie miał pod dostatkiem drzewa na opał w ogrodzie. Palił na kominku bądź w dolnej izbie, bądź na górze w bibliotece i czytał księgi z biblioteki Fausta; tę, która leżała na stole, i tę, którą znalazł porzuconą w jego sypialni. Dość długo się wahał, nim ją otworzył. ale też znalazł qW niej najwięcej ciekawych rzeczy magicznych znakóqw i dziwnych czarnoksięskich zaklęć. Ze strachem zaczął czytać, .aż włosy jeż yły mu się I1ad tą czarodziejską księgą. Niekiedy czuł się samotny w swojej pustelni. Ale wyprowadzać się nie 110 i cO dzień taI(lr bez pracy! . Jego mial zamiaru. Byl tu spokój, wygody, koledzy w uczelni, gdzie się zreszt.ą coraz rzadziej pokazywał, dziwili się, co się z nim stało, tak się znmienił, taki z niego strojniś! żegnali się. przerażeni, słysząc, gdzie mieszka, i mimo jego zaproszeń nie chcieli go odwiedzać. Wreszcie jednak ciekawość przyw.abiła kilku z nich do domu Fausta. Student oprowadził ich wszędzie, od bramy POCząw szy a na poddaszu skończywszy. Zawióddł ich do przedsionka, do biblioteki, gdzie łoże było nawet do sypialni Fausta, w której już teraz sam sypiał. zasłane, a dziura w suficie zatkana i kobiercem przy ysłonięta; potem poprowadził ich do ogrodu i pokazał wszystko, co przez czas swego pobytu tam odkrył. I studenci, pełni zdumienia, opowiadali potem o tajemnicach zagadko wego domu: o chłopcu, który bębl1i na bębnie, o dziwacznych posągach śpiewających cicho, o pannie z żelaza, która ich wodą oblała, o cudownej klamce przy drzwiach jednej izby, z której skry się sypały i która powaliła śmiałka, co dotknął .jej gołą dłonią, o izbie z tajemniczymi schodkami opadającymi spod stropu i podnoszącymi się znowu, o dziwnych przyrzą dach i czarodziejskich księgach. I o żelaznych drzwiach wiedzieli, wio dących w dół do podziemi, do długiego, ciemnego korytarza. Tylko czarną miseczką i talarem student się nie pochwalił, Ale śmiał . radzili. by jednak porzucił to się z przyjaciół. którzy ostrzegali go i 180 mieszkanie, gdyż licho nie śpi, a to wszystko może być jeno pułapką złego ducha. Słowa ich sprawdziły się. Przynęta tkwiła w owej CZai rnej miseczce. Coddziennie znajdował w niej talara, nie potrzebował o nic się tno s czczyć. nie potrzebował pracować. Przywykł do wygód, budziły s ię W rIiln con.az to większe wymag gania; dogadzał sobie, stroił się, jadł coraz lepi ei . Wydatki wzrastały, ale w miseczce nie przybywało. Wreszciee t(ll(lr przestał wystarczać. Student oodzwyczaił się od skromnego żYcia. Zapomniał, kim był, gdy prz yby ył do domu Fausta. A rracować juiż mu się niee chciało. Całko szczeególnie wicie zdał się na księgi, na tę ze stołu w dużej izbie, a na tę z sypialni. Było w niej opisane, jak należy zaklinać i wywoływać duchy. Same dotychczas mu się nie ukazały i go nie niepokoiły, on ich również nie przywoływał. Nie stało mu odwagi. Dopiero chciwość złota skłoniła go do tego. Srebro mu już nie wystarczało. Nawet pełnej miski talarów byłoby mu mało. Chciał złota, a w zdobyciu go miały mu dopomóc owe księgi. Peqwnego r{I/l1 przez dzieeń cały bawił w mieście i trwonił PożyczOne g pieniądze; dobrze -illi. pijainy zachęcał kOmpaióWw do pici. i jedzenia chwaląc się, że jutro będzie nmiał pienie ę'dz Yy jeszcze qwięce'j, Samo złoto, i tdo by własne, nie poż yczoone: że zmuusi duicha, który s , łużył mtl dotychczas, ' przynosił mu dukaty a nie głupie talary. . Późno wieczOnrem wrdócił do edomu Fsausta. Ki!kll pijany clh druhóqw chciało pójść z 11im raZenm. Ale nie zgodził s ię 11,1 to. Dziś musi byoć sam. ma te.j nocy pOWażne zajęcie. Patrzyli, jak qwchodził w branmę, jak się y ę zau nim zatrzasnęła furtka w ciężkich wrotach. I nikt go jiuż więcej nie l1jrl.(lł. Nie pokazał się więcej ani n;I wykładaich, ani w swej pijackiej kompanii. A kiedy kilku jego znajomy y ch, którzy odwiecdzili go w d()ml1 Fausta. y poszło go szuk.ać, nie znaleźli go tanm. W domu było pusto i cicho. Po stu ddencie ani śladdu. Tylko w sypialni ujrzeli rozrzucone łoże, poduszki na ziemi, ciśnięte w kąt ubranie, płaszcz w strzępach, wywnrócone stołki, a na podłodze rozwartą czarodziejską księgę, obok zaś przewrócony y lich tarz z na wpół wy y paloną świecą, Pokój wyglądał tak, jakby tll ktoś walczył. A w stropie? Zerwany kobierzec leżał na ziemi, cały w strzępach, wybita dziura ziała czernią. Na je,j skraju i na stropie ujrzeli plamy, jakby tam krew trysnęła. Była świeża, czerwona, niedawno przelana. Przyjaciele, czyniąc na piersiach znak krzyża, uciekli przerażeni z domu Fausta. Jak strasznie skonał ich druh! Na pewno pełen buty wzy 181 wał złego ducha i diabcł się zjawił. Porwał śmiałka i wyniósł tą samą dziurą, przcz kt órą ongiś porwał doktora F austa . Tyle jeno ze skarbów twych starych legend, matko Prago! z.Tobą wiążą się naszc pierwsze wspomnienia. Tyś jest głową isercem - były sławą i poniżeniem ojczyzny na szcj. Sława twoja i twojc poniżcnic całego narodu. Jesteś umiłowanicm wszystkich wiernych Czcchów. Od wieków stoisz, matko, naszych miast, i wicki twą piękność pomnażały. Wspaniała jcstcś w blaskach słońca, czarownajak z bajkl i jak sen rozkoszny -w srebrzystcj poświacie miesiąca. Wicki mówią przez cicbic, aż scrce ze wzruszenia zamicra. Z Bogiem! Bądź pozdrow.iona, siedzibo królów naszych! Pójdziemy znowu dalej ślaidami stuleci, w inne dzicdziny historii, wsłu chując się w ich echo w starych opowieściach. Bądź pozdrowiona. Prago! Złota słowiańska Prago! CZASY BURZ I KLĘSK O Żiżce 1 Pójdziemy tędy majpierw na południe ziemi czeskiej. Spójrzcic, oto w tych stronach, w tym cichym zakątku, lęży w pobliżu małej wioski samo tmy trocnovski dwór. Wokoło łąki, pola, las dębowy i ciemme gajc, za którymi w dali, na zachód słońca, błękitmieją Krumlovskie Góry. Stań i obejrzyj ten szlachecki drewmiany dworck z omszałą strzcchą, ukryty w cicmiu starych drzew. Tu spędził SWojC młodc latal majwiększy bohater i wódz maszcgo marodu. A tam jest miejscc jego urodzcmia. Niędaleko za dworem i stawami. wedle pola, na skraju lasu, stał omgiś potężmy dąb. Pod tym dębem się urodził. W lęcic, w czas żmiw, gdy młoda gospodymi trocnovska .szła w pole żęńców doglądać, syn jej Jam ujrzał światło dziemne właśmie pod tym dębem ijak ten dąb był potem silmy wolą i duchem. Rósł zdrowo w dworze trocmoyskim, w jego zaciszu, z dala od ludzi. w chłopięcych latach oddamo go ponoć do Prachatic, czeskiego womczas miasta, do szkół, tych samych szkół, do których chodził także biedny chłopiec, Jam z Husimca. Co rano zdążał więc do SZkoły wzdłuż rzeki Blanicy i często, zmęczony długą drogą, odpoczywał na brzegu na głazie skal mym, który po dziś dzień leży w tym miejscu. Gdy Jam Żiżka osiągnął wiek męski, odziedziczył po swym ojcu dwór trocmovski. Niedługo wszakz .e ż.ył w spokojU. Uwikłał się w spor y z Jin drzichem z Rożmberka, możmym włodarzem i pamem południowej części kraju, który mawet samemu królowi zbrojmy opór stawiał. Pam z Rożmber ka mie szanował praw swych słabszych sąsiadów i postęPował w ten spo 1 Jan Żiżka - znakomiry wódz czeski, zasłynął w czasie wojen husyckich.jako obrońca czeskiej ziemi przed k rucjatami obcych wojsk. Reprezentował rady kal ny obóz husycki - ta borylów. 184 sób, że młody władyka trocnovski w obronie swej czci i niezależności zmuszony był chwycić za broń. Stał się tym sposobem zaprzysięgłym wrogiem krumlovskicgo pana i budziejowickich Nicmców, z którymi równicż wiódł spory. Walka była nicrówna. Biedny szlachcic nic mógł pokonać możnego pana i bogatcgo królewskiego miasta. Mścił się, jak potrafił, a gdy mu w tych utarczkach spalono dwór i zniszczono całc mienie, uciekł do lasu i dalej prowadził walkę. Wreszcic przyjacicle wstawili się za nim u króla. I tak z łaski Wacława IV dostał się w roku 1409 do Pragi na .dwór kró lewski. Był dworzanincm królowej Zofii. Pojakimś czasic wyruszył stam tąd do Polski służyć swym orężem przcciwko zakonowi nicmieckich rycc rzy. Dnia 15 lipca l4l0 roku walczył na czele Czcchów i Morawianu boku polskich hufców pod Grunwaldcm, gdzie rycerzy niemicckich na głoWę pobito. W bitwie tej Żiżka bił się bohatersko i tam ponoć stracił oko. Po dłuższym pobycie w Koronie Polskiej wrócił zmowu do ojczyzmy na dwór królewski. Jako dworzanin królowej Zofii, często towarzyszył jej do Kaplicy Bctlejemskiej 1 , gdzic kazał wówczas słynny kaznodzieja, mistrz Jam Hus. Żiżka bardzo polubił mistrza i jego mauki. Pow ażnic i szczerze przytakiwał, gdy kazmodzieja wytykał ówczesmemu społcczeństwu, świe ckiemu i duchowmemu, nierząd i rozpustę. Totęż głębokim żalem mapęłnił Żiżkę micszczęsny los zbożmcgo mistrza, którego do okrutmcgo więzicnia w Konstamcji wtrącomo, ręce i mogi mu skuto, a wręszcie na hańbę i zniewagę dla całego marodu na stosie spalono. Wielki żal i gorycz zrodziły się w sercu Żiżki przeciwko wszystkim przeciwnikom Husa, tak cudzoziemcom, jak i rodakom. Ci ostatni największy gmiew w nim budzili. Często chodząc w.zamyśleniu po dziedzińcu królew skiego zamku na Vyszehradzie, z głębokim smutkiem w oczach rozpamię tywał mieszczęsmą śmierć mistrza Jana i jego przyjaciela, mistrza Hiero nima Praskiego. Pewnego razu spotkał go król Wacław. Widząc zasępionego sz1achcica zapytał, Co go trapi. A Jan z Trocnova odpowiedział: - Królu miłościwy, serdecznie nad tym boleję, że nasi wierni czescy Wodzowie wbrew glejtowi cesarza tak niesprawied1iwie na stosie spaleni zostali. Jakże tu być wesołym! Kaplica Betlejemska w Pradze, zwana tak od rzekomo znajdujących się w niej relikwii jednego z młodzianków zabitych w Betlejem z rozkazu Heroda, była ośrodkiem czeskiego ruchu reformacyjnego. Tu działał jako kaznodzieja Jan Hus, a potem jego następcy. 185 Na to król: - Miły Janie! Czyż można to naprawić? Znasz-li drogę - napraw zło! . Dajemy Ci na to nasze zezwolenie. I wziął ponoć Żiżka króla za słowo, mówiąc, iż tak uczyni. I w rzeczy samej uczynił. II Wonczas wszyscy niemal prażanie,jako też większość narodu, porwani byli nauką mistrza Jana Husa, głoszącego między innymi przyjmowanie komunii świętej pod dwiem postaciami. Gdy księz . a w kościołach praskich odmo wili podawania Ciała Pańskiego pod postacią chleba i wina, rycerz Mikołaj z Husi stanął na czele wielkiego tłumu przed królem Wacławem na ulicy w pobliżu kościoła Św Apolinarego, prosząc, by większą liczbę . kościołów oddano tym, którzy przyjmują komunię pod dwiema postacia mi. Król przeląkł Się ogromnego zbiegowiska, Mikołajowi z Husi kazał natychmiast opuścić Pragę, radę miejską obsadził nowymi radnymi, prażanom zaś przykazał, by wszelką bron,jak oszczepy, berdysze, kusze oraz blachy, zbroje i tarcze, przynieśli w dniu św. Marcina na Vyszehrad i przed królem złożyli. Radni ogromnie się przelękli tego rozkazu. Bali się, że król się bardzo rozgniewa, jeśli nie usłuchają, a bron oddać i mocy swojej osłabi c także nie chcieli. W kłopocie tym poradził im Żiżka: - Niechaj radni zwołają całą gminę i oznajmią. że zarządzenie to wyszło nie od nich, ale od samego króla, I niech jednocześnie wszystkim doradzą, by włożywszy na siebie zbroje udali się gromadą na Vyszehrad. Gdy król ich ujrzy, na pewno nie rozkaże im zbroi z siebie zrzucać i broni na ziemię ciskać. Tak też się stało. , W dniu św. Marcina ruszyli wszyscy prażanie w pełnej zbroi na Vysze hrad. Jan Żiżka, sam także w zbroi rycerskiej, wiódł ich niby wódz wojsko swoje. Gdy na dziedzińcu zamkowym stanęły pod proporcami połyskujące w słońcu uzbrojone szyki, zdumiony i zaniepokojony król wyjrzał przez okno. Wtedy rajcowie wezwali Żiżkę: - Przemów , bracie ! A on, wystąpiwszy z szyku przed króla, rzekł. - Miłościwy królu! Stoimy tu, twoi poddani, każdy w zbroi i z bronią, tak jak raczyłeś nam rozkazać. Oto jest broń, miłościwy panie, racz 186 teraz rzec, dokąd z nią iść mamy. Dokądkolwiek raczysz nas posłać, przeciwko niwprzyjacielowi każdemupójdziemy z radością i będziemY waszej miłości i tego królestwa bronic do ostatniej kropli krwi! Uspokojony król uśmiechnął się i odrzekł: - Dobrze umiesz mówić, bracie! Zawróć tedy lud. Wierzę waim. Niech każdy idzie do domu i tak, jak przyszedł. I powrócili wszyscy w zupełnym porządku do ratusza nowomiejskiego, skąd rozeszli się spokojnie do domów swoich. Zbroje i broń wszelaka zostały prz y nich. a króla nie rozgniewali. Stało się tak dzięki zmyślnej radzie i mowie szlachcica trocnovskiego. Od tej' pory słowo Żiżki wielce ważyło. A jeszcze większej wagi nabrało po śmierci króla Wacława w roku 1419. Nastały wówczas złe, ciężkie czasy, bowiem wielka siła nieprzyjaciół sprzysięgła się przeciwko narodowi czeskiemu. Najgorszy ze wszystkich okazał się Zygmunt, król węgierski. brat króla Wacława. który publicznie oświadczył. że gotów jest oddać ziemię węgierską za to, by w ziemi czeskiej ni jednego Czecha nie było. W owym to czasie. gdy wszyscy sprzysięgli się przeciwko naszemu królestwu i mowie naszej, powstał mąż ów znakomity szlacheckiego rodu. mężny wielce jednooki Jan Żiżka z Trocnova, który się później pisał "z Kielicha". Ten wódz z łaski bożej, zebrawszy wojsko, wyruszył na nieprzyjaciół narodu i na tych, co się z nimi sprzymierzyli będąc wrogami mistrza Jana Husa. a także na tych, co nie przyjmowali komunii, pod dwiema postaciami. I tak do broni nawoływał: - Niechaj wszyscy, starzy czy młodzi, będą w każdej godzinie gotowi. Wzywał i na duchu podnosił, by nie skarżyli się w ten czas przeciw ności wszelkich, by stawili się mężnie, nie bacząc. że są mali przeciw wielkim, nieliczni przeciw potężnym, nie odziani przeciw odziąnym. Główną siłą jego wojska byli chłopi; z nimi w częstych walkach bił na głowę hufce opancerzonych rycerzy i wyćwiczonych żołdaków. A nigdy pola nie stracił. Nie tylko siłą, która rosła w miarę zwycięstw, ..lłe i sztuką wojenną oraz chytrymi podstępami gubił swych wrogów. W marcu roku 1421 ciągnął z Pilzna do Taboru, miasta niedawno za łożonego, z całym swym wojskiem, liczącym zaledwie czterystu ludzi wraz z niewiastami i procarzami. Wozów bojowych miał tylko dwanaście. a koni podsiodło dziewięć. ścigali go panowie w służbie króla węgierskie. 187 go pozostający, w kleszcze z dwóch stron ująwszy. Jedni od Piska za nim spieszyli, drudzy od Pilzna i Strakonic, pod wodzą strakonickiego przeora. Gdy Żiżka minął Sztiekeń i poprzez łąki wśród licznych stawów podą żał ku Sudomierzowi, dogonili go panowie, tak że nie mógł już dalej ich przewadze. Bo też następowało na niego dwa tysiące uciekać i umknąc samych jezdnych, a wszyscy w mocnej, ciężkiej zbroi. Strach i grozę budzili ci "żelazni rycerze". . Żiżka wszakże nie stracił ducha. Z małym swym oddziałkiem, uzbrojo nym przeważnie w cepy, ustąpił za staw zwany Szkaradnym, który w czas był spuszczony, i tam na wysoką groblę kazał wozy przetoczyć, a swoje wojsko w szyk ustawił. ten Rozkazał równiez niewiastom pokłaść na grząskie dno stawu pomię dzy trawę i sitowie zawicia, płachty i chusty. Ledwie to uczyniły, pojawiły się hufce "żelaznych rycerzy". Pola, łąki i staw rozległy zaroiły się od ciężkich jeźdźców. Zbroje ich i oręż lśniły w słońcu, a nad nimi łopotały na wietrze liczne proporce. Był właśnie dzień Zwiastowania, pora nieszporów, gdy panowie jak szerszenie rzucili się ze wszech stron w kierunku stawu, ku prostej twierdzy na grobli z wozów uczynionej. Pędzili radośnie, krzycząc dziko. Byli pewni, że choćby nawet ręką nie ruszyli, mieczem nie siekli, oszczepem nie kłuli, gdy tylko na tę garść ludzi końmi naprą - stratują ją na miazgę i na kopytach rozniosą. Ale konno nle mogli się do grobli przedostać. Zsiedli przeto i pieszo zeszli do stawu. Ciężka była droga w grząskim błocie. Panowie w żelaz nych zbrojach potykali się, ślizgali, z trudem wyciągając nogi, a pod samą gr6blą zaczęli na ziemię padać. Ostrogi ich plątały się w zawiciach i szmatkach ukrytych w trawie, a im gwałtowniej chcieli się z owych sideł uwolnić, tym bardziej nogi ich grzęzły, tym trudniej im było wstać i tym częściej padali. Z tyłu parły następne szeregi i nowe hufce. Cisnęły przednie, a te nie mogły iść dalej Szyk załamał się, powstało zamieszanie. i wtedy ruszyli "bracia".. Walili, młócili cepami, aż płaty pancerne trzeszczały i gięły Się przyłbice. Zawrzała straszna bitwa. Panów w tym zamęcie ogarnęło przerażenie, a do tego nastąpił ów dziw nad dziwy! dopiero, słońce Oto, mimo że wcześnie jeszcze było, pora nieszporów nagle przed czasem straciło swój blask, jakby je ktoś płachtą nakrył. Zaległy straszne ciemności, nikt nie wiedział, z kim walczy. W tym mroku "z elazni rycerze" siekli się sami nawzajem i wreszcie poczęli się wycofywać. Ciągnęli z powrotem z wielką hańbą, poniósłszy straty niemałe, a wielu z nich powtarzało z gniewem: - Mój oszczep ich nie kłuje, miecz nie siecze, samopał nie trafia! . 188 Żiżka pozostał na noc na pobojowisku, dopiero o śWiCi e ruszył dalej ku Taborowi. Szczęśliwie dotarł do miasta, gdzie go z honorami powitano. Pod Sudomierzem pomógł sobie Żiżka przeciwko przewadze nieprzy jaciół niewieścimi szmatkami. Kiedy indziej znowu kazał porozrzucać na drodze kotwice o trzech ostrych grotach. Gdy hufce nieprzyjacielskie ruszyły Pędem na jego oddziałek, koniom ich ostre kolce kotwic wbijały się w nogi; padały na ziemię okulałe lub spłoszone bólem, wspinały się na zadach i ponosiły psując szyki oraz czyniąc wielkie zamieszanie. Często również okłamywał Żiżka przeciwników w ten sposób, że kazał koniom swym przybijać podkowy w odwrotną stronę, by nieprzyjaciela odwieść w przeciwnym kierunku i ślad zmylić. Najbardziej jednak wsławił się wozami, którymi w czas potrzeby osłaniał swoje chłopskie, po większej części piesze, wojsko. Żiżka nauczył swych ludzi ustawiac wozy wojenne i tabory ciasno, wczepione kołem w koło, i tworzyc z nich mocną barykadę, zależnie od po la bitwy oraz siły i liczebności wroga, w kształty i znaki znane chłopom, a WięC w kształt motyki, grabi czy kosy. Często, gdy stali na górze, a sytuacja stawała się groźna, kazał część owych wozów ładować kamieniami i ustawiać tuż za pierwszym szeregiem, tak by były niewidoczne. A gdy nieprzyjaciel na dole szykował się do ataku, na rozkaz Żiżki roz stęPowała się jazda, dając miejsce w ozom, po czym spuszczano je, napeł nione kamieniami, z góry na dół.Zjeżdżały zrazu powoli, potem coraz szybciej, koła kręciły się same, wozy trzęsły się, turkotały, grzmiały, aż ziemia jęczała. Nikt nie mógł stawić im oporu, nikt nie mógł ich za trzymać, całym ciężarem wpadały z rozpędem na szeregi nieprzyjacielskie; niektóre przewracały się miażdżąc, gniotąc, łamiąc i siejąc zniszczenie wokoło. A zanim wróg zdołał się opamiętać, wojsko Żiżki siadało mu na kark. Tak się również stało pod Maleszovem, w bitwie przeciwko pra żanom w roku Pańskim 1424. Żiżka jeździł na białym koniu. w owym czasie byłjuż starszym mężczy zną, średniego wzrostu, ale mocnej, krępej budowy, okrągłej twarzy, z kró tko przyciętym wąsem i z czarną opaską na lewym oku. Podczas bitwy jeździł w pancerzu, z dużym palcatem 1W ręku, Nosił też krągłą czapkę futrem lamowaną, spod której włosy opadały mu na ramiona; na suknię nakładał ciemną opończę bez rękawów, nogi obuwał w skórznie. Kiedy jechał, otoczony swymi podkomendnymi, kroczył przed nim kapłan niosący monstrancję w rozszczepionej widlicy z drewna. Ksiądz __ 1 Palcat - rodzaj maczugi, buzdyganu z głowicą nabijaną ćwiekami. 191 ten ubrany był w komżę, jak wszyscy księża Żiżki, którzy także mszę w ornacie odprawiali. Niechętnie bowiem widział on księży z Taboru odprawiających mszę w zwykłych szatach i w skórzniach, bez komży. Przezywał ich ponoć "szewcami", a znów tamci jego księży "płachcia rzami" . Wiele grodów i zamków zdobył, ale wszędzie zdobycz wszelką oddawał braciom. Sam dla siebie nie brał nic, jeno pajęczyny , jak zwykł mawiać żartem. W zdobytym mieście wysyłał braci, by zdobycz brali, sam zaś, jak mówił, pajęczyny wymiatał. Szperał po kominach, gdzie w dymie wisiały połcie mięsa, słoniny i grube boczki. Wszystko to na wozy ładował. Furaż ten stale woził z sobą, byw czas potrzeby mieć dla braci i siebie niezbędną żywność. III Brat Żiżka był srogim mścicielem Husa. Niejeden kościól, niejeden klasztor czy zamek jego przeciwników spalił i w perzynę obrócił bez litości. Ale potrafił się także litować. Tak było w Pradze, gdy nadciągnął ze swymi ludźmi pod klasztor św. Anny, chcąc go zniszczyć. Na progu bramy klasztornej padła mu do nóg zakonnica, krewniaczka jego, i na Boga zaklinała stryja, by ulitował się nad nią i jej siostrami zakonnymi, i nad całym klasztorem. Wysłuchał Żiżka jej błagania, ulitował się i klasztor św. Anny ocalał. Gorzej działo się w ogromnym klasztorze sedleckim pod Kutną Horą. Żiżka wydał go na łup swym ludziom; rozkazał tylko oszczędzić wspaniały kościół klasztorny, który był ogromny i prawdziwie kunsztownej budowy. Lecz jeden z żołnierzy wdarł się pod strop i ogień podłożył. Cały kościół spłonął. Gdy buchnął z okien dym i płomienie, Żiżka rozgniewał się okru tnie. Wnet zaczął się dopytywać, kto to uczynił, obiecując wiele złota te. mu, kto Się przyzna. Podpalacz wnet przybiegł pochwalić się swym dziełem. Wówczas rozgniewany wódz rozkazał, by obiecane przez niego złoto roztopić i wrzące wlać do gardła owemu żołni .erzowi. Tak żałował pięknego kościoła. Ciężką przeprawę miał Żiżka pod zamkiem Vlczincem, którv oblegał . ciągnąc ku górze Ostasza za Policą nad Medhują, gdzie Ślązacy tak okrutnie polickich husytów na śmierć zamęczyli. Zamek Vlcziniec stał na wysokim ostrogu wśród lasów, w miejscu gdzie żdiarski Potok łączył się z rzeką Medhują. Kasztel to był warowny, moc ny , a nadto czarodziejską jakąś mocą chroniony, murówjego bowiem kule 192 się nie imały, Husyci celowali dobrze, działa ich grzmiały bez wytchnienia dzień cały, a często i w nocy, aż wszystkie lasy wokół huczały jak pod czas burzy,. ale na próżno. Kule jak groch odbijały się od baszt, murów i wieży. Trzeba było przerwać bezcelową strzelaninę. Ale gdy działa umilkły, w obozie Żiżki usłyszano z oblężonego zamku muzykę. Ktoś grał na skrzypcach. Był to skrzypek w okienku wieży, którego widziano grającego i przedtem, w ogniu dział. Żiżka rozkazał najlepszemu ze swych łuczni ków , by go ustrzelił. Strzelec wziął kuszę, naciągnął cięciwę, wycelował i puścił - skrzypce wraz umilkły, a grajek zniknął z okienka. Rozkazał tedy Żiżka, by wszy stkie działa biły znów w mury kasztelu. Zaledwie pierwsze kule dotknęły murów, posypał się gruz i kamienie, a po chwili wielki wyłom był gotów. Nim słońce zaszło, w zdobytym Vlczincu rozległy się zwycięskie okrzyki braci husytów. Zburzyli zamek i podpalili go; świecił im przez całą noc zalewając czerwoną łuną okoliczne lasy i wzgórza. Kasztel spłonął doszczętnie, w nim zaś czarodziejski grajek, który go swym graniem ochraniał. Pozostały jeno zgliszcza, które z czasem deszcze i porastająca trawa do reszty skruszyły. Dziś już ledwie je widać. Vlcziniec zarósł lasem, a tam gdzie ongiś rozlegały się tony zaczarowanych skrzvpiec i grzmot Żiżkowych taraśnic i, szumią teraz drzewa. Tak to brat Żiżka walczył przez wiele lat w Czechach przeciwko przyja ciołom i sprzymierzeńcom króla Zygmunta. Niemało miast mu się pod dało, niemało grodów zdobył. W roku 1421 oblegał zamek Rabi pod Pilz nem. Już go kiedyś zdobył, ale nie obsadził swoją załogą. Teraz, gdy ludzi swy ch wiódł do ataku, strzała puszczona z muru trafiła go wjedyne zdrowe oko. Szlachcic Sezema Kocovsky z Kocova był tym, który ową strzałą sławnego wodza dosięgnął. Inna legenda głosi że Żiżce wpadła w oko drzazga z gruszy trafionej nieprzyjacielską strzałą, Rana była tak ciężka, iż wódz ledwie życie zachował. Polecił wiezć się do Pragi do medyka, a z nim pojechał Maciej Louda z Chlumczan,taborski starosta grodowy i mąż uczony, który ponoć umieścił Żiżkę we własnym domu na Starym Mieście, nazywanym domem "Pod Czarnym Barankiem". Lekarze wyciągnęli Żiżce strzałę z oka, bożego światła wszakże nie mogli mu przywrócić. Był więc teraz ślepy na oba oczy. W zamku Rabi, gdzie go to nieszczęście spotkało, wymalowano później na bramie obraz. Z lewej strony widać na nim Żiżkę w zbroi, na koniu, Taraśnica - nazwa armatki używanej w XV w, 193 z palcatem w ręku, wiodącego do ataku zbrojny hufiec. z prawej strony zaś wymalowano wieżę z bramą, a na tej wieży Kocovskiego strzelającego z łuku. Pod tym obrazem zapisano rozmowę, którą łucznik przeprowadził z Żiżką. - Tyś to, bracie Żiżko? - Jam jest. - Kryj oblicze! Od tej pory nie mógłjuż Żiżka sam z konia wieść swych ludzi do ataku. Ale bitwą równie znakomicie jak przedtem kierował. Siedząc wysoko na wozie, pod wielką chorągwią, na której wymalowany był kielich, kazał się wozić wszędzie. A towarzyszyli mu jego najmilsi i wierni bracia hetmani, Wiktoryn z Podiebrad, Jan Bzdinka i Kunesz z Bielovic. Określali mu oni dokładnie położenie, gdzie znajdują się skały, gdzie góry, gdzie las i łąki, gdzie dolina, równina lub pago rki. Przed bitwą opisywali mu teren, a w cza sie bitwy cały jej przebieg i sytuację nieprzyjaciela. Żiżka w zależnos ci od tego wydawał rozkazy i zwyciężał sprzymierzeń ców króla węgierskiego w Czechach i na Morawach. Stąd też po jakimś czasie wyruszył wprost na króla Zygmunta. Było to roku Pańskiego 1423 jesienią, w początkach miesiąca października. Przygotowawszy cztery szeregi wozów i dział, ile tylko się dało, wy ruszył poza granice Korony Czeskiej, przez góry na Węgry. Kędy szedł, siał zniszczenie, płacąc Węgrom i ich królowi za niechrześcijańskie okru cieństwa i gwałty, które w Czechach, szczególnie w 1420 r., czynili nie szczędząc nawet kobiet i niemowląt. . nad Dunaj Przeszedłszy górne ziemie Węgier dotarł Żiżka w dół az między Komarno i Ostrzyhom. Wszędzie ludzie uciekali przed nim uprowadzając bydło. Zdarzało się, że wojskom Żiżki brakło jadła, a szczególnie mięsa. W czasie tej wyprawy przybyli raz do pewnej wsi naddunajskiej pod Ostrzyhomiem. Wieś była opuszczona, żywej duszy tam nie znaleźli. Pościg był daremny. Mieszkańcy uciekli na łodziach i promach na niedaleką wysPę na Dunaju, zabrawszy cały swój dobytek. W chlewach zostało tylko kilka małych prosiąt oraz . cieląt, których przez rzekę nie dało się przepędzić. Węgrzy na wyspie cieszyli Się, że całe swe mienie przed Czechami uratowali. Poczucie bezpieczeństwa tak ich rozzuchwaliło, iż zaczęli pokrzykiwać przez wodę do wsi, kiwając szyderczo na Czechów, by przyszli do nich na wysPę, gdzie jest dosyć bydła. Dobrze wiedzieli, że husyci promów ni łodzi nie mają. Ale Żiżce nie były one potrzebne. Inaczej podszedł Węgrów. Rozkazał 194 pod wieczór przypędzić na brzeg rzeki świnie i cielęta, znalezione we wsi, i bić je, i kłuć, aby jak najgłośniej kwicZały i beczały. Nad Dunajem rozległv się tedy przeraźliwe głosy: beki,kwiki, chrochanie, aż uszy puchły. Dobiegały one poprzez wodę na wy spę. podniecając znajdujące się tam zwierzęta, zwłaszcza krowy i maciory Gnane instynktem, zerwały się one i .jak szalone rzuciły się wpław do rzeki. Na próżno Węgrzy krzyczeli, klęli. na próżno je gonili. N ie dali rady, a pozostałe sztuki, widząc pierwsze wskakujące do wody i płynące ku przeciwnemu brzegowi, rzuciły się za nimi. Woda zaroiła się od bydła, powietrze drżało od przeraźliwego ryku, beczenia i kwiku, a ws zystko zagłuszyły okrzyki triumfu ludzi Żiżki, którzy zmęczone, ocieka,jące wodą zwierzęta bez trudu schwytali i powiedli ku obozowym ogniskom. Aż do tej pory Węgrzy nie stawiali Żiżce większe go oporu i nie prze szkadzali mu w pochodzie. Chcieli, by poczuł się bezpieczny i zapuścił gdzie zamierzali, mnając dużą przew agę. otoczyć się daleko w głąb kraju, go i na proch zetrzeć, Jednak mądry wódz, przejrzawszy ich zamiary, obrócił z powrotem wozy ku granicy morawskiej. Ale tu powstały trudności. Poczęło ich ścigać liczne wojs ko węgier skie, same jezdne hufce z dużą liczbą dział. Raziły one wycofUjąCVch się husytów ze wszyskich stron, bijąc i zasypując kulami, Poczyniły zwłaszcza szkody okrutne przy przeprawie przez rzekę. Ślepy wódz wszelako dzięki swej przebiegłości ominął wszystkie zasadzki i odpierając wypady, szczę śliwie dotarł do granicy Moraw. Wyprawa węgierska była jedną Z najsławniejszych wojenny ch sztuk Żiżki, była bowiem najtrudniejsza ze wszystkich dotychczasowych walk. Ale Pan Bóg pomógł mu wydostać się z Węgier. Gdy przez Morawy do Czech powrócili i przez Litomvśl na Wysokie Myto ciągnęli, rozkazał Żiżka zatrzymać pochód. Było południe, pora odpoczynku i obiadu. Sam wódz był też znużony. Bracia, chcąc mu do godzić, przvgotowali wygodne leże, gdzie mógłby spokoinie odpocząć i posilić się. Każdy żołnierz nabrał po parę razy ziemi do hełmu i wysypał ją na obranym miejscu. W niedługim czasie setki hełmów US ypały mały wzgó rek, spłaszczony z wierzchu. Tam przyprowad zono umiłowanego wodza, by obiad spożył. Po obiedzie wojsko ruszyło dalej. Pagórek zaś pozostał i po dziś dzień w całej okolicy słynie jako "stół Żiżki". 195 IV Gdy Żiżka ciągnął z wojskiem na Morawy, otoczył po drodze miasto i zamek Przibyslav. W czasie oblężenia rozchorował się ciężko na morową zarazę. Niedługo się męczył. Widząc, że już nie wstanie, wyznaczył na swych następców pana Wiktora z Podiebrad, którego syna Jerzego ponoć do chrztu trzymał, pana Kunsza z Bielovic i Jana Bzdinkę, przykazując im, by prawdy bożej zawżdy bronili. W tych smutnych chwilach przebywali przy nim Jan Laudat, pisarz jego, i Michał Koudele z Żitenic, w którego ramionach skonał żiżka w śro dę, w wigilię św. Gawła,pod gruszą, jak wieść głosi. Inne podanie mówi, że zmarł pod dębem, tak jako się był narodził. żal ścisnął serca wszystkich jego wojów. Brodaci, twardzi, zaharto o wani w bitwach mężowie łzy ronili, a lud żiżki od tej pory nazwał się "sierotami"' jak gdyby zmarł mu ojciec. Ciało wodza pochowano w kościele św. Ducha w Hradcu nad Łabą. o Stąd szczątki jego przewieziono później do Czaslavia i w farnym kościele Św . Piotra i Pawła na wieczny spoczynek złożono. Grób żiżki znajdował się przy jednym z filarów kościelnych w pobliżu bocznego ołtarza. Naprzeciw grobowca wisiał kamienny talerz. Mówiono , że jadał z nie go wielki wódz. Inni znów prawili, że ksiądz żiżki przechowywał na nim komunię świętą pod dwiema postaciami. Tak odszedł do wieczności brat Jan Żiżka z Kielicha, zwycięzca spod Sudomierza i Voz .1 .c, spod żiżkowa, Kutnej Hory i Niemieckiego Brodu, z góry.św. Gotharda, Horzic, Maleszova i wielu innych miejscowości, twórca husyckiej sztuki wojennej, któremu tyle miast się poddało i który sam nigdy nie został pokonany, bo walczył "nie tylko o prawa boże, ale . przede wszystkim o swobodę języka czeskiego i słowiańskiego" i . Gdy umarł, ludzie z Hradca kazali wymalować go na swym proporcu, tak jak wyglądał za życia; na białym koniu, z palcatem w ręku. A gdy pod tym proporcem się bili, nigdy bitwy nie przegrali. Żaden z mężów, w dziejach Czech wsławionych, nie utkwił tak głęboko i żywo w pamięci narodu jak bohater trocnovski. Także miejsce, gdzie skonał, pozostało na zawsze w pamięci; nazywa się po dziś dzień "polem . nikt Żiżki" i go nie orze. W późniejszych czasach, gdy pamięć sławnego bohatera przez różnych ludzi zatarta została, byli tacy, co chcieli to pole Autentyczne Słowa Żiżki. 196 zaorać. Próbowali, kawałek zaorali, ale nie dokończyli. Bydło zaprzę gnięte do pługa zapadało na zdrowiu i zdychało. Zatem "pole żiżki" pozostało ugorem. Krzew bzu na nim wyrósł. Roz rastał się tak bujnie, że gospodarz tego kawałka ziemi chciał go wyciąć. Ale gdy najemnik. zagłębił motykę w ziemię, obsunęła się i skaleczyła go w nogę. Wziął więc siekierę. Lecz siekiera ześlizgnęła się z toporzyska i zraniła tego, kto chciał bez wyciąć. Tak więc krzew pozostał. w pamię ci ludu zachowało się także miejsce pod dębem w ogrodzie trocnovskim, gdzie żiżka na świat przyszedł. Dąb ten przetrwał wieki, otaczany opieką ludzką. Później po bitwie pod Białą Górą, starano się wmówić w naród, że żiżka był okrutnym, krwioz Oerczym barbarzyńcą. Jednak lud pamiętał, iż był to bojownik niepokonany o nadprzyrodzo nej sile. Przyczyn tej siły doszukiwano się w miejscu jego narodzenia, w samym dębie. Obcinano gałęzie tego drzewa na trzonki do siekier i młot ków , wierząc, że będą mocniejsze i wytrzymalsze, a uderzenia ich cięższe. Gdy wreszcie po wielulatach dąb zaczął schnąć i z całego drzewa ostałjeno pień, wędrowali do niego kowale i chłopi, wbijając w resztki pnia ćwieki w dobrej wierze, że dzięki temu nabiorą one siły i mocy. A jednocześnie sam pień niszczyli, każdy bowiem wycinał sobie kołek na narzędzia do pracy. Tak zniknęły resztki mocnego dębu, jeno korzenie ostały. A kiedy i one spróchniały, przychodzili ludzie po drzazgi, żeby chociaż nimi umocować i zaklinować toporzyska w siekierach i młotach. Teraz nie ma już po nim śladu. Wszystkie budynki, klasztory i zamki, które u nas w czasie walk i burz uległy zniszczeniu, szczególnie podczas wojny trzy dziestoletniej, padły z rąk wojów żiżki - tak przynajmniej wierzył lud i w wielu wypadkach wierzy po dziś dzień. A każdy najstarszy nawet sza niec i wał obronny - też z czasów żiżki pochodzi. W ten sposób mówią o starych wałach w okolicach Luży. A jeżeli zajdzieszna ogromne nasypy pod Kopidlnem i spytasz tamtejszych ludzi, co wiedzą o tych starych fortyfikacjach, usłyszysz odpowiedź: - To są staroczeskie szańce z czasów żiżki. Miejsca, gdzie podczas pochodu zatrzymywał się ze swym wojskiem, to lud pamięta i z po skąd zaczynał atak, gdzie odpoczywał - wszystko kolenia na pokolenie przekazuje. Koło Rychmburka jest staw Spalinec. Nazywa się tak dlatego, że w tym miejscu kazał żiżka spalić mnichów , ujętych w klasztorze podlażickim. W samym zaś Rychmburku znajd uje się "skała żiżki" . Jest to stroma ściana skalna naprzeciwko zamku, jedynie wąskim wąwozem od niego od dzielona. żiżka kazał ponoć w środku tej skały wykuć wgłębienie, gdzie ustawił działa i strzelał stamtąd w mury zamku. w których po dziś dzień 197 tkwią dwie kamienne kule husyckie. Daleko, na północno-zachodnim . krańcu naszego królestwa pod .Bleszanami, jest wzgórze, po dziś dzień "wzgórzem żiżki" zwane; ponieważ tu ongiś. wódz trocnovski wraz ze swym wojskiem obozem leżał. A za granicami obecnych Czech, w hrab- . stwie kłodzkim, wówczas do Czech należącym, przy drodze z miasta Radku do Vamberzic, widać na skraju lasu kamień skałę, a na nlej w kształcie głowy ludzk . lej w hełmie i z opaską na oku. Skałę tę po dziś dzień zowią "głową żiżki" . w Nachodzie mają także "stół żiżki" . Jest to wielki okrągły kamień . , na grubej podstawie z piaskowca. Stoi na wzgorzu pod białym murem zamku. Ongiś była też przy stole kamienna ława. Dziś stoi ona nieco niżej. Przy stole tym jadał ponoć Żiżka, gdy wracał przez Kłodzko z Mo raw. Zamku w Nachodzie nie zdobywał. Rzucił nań okiem i rzekł, że to gniazdo os niewarte jego zachodu. Prócz tego stołu jest jeszcze inny pod Hradcem. w pobliżu Vsześtar. Rosnicy i Probluzi pod Hradcem Królowej czerni się las zwany Borem. W tychże stronach wznosi się niewielki pagórek Homola, a najwyższejego miejsce trawą porośnięte zowią "stołem Żiżki". Na czterech rogach tej płaszczyzny rosną cztery lipy, w środku zaś jarzębina. W tym miejscu zatrzymał się żiżka, gdy ciągnął z wojskiem od Kutnych Hor ku Hradcowi Królowej. Wojsko rozłożyło się obozem wokół Homoli, w środku na szczycie ustawiono stół wodza. Był ponoć ze szczerego złota, a nakrycie ze srebra. Gdy Żiżka za stołem obiad spożywał, żołnierze wokoło śpiewali. Po bbiedzie stół i drogocenne o nakrycia na rozkaz Żiżki zakopali w ziemi i ruszyli dalej do Hradca. Złoty stół i srebrne nakrycia po dziś dzień leżą wewnątrz pagórka. Jednak nikomu nie udało się ich dotąd odkopać. Za to na k ażdym kroku spotyka się podkowy Żiżki. Każda znaleziona w ziemi stara podkowa pochodzi zjego czasów - lud głęboko w to wierzy. Można je poznać po otworach, bowiem dziurki od. hufnali w podkowach Żiżki są okrągłe. Tak jak wszędzie są szańce, stoły czy skały żiżki, tak są i drzewa. Najwięcej lip. pod którymi zmęczony wodz siadywał zażywając w miłym chłodzie odpoczynku, jak na przykład pod starą lipą w Krczinie. Spełniły się słowa starego kronikarza. który napisał o Żiżce: "Sława jego rozeszła się po wielu daleki .ch krajach świata i trwa po dziś dzień, a trwać będzie na wieki." Górnicy z Kutnej Hóry I Za czasów żiżki Kutna Hora dostała się pod zarząd czeski. Wtedy ponoć bito tam we Włoskim Dworze czeskie grosze; miały one po jednej stronie podobiznę lwa i napis: "Grosz ludu czeskiego", po drugiej zaś' widniała arka i kielich z napisem: "Dla chwały bożej wojującego". Wtedy znowu spełniło się proroctwo Libuszy o Kutnych Horach: po raz wtóry kruszec zniknąłoi ponownie się pokazał. Szczególnie za panowania sławnej pamięci Jerzego, a potem za Władysława Jagiellończyka. Na wiele nowych żył natrafiono, niejedną nową kopalnię założono, wiele szybów pogłębiono i nowych sztolni w skale wykuto. Gwarectwa i się mnożyły, kopalnie roiły się wprost od ludzi, a pobożny ich śpiew rozlegał się w licznych chodnikach. Bogactwo kruszczu korzystnie odbiło się na mieście. Kutna Hora roz rastała się i rozkwitała. Wznoszono wciąż nowe domostwa, a Maciej Rejsek wybudował swe słynne dzieło, kościół św. Barbary. W mieście osiada.li cudzoziemcy, szlachta; zewsząd ściągali liczni kupcy. żywo i rojno było na ulicach i na placach, a najgwarniej we Włoskim Dworze, gdzie sprawo wał rządy mincmistrz 2 królestwa czeskiego, hofmistrz górnictwa, bergmistrz 3 pisarze z kopalni i wielu innych urzędników, gdzie miał również swą kancelarie poborca królewski i gdzie nieraz sam król przebywał. Pod kancelariami i pod wspaniałymi komnatami króla .mieściły się lochy cennych 'kruszców pełne i pracownie mennicy, gdzie ze srebra stopionego w hutach i w kształt prętów lanego bito błyszczące czeskie grosze. 1 Gwarectwo - stowarzyszenie górnicze. 2 Mincmistrz - starszy nad mennicą. 3 Bergmistrz - zarządca kopalni. 199 Kutna Hora rozkwitała t była pierwszym miastem po Pradze. Wtedy to za Władysława II przypomnieli sobie ich mieszkańcy posłuszny ch swej wierze Czechów, którzy dlatego, że przyjmowali komunię pod dwiema postaci . ami, zostali ongiś przez Niemców, miastem wówczas władających, bez miłosierdzia i przeważnie żywcem do dołów wtrąceni. Odszukano w starych sztolniach kości owych Czechów - najwięcej znaleziono w szybie za Kourzimską Bramą - by je uczciwie pochować. Tu również - dziw nad dziwy! - znaleziono ciało, wprawdzie niccałe, ale wydające woń tak czystą i cudowną jak najprzedniejszy balsam. W całym mieście powstało z tego powodu poruszenie i jedno głośnie uznano, że ciało od tylu lat spoczywające w głębokiej sztolni i wydające woń cudną to znak łaski bożej i że na pewno jest ono ciałem Jana Chodka, dawnego proboszcza kourzimskiego, który umęczony wraz z trzema in nymi kapłanami, jak wielu posłuszny ch swej wierze Czechów, do szybu tego został wrzucony. Przedziwne to odkrycie nastąpiło w roku 1492. Wkrótce po owym zbo żnym poruszeniu powstały nowe niepokoje. Chmury nadciągały na Hory, i to gr oźne ch mu ry . W głębi ziemi gdzie biedny lud w ciężkim trudzie zdobywał bogactwo i dobrobyt dla możnych, wrzało niezadowolenie. Ziemia dostarczała takich ilości kruszcu, że skarbiec królewski mógł mieć srebra, a lud zarobku pod dostatkiem. Jednak chciwość kilku ludzi krzyw dziła i króla, i robotników. Urzędnicy kopalni nie odsyłali bowiem Wszystkiego srebra do Pragi, a górnikom coraz bardziej obniżali zarobki. Głęboko w ziemi, w pustej sztolni, w której mrugało czerwonawe światełko kopcącego kaganka, górnik w perkitlu i pilnie i bez wytchnie nia kruszył młotem i kilofem cenną rudę. Dawniej beztrosko wykonywał tę pracę. Nie miał wielkich kłopotów. Czasami tylko w pustce słabo pło mykiem kaganka rozjaśnionej ustawał nagle w pracy i ucha nadstawiał, gdy znienacka tę martwą crszę przerwał obcy, przeciągły głos, wołający go trzykrotnie po imieniu; czasem oglądał się, czy z głębi ciemnych pod ziemi nie wyłania się Skarbnik w kitlu górniczym, z kagankiem u pasa i ki lofem w ręku, mały człowieczek o iskrzących oczkach, tak chętnie płatający figle kopaczom, ale również niejednokrotnie dobrą radą służący. Teraz górnicy mieli inne troski. Twarda krzywda pańska gniotła ich , oburzała niesprawiedliwość urzędników, którzy za ciężką mozolną pracę stale im zapłatę zmniejszali. Dostawali teraz zaledwie połowę dawnych zarobków, choć pracy im nie ujęto. Trudno było za to nędzne wynagrodze nie utrzymać rodzinę, bieda zaglądała już do wielu chat. 1 Perkitel - rodzaj fartucha. 200 Zawrzało w sercach górników. Rozlegały się coraz częściej skargi i nikt już nie taił się z tym, cO zaprzątało mu myśli przy pracy; tak nie może być, tak nie może dalej pozostać, by oni biednieli, a panowie urzędnicy i przedsiębiorcy bogacili się ich kosztem. Bo1ała ich również krzywda wyrządzana królowi. Widzieli i zdawali sobie sprawę, ile rudy i cennego kruszcu wydobywa się z kopalni, ile cz ystego srebra się wytapia, a jak mało urzędnicy do Pragi wysyłają. Najpierw zażądali większej zapłaty. Ale ani urzędnicy, ani szycht mistrzowie, ani starsi gminy wysłuchać ich nawet nie chcieli. I jeszcze ostro na nich pow stawali. Wójt z siepaczami lub żołniefzami z Wło skie go Dworu rozpędzał górników, gdy zbierali się, by o swy ch krzywdach porozmawiać. Zmówili się więc potajemnie, że yślą posłów do króla, który w owym czasie na Węgrzech w zamku bu dzińskim przeb ywał. Z niecierpliwością czekali na powrót swych wysłanników, wierząc, że gdy król o iclh troskach usłyszy, każe przyna jmniej na miejscu rzecz zbadać, by przekonać się sam o wszystkim i prawU zadośćuczynić. Posłowie, jak potajemnie z Hor wyszli, tak pOta jemnie wrócili Było to w lipcu 1496 roku.Moc ludu zbie gło się na plac przed Włoskim Dwo górnicy, którzy nie pracowaili W kopalni, i wiele kobiet. rem. Wszyscy Ufano powszechnie, że panowie usłyszawszy y niezwykłe nowiny spokornieją. Niestety, panowie nie stali się pokorniejsi, ale górnicy również nie ustąpili, aczkolwiek wie sci przywiezione z Węgier nie były bynajmniej pocieszające. Król nic dltl nich nie zrobił, nie wstawił się za biedakami, po prostu dlatego, że ich wYsłannikóów nawet nie wysłuchał. Nie dopu szczono ich do niego Tego się najmniej spodziewano. A posłowie dodali jeszcze, że ktoś ich przed królem jegomością oczernił, że są w niełasce , 1 dworzanie wprost im powiedzieli, by czym prędzej do domu wracali, jeżeli nie chcą znaleźć się w więzieniu. Posłowie nie skończyli nawet mówić. Wśród górników wrzało; dzikie okrzyki zawodu i gniewu buchnęły ze wszystkich stron. Setki, tysiące pięści wzniosło się w górę, grożąc Dworowi Włoskiemu, z tysiącznych piersi buchnęły przekleństwa urągające panom. że są łgarzami, zło dziejami, że tylko grabić i oczerniać potrafią. Gdy na flankach muru zamkowego ukazał się pisarz chcąc przemówić do tłumów, ryki wzmogły się tak, że umknął on czym prędzej. Nawet sam mincmistrz nic nie zdziałał. Kiedy wezwał górników do rozejścia się, krzyczeli, by im wyrobił posłuchanie u króla, u którego chcą swych praw dochodzić, w przeciwnym razie porzucą kopalnię i niech sobie panowie sami kopią. 201 W mieście pośpiesznie zamykano drzwi i okiennice, wszystkich ogarnął śtrach, w ciągu nocy nikt oka nie zmrużył. Górnicy burzyli się przez całą noc, szykowali się do drogi, wadzali żony i dzieci z chat, nawoływali śię, wzywając także tych, którzy dotądz kopalni nie powrócili. wypro Ani urzędnicy królewscy, ani śzychtmistrze nie mogli im tego zabronić, nie mogli rozpędzić gromadzących się tłumów. 1ch zbrojni pachołkowie nie daliby rady tyśiącom wzburzonych i rozwścieczonych górników. Star szyzna miaśta i panowie na Włoskim Dworze radzi byli nawet, że górnicy się wynośzą. Bali się przelewu krwi oraz pożaru w mieście. Jak czarne nurty rzeki, płynęły rzesze górników w szarości poranka przez ulice Kutej Hory. Pod proporcem, z narzędziami w ręku, wielu z bro nią, ciągnęli ku brami .e miasta, śpiewając na głoś, aż szyby w oknach W drżały " lerni chrześcijanie, dufajcie mocno w Wieczerzę Pańską..." Śpiewali tę pieść, choć z rozkazu króla nie wolno było jej śpiewać pod groźbą utraty głowy. i Górnicy wyruśzyli z miaśta; sześć tysięcy ich było, ciągnęli długim wężem, aż dotarli do góry Szpicberk między Malinem a Kankiem. Tu rozłożyli obóz i tu - jak im starsi nakazali - jęli wnet kopać rowy i wysokie wały sypać. W Kutnych Horach przycichło; ale nie uspokoiło się. Strach przed zbuntowanymi trwał; trwał też niepokój, że kopalnie poniosą ogromne straty. Panowie z Włośkiego Dworu i szychtmistrze byli oburzeni zuchwalstwem górników. Postanowili zmusić ich do pracy, ukarać i upo korzyć. Toteż pisali, pisali szybko, urzędnicy zaś królewscy i szychtmistrze listy pieczęciami zaklejali i posłom wręczali, którzy na rączych koniach rozwozili je na wszystkie strony. II Minął dzień, drugi, trzeci, potem jeszcze jeden, a górnicy wciąż obozo wali w swych okopach na wzgórzu. Ciągle spodziewali się, że panowie z Hor wezwą ich, by wzięli się do pracy, obiecując im za to większe zarobki. Jednakże nikt nie przybywał, nikt się na drodze nie ukazywał. Nadszedł wieczór dnia piątego. Na wałach wokół obozu stali na straży młodzi uzbrojeni górnicy. Czuwali i strzegli pozostałych.A w obozie bracia ich, Była to pieśń husycka. 202 zwłaszcza starsi, zasnąć nie mogli pod ciężarem trosk. Przeczuwali, że panowie coś knują, i zdawali sobie sprawę, iż nie utrzymają się już długo na wzgórzu, zapasy bowiem im się kończą. Zasnęli późno, nocyjednak do rana nie przespali. O świcie krzyk się podniósł. Straż na szańcach wołała, że zbliża się jakiś wielki hufiec. Gdy starszyzna wybiegła na wały, w szarości poranka ujrzano zastępy jezdnych i pieszych. Zbliżali się od północy, od miasta Kolina. Wtem z drugiej strony obozu rozległy się okrzyki, że i stamtąd, od strony Czaslayia, widać zbliżające się hufce. ILedwie przebrzmiał alarm, a jUż z miąsta Hor wyłonił się liczny oddział zbrojnych kierując się prosto na tyły górników. Z oddziału tego zabrzmiął głos trąb i bębnów, a powiewała nad nim chorągiew, tak jak i nad hufcami, które nadchodziły z są siednich miast. Widać już było, że hufce ciągną na obóz górników, że chcą otoczyć go ze wszystkich stron. Mieszczanie bowiem z CzaslaYia i Kolina otrzymali z Hor straszne wieści, iż zbuntowani górnicy łakną krwi i chcą niszczyć szyby i wszystkie kopalnie. gdy ukazały się Jeszcze oddziały u stóp góry w szyk się nie ustawiły nowe hufce zbrojnych. Pr zybyły z Podiebrad, a wśród nich było wielu konnych. Gdy podjechały ddo podnóża góry, byłojuż niemalwidno, wtedy górnicy ujrzeli, Że ten nowy oddział prowadzi kasztelan królewskiego zamku podiebradzkiego, Onick Kamienicky z Topic. Obóz na górze otoczono ze wszystkich stron, u jej podnóża mrowiło się woj sko przeciwnika. Zebrało się go ze cztery tysiące. Górnicy stali za wałami, W gromadach, jak ich starszyzna ustawiła, i z młotami lub bronią w ręku czekali na uderzenie nieprzyjaciela. Postanowili sami walki nie wszczynać. Wszakże prosić czy poddać się - nie mieli zamiaru. Aż tu komuś wpadło na myśl, że powinni układać się nie z mieszcza n(Imi z Hor, lecz z podiebradzkim kasztelanem, boć on jest urzędnikiem króla i nieraz z nim rozmawia Oniek Kamenicky na pewno nie wie, co się stało w Horach i dlaczego górnicy tu się okopali. Gdyby mu wszystko wyjaśnić, może wstawiłby się Zań nimi i wyrobił im posłuchanie u króla albo sam królowi ich skargi i żale przedstawił. Ale cóż to? Kasztelan poddiebradzki w pełnym uzbrojeniu opuścił swoje oddziały i kieruje się prosto do ich obozu. Wyszli mu starsi na spotkanie poza wały a jeden z górników, siwowłosy Opat, który zawsze w imieniu braci przemawiał, powiedział kasztelanowi, że nie chcą przelewu krwi, tylko dopominają się o swoje prawa i żądają posłuchania u króla jegomości. 205 - Jeśli tak - odparł kasztelan - chOdzcie ze mną na zamek podieb radzki, a ja wam u króla wyjednam to, czego pragniecie. - Chętnie pójdziemy - rzekł Qpat - ale boimy się o nasze głowy. - Nic wam się nie stanie, wierzcie mi na słowo. W ówczas s tarszyzna, polegając na jego szlacheckim słowie, postano wiła usłuchac tej rady. Oznajmili braci górniczej, na czym stanęło, po żegnali się ze swymi rodzinami i poszli: Opat ijego brat Wiktoryn, Szymon i Prusza, a także bracia Duchek, Czerny, Kużel, Holy, Żelvur, Andrzej Niemcuv, Wit Krchniavy, Lana z Hlouszky, Mladek i Klad. Pozostali zaś górnicy z rodzinami wyruszyli z powrotem do Hor , by tam czekać na roz strzygnięcie ich sprawy przez króla, jak im obiecano. Starsi i dąc za Onkiem Kamenickim i jego ludźmi do Podiebrad oglą d.ali się tęsknie na Hory, niewesoło patrząc przed siebie. Nie mieli pełnego zaufania, nie mieli żadnej pewności: byli w panskiej mocy. Ale wierzyli, że rycerz słowa szlacheckiego dotrzyma. Gdy przybyli do Podiebrad, dał im ksztelan zamkową izbę czeladną na mieszkanie i kazał ich przyzwoicie opatrzyć. Mieli zupełną swobodę po . nie mogli. ruszania się po dziedzińcu zamkowym, lecz do miasta wyjsc Zwodzony most był przez cały dzień podniesiony. Trzeciego dnia wziął ich Kamenicky na krótkie przesłuchanie, obiecał natychmiast wysłać dwÓch konnych posłańców z pismem do króla zaleca jąc gÓrnikom cierpliwość i obiecując, że jak tylko przyjdzie odpowiedź, a da Bóg dobra, zaraz im ją oznajmi. A tymczasem pismo do króla już wysłał, ale przekupiony przez kutno horskich panów doniósł mu to, co już przedtem królewscy urzędnicy zWłoskiego Dworu władcy oświadczyli. Pisał o górnikach jako o nie bezpiecznych rebeliantach, zagrażających Kutnej Horze, temu klejnotowi króla i krÓlestwa czeskiego. Zanim posłowie wrócili, pojechał do Hor i tam chcąc się panom przypodobać, pochwalił się, co uczynił, dodając, że należy się spodziewać, iż kr6l otrzymawszy tę wieść każe górnikÓw na gardle ukarać, niechaj więc dla nich giezła śmiertelne gotują. Tak też uczynili, lecz pierwej panu kasztelanowi podiebradzkiemu dużo srebra wypłacili; a dopiero potem potajemnie trzynaście białych płóciennych koszul dla starszyzny górniczej przygotowali. Kiedy kasztelan wrócił do Podiebrad, przybyli właśnie posłowie od króla Węgier. Przy jechali wieczorem i górnicy nic o tym nie wiedzieli. Nazajutrz wezwał kasztelan do siebie Holego, Andrzeja Niemca i Wita Krchniavego. Kazał im pojechać na Krzivoklat, natrafiono bowiem tam na żyłę kru szcu i chciano ją zbadać; niechże więc ją obejrzą jako doświadczeni górni cy , obeznani z kruszcem i kamieniami. 206 Tak oszukani, górnicy uwierzyli i pożegnawszy się z towarzyszami, pewni, że wkrótce spotkają się w lepszych warunkach, wybrali się w drogę. Nie przeczuwali, że się już higdy nie zobaczą; przewodnik ich bowiem wiózł z sobą list Uriaszowy 1 do burgrabiego Krzivoklatu z rozkazem stracenia górników na Hradku. Zabrał nawet z sobą na wóz trzy giezła śmiertelne. W trzy dni po wyjeździe górników kasztelan kazał przyprowadzić sobie dziesięciu pozostałych, którzy do tej pory nic nie wiedzieli o powrocie posłów z W ęgier . Był wczesny ranek piątkowy , w dzień po św. Wawrzyńcu. Starsi dziwili się, czemu pan wzywa ich tak wcześnie. Pocieszali się, że chyba właśnie posłowie wrócili. Ale nie zaprowadzono ich do kancelarii, tylko na dziedziniec, pod balkon wznoszący się na trzech łukach tuż przy kancelarii kasztelana. Wokół dziedzińca, spoczywającego jeszcze w porannym cieniu, choć wznoszące się nad nim wieże i dachy zalane już były złotym blaskiem sierpniowego słońca, stali pachołkowie w pełnym uzbrojeniu, z oszczepa mi w rękach. Było ich wielu. Górnicy stanęli jak wryci, zwłaszcza gdy kazano im zatrzymać się na dworze pod balkonem. Wszakże nie czekali długo. Z kancelarii wyszedł na balkon sam Oniek Kamenicky z Topic w czarnym aksamitnym kapelu szu z czarnym piórem i sznurem złotym, w czarnym kabacie i czarnych no gawicach. Za nim Zdiersky, starosta miasta Podiebrad, i urzędnicy królewskiego zamku. Kasztelan, dzierżąc list w ręce, surowym głosem oznajmił górnikom, że jego miłość król raczył swą wolę oznajmić i rozkazać, by wszyscy górnicy, którzy tu stoją, i ci, których do Krzivoklat wysłano,jako wichrzy ciele na gardle ukarani zostali. Górnikom, tak młodym jak starym, zamarło serce; oniemieli, lecz nie ze strachu, a z oburzenia na tę nieprawość o pomstę do nieba wołającą, na ten ohydny podstęp kasztelana. Potem krzyknąłjeden, drugi, a za nim wszyscy, jaki to zdrajca haniebny, co warte jest słowo szlacheckie! Oniek, ponury jak chmura, skinął bez słowa; żołnierze chwycili górni ków i zaprowadzili ich z powrotem do czeladnej, gdzie czekali już dwaj kaci, jeden zamkowy, Sochor, i drugi miejski, Kolouch, wraz ze swymi pachołkami. Tam nieszczęśni górnicy musieli oblec białe koszule skazań ców, tam też przyszli do nich dwaj księża przygotować ich na ostatnią drogę. 1 List Uriaszowy - Uriasz, postać ze Starego Testamentu, wódz hetycki, sam przywiózł list, w którym był wyrok śmierci na niego 207 Wkrótce potem - była dziewiąta rano - sPętano ich po dwóch i wyprowadzono z zamku. Kasztelan Kamenicky jechał na koniu na czele licznego zbrojnego hufca. Za nim kroczył starosta Zdiersky z miejskimi siepaczami. Tymczasem rozniosło się po mieście, co się na zamku dzieje; wielki tłum ludzi zebrał się i ciągnął za smutnym orszakiem. Wszyscy oburzali się na taki wyrok, a jeszcze bardziej na kasztelana, serdecznie żałując nieszczęsnych skazańców, którzy w białych koszulach, bosi, szli tą żałobną drogą. A w oczach im ciemniało, dzwon wydzwaniają cy s mierć słyszeli jak przez mgłę. Byli na wpół przytomni. Straszliwy ten koniec spadł na nich tak nie spodziewanie, tak nagle. Żadnemu nawet nic podobnego na myśl nie przy szło, bowiem kasztelan niemal do ostatniej chwili pocieszał ich, że wszystko będzie dobrze. . Za całe to bezprawiejeszcze śmierć! A dzieci, biedne ich dzieci w domu, i żony! . Toż to byłoby okrucieństwo! Nie, to niemożliwe! Tak burzyło się wszystko w ich wnętrzu. Ale te Pęta, białe śmiertelne koszule, ten głos dzwonu... Lecz może to tylko dla postrachu. Panowie chcą ich ukarać samą groźbą śmierci, a gdy przybędą na miejsce, kasztelan oznajmi im łaskę. Tak myśleli i pocieszali się ostatnią nadzieją. Minęli warowny zamek podiebradzki na równinie nad Łabą, przeszli przez most, minęli wioskę Kluk i doszli do smutnego miejsca na łąkach, pomiędzy gminą połabską i klukowską. Stara grusza rozpościerała swe rozłożyste gałęzie nad miejscem kaźni. A nad nią jeszcze wyższy przepotężny dąb. Ogromne jego konary zwisały nisko, niemal do samej ziemi porośniętej trawą. Przy tym dębie orszak zatrzymał się, a kasztelan podiebradzki z koni a krzyknął do kata Koloucha: - Sprawuj swą powinność! To jedno słowo zniweczyło resztki nadziei. Górnicy wiedzielijuż, że nie wrócą do domu. A więc to straszna prawda, a nie postrach jeno. To jest ostatnia ich droga, ostatnia chwila życia, a potem - wieczność... Gniew zgasł; żal i smutek ścisnął ich serca, a myśl porzuciwszy sprawy doczesne uni osła się ku niebiosom. Tam jedynie była sprawiedliwość. Jak gdyby się umówili, wszyscy nagle padli na kolana i jęli się z głębi serca modlić: - Boże Qjcze, który znasz krzywdę każdego z nas, racz rosę niebieską zesłać, niechaj obmyje tę naszą niewinną krew. Wzruszone ich głosy brzmiały smutno w głębokiej ciszy. Wszystkich 208 zebranyc h ogarnęła litość. Nawet kata Koloucha. Dzierżąc już obnażony miecz w ręku, cisnął go pod gruszę i krzyknął wzburzony. - Nie będę mej powinności sprawować! Dopiero kat Sochor, nie mogąc panu swemu, kasztelanowi, się sprzeci wiać, wystąpił naprzód i czynił to, co mu nielitościwy zwierzchnik roz kazał. Pierwszy przyklęknął pod jedną z grubych gałęzi rozłożystego dębu Szymon. Wznosiła się nad nim jak baldachim. W jej zielonkawym cieniu błysnął katowski miecz. Strumień krwi trysnął wysoko i zalał gałąź dębową, tak że czerwone krople spadały z niej jak deszcz. Po Szymonie ukląkł Prusza, jego młodszy brat, potem Czerny, Qpat i jego brat, i wszyscy inni, dziesięciu, jeden po drugim. Gdy ostatni padł martwy w trawę krwią zalaną, na jasnym niebie ukazał się nagle mały obłoczek. Rozrastał się, aż zmienił się w ogromną, czarną chmurę, która przesłoniła całe niebo. Z ciemnego nieba rozległy się grzmoty jak głos gniewu bożego, gwałtowna wichura szarpała koroną starego dębu i gruszą, szumiąc głośno i gnąc ich gałęzie. Ludzie na miejscu stracenia przypomnieli sobie modlitwę nieszczę snych go rników, którą ci dopiero co odmawiali; żegnali się, ze strachu do domu uciekali i powtarzali ze zgrozą: - Sąd boży! Sąd boży! . Bóg ich wysłuchał! Niewinnych głosów wysłu chał! Ledwie straconych górników do przygotowanego dołu wrzucono, lunął deszcz, straszny ulewny deszcz. Gdy kasztelan wracał pędem do zamku, koń jego w bramie poślizgnął się i wraz z jeźdźcem na ziemię runął. Ulewa szumiała cały dzień i całą noc, i znowu cały dzień i noc, i tak bez ustanku przez dziewięć dni i dziewięć nocy, tak że wyschłe potoki wezbrały w rzeki, a skłębione nurty wód podmyły brzegi, zaś koło Podiebrad i Kut nych Hor zerwały szmat pola. W tym czasie wykonano również wyrok śmierci w Krzivoklacie. jednak tam nie zginęli wszyscy trzej górnicy. Wit Krchniavy, widząc śmierć swych dwóch towarzyszy, zerwał pęta i ogłuszył kata wielkim kamieniem. Sam zaś uciekł do lasu i tak się uratował. 1 W owe czasy, kto obronił się przed katem i uciekł, nie był ścigan y i nie wolno go było zatrzymać. 209 Ale ci, co tak niesprawiedliwie i okrutnie postąpili z górnikami, nie uszli kary. Król Władysław, który był także królem węgierskim, powrócił z Wę gier do Czech i od sprawiedliwych ludzi dowiedział się szczerej prawdy, jak to było z tym sądem w Podiebradach. Gdy tylko przyjechał do Kutnych Hor, gdzie we Włoskim Dworze się zatrzymał, wezwał do Si .ebie kasztelana podiebradzkiego, Ońka Kamenickiego, i przesłuchał go z całą surowością, przesłuchał również urzędników kopalni. I Wit Krchniayy, jedyny urato wany ze skazanych górnikow, został przed sąd wezwany, by złożyć świa dectwo, jak panowie z biednymi górnikami postępowali. Ońka Kame nickiego z Topic i innych panów na tortury wzięto, przyznać się bowiem do niczego nie chcieli. Kasztelan królewski nie wytrzymał męczarni, zmarł na torturach. Również pozostali panowie, którzy pomagali mu w tym strasznym czynie, ponieśli sprawiedliwą karę. Po okrutnej śmierci niewinnych górników kopalnie w Horach stanęły na wiele lat i niemal zupełnie upadły. Na miejscu zaś gdzie skonali górnicy pod dębem, stała się rzecz osobliwa wielce. Na dębie owym rodziły się od tej pory żołędzie przedziwne, niezwykłe, z kształtu podobne do górnicze go kaptura. Ale rosły tylko na jednej gałęzi, na tej mianowicie, którą która odtąd miała liście czerwone. spryskała krew straconych i Zdarzało się, że w czas nieurodzaju na całym dębie nie było ani.jednego żołędzia, jednak ta gałąź rodziła zawsze. Żołędzie w kształcie górniczego kaptura stały się cenne. Przychodzono po nie z bliska i z daleka, na pamiątkę je zbierano, w srebro, a nawet w złoto oprawiano i noszono jako amulety na szy i, wierząc, że będą ochraniać przed czarami lub szczę ście przyniosą. żołędzie takie nie rosły na żadnym innym dębie prócz tego i drugie go jeszcze pod wsią Kluki, obok którego prowadzono górników kutnohor skich na stracenie. Stary dąb lia miejscu kaźni przy kościółku stał aż do drugiej połowy osiemnastego stulecia ( do roku l777), do chwili gdy go ogromna wichura zwaliła. Młody zaś jego druh przy drodze do Kluk został wykopany w roku l842. Biała pani Mijają dnie i lata, aż w końcu przychodzi śmierć. Niekiedy długo stoi przed drzwiami, aż nagle wkracza niespodziewanie. Czasem wszakże, nim życie skróci, zapowiada swoje przybycie. Wierzono dawniej i dotąd wiara ta istnieje, że ukazują się znaki zwiastujące śmierć i rozlegają dziwne głosy wieszczące ostatnią chwilę. Wołanie sowy, tajemnicze stukanie, dźwięk,jak gdyby ktoś witką śmi gał po drzwiach czy szybie, lub inne głosy oznajmiają skon bliski. Są to zjawiska powszechne i wszystkim wiadome. Wszakże niektóre rody otrzymują specjalne znaki, zapowiadające, że jeden z ich członków odejdzie w drogę czekającą wszystkich ludzi. Gdy na przykład miał umrzeć ktoś ze szlacheckiego rodu Strojetickich, ukazywał mu się biały wróbeI, a w rodzinie Przychovskich słyszano głos trąb myśliwskich, ujadanie psiej sfory i rżenie koni. A kiedy w zamku Rabi duża czarna szafa niespodziewanie drżeć zaczynała dudniąc głucho, chodzi koło któregoś z Dlouhoveskich, Czasto wiadomo było, że śmierc larów lub Chanovskich. Czerninovie słyszeli przed śmiercią przedziwny dźwięk, jak gdyby przesypywanie piasku czy żwiru. Lobkovicowie głos dzwonka, a gdy ktoś z Kolovratów miał skonać, pocił się w roczovskim kościele kamień nagrobka, pod którym spoczywał ich przodek, ongiś za KaroIa IV szlachcic znamienity. W niektórych rodach zjawiała się Biała Pani: Berkom z Dubej, panom z Lipej, Szvamberkom, a szczególnie panom z Hradca i z Ro żmerka. Widywali ją na Telczu, na zamku bechyńskim,w Krumlovie, w hradeckim i w trzebońskim zamku. Ilekroć Się ukazała, można było oczekiwać jakiegoś smutnego lub wesołego wydarzenia. Bądź się ktoś miał narodzić, bądź umrzeć, bądź wesele było bliskie. Widmo zjawiało się zawsze jako wysoka,. poważna pani w białej szacie, z głową we wdowim zawiciu. Jeno gdy zwiastowało nieszczęście, przychodziło ponoć w czarnych rękawiczkach. 211 Ukazywało sięw różnych porach, czasem w samo południe, ale naj częściej w nocy. Na zamku w Hradcu Jindrzicha ujrzano zjawę w południe. Mignęła .nagle wysoko w oknie starej, opuszczonej wieży, dokąd nie było żadnego dostęPu, drewniane bowiem schody wiodące ongiś na górę spaliły się podczas wielkiego pożaru. Ludzie z zamku i miasta spoglądali ze zdu mieniem na białą tajemniczą zjawię w oknie, palcami na nią wskazując, lecz widmo nie znikało. Stało przez chwilę, po czym wolno zsunęło się w dół, jak gdyby na dno wieży, opadało, malało, znikało, aż wresZcie zginęło zupełnie. W nocy pojawiła się Biała Pani ro wnież cała w bieli spowita białym zawojem, poważna, a1e nie straszna. Kroczyła wolno po korytarzach lub dzwoniąc kluczami u paska, szybkim krokiem przecho dziła z pokoju do.pokoju, w jednym odmykając, w drugim zamykając drzwi. Nie krzywdziła nikogo.Jeśli ją kto spotkał w czasie tej tajem niczej przechadzki i pozdrowił, dziękowała poważnie: bądź w milczeniu skinieniem głowy, bądź słowem. Głos jej był cichy jak powiew. Szczególną pieczą otaczała spokrewnione rody Złotej i Czerwonej Róży - panów z Hradca i Rożmberka, z którymi łączyły ją za życia węzły krwi. . . w roku l539 na zamku krumlovskim urodził się panu Josztowi z Rożm berka - naonczas ciężką chorobą złożonemu - najmłodszy synaczek Piotr Vok. Był on ostatnim potomkiem po mieczu tego starego rodu. Niemowlęciem opiekowały się mamka i niania, które go na krok nie odstęPo wały. Prócz nich wszakże miał jeszcze.jedną troskliwą i miłującą piastunkę. . . Pojawiała Się co noc, gdy cały zamek krumlovski, wznoszący swe potężne mury nad Wełtawą,i obie piastunki pogrążone były w głębokim śnie. Była to Biała Pani. Okna komnaty, w której sypiał maleńki Petrziczek były zamknięte, drzwi również ani drgnęły, a jednak Biała Pani ni stąd, ni zowąd zjawiała się nag1e pośrodku izby, wnosząc z sobą białe światło, jak gdyby poblask księżyca. Stawała przy kolebce, nad którą rozpostarty był cieniutki baldachim na czterech kolumienkach, odsuwała zasłonki, pochylała się nad kołyską latorośl starego rodu Rożmberków. i spoglądała na ostatnią Mamka i piastunka, siedzące opodal, spały w najlepsze. A gdy chłop czyna zapłakał cichutko, brała go Biała Pani w ramiona, tuliła, pieściła, . całowała i us miechała się do niego, póki dziecina nie zasnęła spokojnie. A potem znikała, jak znika i gaśnie promień księżyca. Pewnego razu wszakz .e piastunka obudziła się. Głos zamarł jej w pier . . siach z przerażenia. Drżąc wpatrywała Się w tajemnicze widmo i wnet poznała, że jest to owa Biała Pani, o której tyle się nasłuchała. Jednak 212 ze strachu ruszyć się z miejsca nie mogła i tylko z daleka pilnowała, czy tajemnicza piastunka krzywdy dziecku nie robi. Gdy Biała Pani znikła, obudziła swą towarzyszkę; cała rozdygotana, opowiedziała jej urywanymi słowy, co widżiała. Obie podbiegły do kolebki. A1e nic się nie stało. Paniczyk spał . i obudził się dopiero rano, zdrów jak suseł, zaróżowiony, i wesół, a przez cały dzień nawet nie zapłakał. Piastunki z niepokojem oczekiwały następnej nocy. Uśpiwszy petrziczka usiadły jak wczoraj w pobliżu kolebki, lecz same oka nie zmrużyły. Czekały spoglądając ku drzwiom i oknom, lękając się każdego szmeru. I nagle, ro wno z wybiciem północy na wieży , w komnacie pojaśniało, a w blasku tym ukazała się Biała Pani. . Podeszła do kolebki i patrzyła na dzieciątko, a gdy zapłakało, wzięła je na ręce, utuliła i znowu do snu kołysała. Po czym znikła jak wczorajszej nocy; przerażone piastunki nie wiedziały nawet jak ani którędy. Wydało im się, że rozpłynęła się w scianie. Dzieciątko zaś spało cichutko i spokojnie niby w raju. Strach zelżał i rozwiał się; następnej nocy kobiety czekały już spokoj nie. Biała Pani przyszła znowu i utuliwszy dziecko znikła, a piastunki uspokojone zasnęły, nie czuwały wystraszone do rana jak poprzedniej nocy. Biała Pani potem co noc przychodziła i piastowała synaczka pańskiego, a one nle czekały jUż na nią, lecz spały spokojnie. Ufały jej i nie lękały się zupełnie. . . Zdarzyło się, że jedna z nich zachorow ała. Przyjęto na jej miejsce inną. Ta nowa, czuwając w nocy, ujrzała białą zjawę i tak się przelękła, iż głosu wydobyć nie mogła. Kiedy rano opowiedziała swoim towarzysz kom, te uspokajając j ą prosiły, by się nie obawiała i spała bez lęku, gdyż Biała Pani będzie zamiast niej piastowała w nocy dziecko. Ale nowa niania me chciała się na to zgodzić, powtarzała, że nie dowierza duchowi i że ona odpowiada przed Bogiem i swym panem za to, by się paniczkowi nic złego nie stało. Także i następnej nocy nie zasnęła czekając na pojawienie się Białej Pani. Przyszła jak wczoraj i jak zawsze - prosto do kołyski. A gdy tylko dzieciątko zakwiliło, wzięła je na ręce i tulić zaczęła. Nag1e stanęła przed nią nowa piastunka jak kwoka broniąca swego kurczęcia, i wyrwała Białej Pani sprzeciwiała się. Stała paniczka. Ta nie bez ruchu;zachmurzonym wzrokiem srogo patrząc na śmiałą dziewczynę rzekła: - Czy wiesz, zuchwała, co czynisz? Jestem krewną tego niemowlęcia i mam do niego prawo. A1e więcej mnie tu nle ujrzycie. W tejże chwili stanęła przy ścianie, a gdy uczyniła na murze znak 213 krzyża, ściana otworzyła się i zjawa znikła w niej nie pozostawiając nawet śladu. W komnacie zrobiło się ciemno. . Piastunka, opamiętawszy się nieco, chwiejnym krokiem zaniosła dzie cię do kołyski. Nie ujrzała już więcej Białej Pani. Ani ona, ani jej towarzyszki. Biała Pani nie przyszła już nigdy piastować synaczka pańskiego. Gdy dorósł, dowiedział się o swej tajemniczej piastunce i o tym, jak zniknęła odszedł szy od jego kolebki. Często o niej mówiono, aż razu pewnego Piotr wpadł na pomysł, by kazać zburzyć ścianę swego ongiś dziecinnego pokoju w miejscu, gdzie zniknęła jego opiekunka. A kiedy murarze rozwalili mur, znaleźli w ruinach skarb ogromny. Było to dziedzictwo po przodkach. Pan Piotr Vok,układając złoto i klejnoty, z wdzięcznością wspominał Białą Panią, która ukazała mu do nich drogę. Biała Pani przysłużyła się także ostatniemu potomkowi po mieczu rodu z Hradca, panu Joachimowi, spokrewnionemu z panami z Rożmberka. W roku l604 zapadł pan Joachim na ciężką chorobę. , nikt jednak nie przypuszczał, by mógł umrzeć. Była zima - styczeń. Pewnej nocy - na drodze szalała wichura gwiżdżąc po dziedzińcu, aż okiennice drżały spowiednika pana Joachima nagle coś ze snu wyrwało. Wydało mu się, że ktoś go woła. Zerwał się z łóżka i zaledwie w pośpiechu narzucił na siebie ubranie, otworzyły się drzwi i stanęła przed nim w mroku Biała Pani mówiąc po ważnym głosem : - Nie zwlekaj, chodź żywo ze mną! Chciał skrzesać ognia, ale nie pozwoliła mu. - Światła nie szukaj! - rzekła. Wzięła latarnię z jego rąk, chuchnęła na szkło i w latarni zapłonęło światło rozjaśniając całą izbę. Biała Pani z latarnią w ręce wyszła i pośpieszyła długim korytarzem do kaplicy; ksiądz podążył za nią. Gdy weszli do świątyni, zdziwił się wielce. Kaplica była oświetlona, na ołtarzu gorzały świece jak w czasie mszy. Biała Pani skinęła na księdza, by wziął oleje święte do Ostatniego Namaszczenia, po czym powiodła go wprost do łożnicy pana Joachima. Przed drzwiami wszakże światło zgasło i Biała Pani znikła.Ksiądz zrozumiał. Szybko wszedł do komnaty. Słu żebne, które winny były czuwać przy chorym, spały twardo, a pan - wal czył ze śmiercią. I oddał mu ksiądz ostatnią przysługę namaszczając na śmierć olejami świętymi. 214 Na zamku w Hradcu Jindrzicha istaniał osobliwy zwyczaj, zachowywany na pamiątkę Białej Pani, a mianowicie uczta dla najbiedniejszych. na której częstowano ich "słodką kaszą". Co roku przez dni kilka ogro mna sklepiona kuchnia zamku w Czerwonej Wieży gościła biednych z całego majątku. We wtorek, środę i czwartek Wielkiego Tygodnia na ogrom nym kominie płonął wesoły ogień, a nad nim na żelaznych trójnogach stały rozmaite naczynia i ogrom ny kocioł o szerokim dnie. Od rana do wieczora gotowano w nich - przeważnie ryby - podsycając wiel ki ogień, aż kłęby dymu buchały wysoko pod strop, uchodząc przez pięć otworów w sklepieniu do górnej izby gdzie znajdowała się wędzarnia; stamtąd dym ulatniał się przez osobliwe kominy, w kształt kielichów zbudowane. Rano w Wielki Czwartek, między siódmą i ósmą, na starej, krągłej wieży rozlegał się dzwon wzywający sąsiadów, mieszczan, wójtów gmin, gajowych i wszystkich, którzy mieli pomagać w rozdawaniu żywności oraz pilnować porządku. A tymczasem na dziedzińcu zamkowym i w mieście roiło się od nadchodzących z wiosek gości w kożuchach, płaszczach i pro stych sukniach. I wciąż ich przybywało, WCiąż nowe gromady schodziły a w czas największej się ze wszech stron. Cztery tysiące, pięć tysięcy, biedy, zwłaszcza po wojnie trzydziestoletniej, bywało, że i dziewięć tysięcy się zeszło. Wśród tych rzesz gwarno było i wesoło. , zgiełk i hałas rozlegał się wokół, a echo licznych głosów aż do zamku dolatywało. Kiedy zaś o dziewiątej dzwon zabrzmiał po raz wtóry, oznajmiając, że wszYstkojuż gotowe a pomocnicy na swoim miejscu, gwar potęgował się jeszcze Potem uderzono w dzwon po raz trzeci. I wtedy jakby wielka powódź zrywała tamy. Hałas i krzyki rozlegały się ze wszystkich stron, tłum pchał się i cisnął do bramy zamkowej. Ale jeno część ludzi wpuszczo no na pierwszy dziedziniec i pozamykawszy wnet wszystkie bramy s tawia no przy nich straże. Ci, którzy weszli na pierwszy dziedziniec, dostawali bułki, a do naczyń, które z sobą przynieśli - piwo. Potem prowadzono ich przed kuchnię, gdzie otrzymywali chleb i kawał gotowanego karpia; na ostatnim zaś dziedzińcu biedacy zasiadali do stołu Podawano im suto okraszoną po lewkę, ikrę i rybie podroby, potem ryby uduszone w sosie korzennym, a na koniec słodką kaszę mannę, gotowaną z piwem i miodem i makowym olejem polaną. Gdy się nasycili, wypuszczano ich przez furtę na tyłach zamku, pilnując dobrze , by żaden po raz drugi nie wrócił. W tejże chwili otwierano bramę na pierwszym dziedzińcu i nowe zastęP y biednych wchodziły do zamku. Powtarzano to póty ' póki wsz YScy nie zostali obdzieleni i nasyceni 215 Pierwszą taką uroczystość dla biednych wy prawiła ponoć sama Biała Pani w owe czasy, gdy jeszcze nie obchodziła hradeckiego zamku jako dobry duch, lecz gdy władała za życiajako troskliwa i skrzętna gospodyni. Przebudowywano wówczas jedno skrzydło zamkowe. Biała Pani, która chodziła w pole doglądać żeńców, zachodziła także pilnować budo wy. Zachęcała robotników , by się pośpieszyli, obiecując wszystkim "słod ką kaszę", jeżeli do zimy budowę ukończą. Obiecała ją nie tylko im, lecz również ich potomstwu, któremu na pamiątkę pracowitości przodków miała co rok taką ucztę wyprawiać. Budowę ukończono późną jesienią, a pani, jak obiecała, tak uczyniła. Ale gdy tłum ludzi, dla których nie było na zamku dość przestronnej sali, zasiadł do pełnych mis na dworze, zaczął padać śnieg. Padał także na "słodką kaszę". Dlatego Biała Pani postano. wiła urządzić w przyszłości tę ucztę dla biednych w początkach wiosny, w Wielki Czwartek. I tak było przcz wiele , wiele lat. Biała Pani od dawna już się nie pojawia. W Wielki Czwartek na dzie dzińcu zamkowym w Hradcu Jindrzicha jest teraz cicho. Ucztę bicdnych przypomina jeno stara, wysoka sklepiona kuchnia i jej szerokie kamienne, krzyżem rozdzielone okno, przez które ongiś wydawano biednym "słodką kaszę". Jest tu jeszcze jedno miejsce, które budzi wspomnienia o Białej Pani: ozdobna kapliczka Matki Boskiej na trzecim dziedzińcu zamkowym, w pobliżu dawnych komnat pan hradeckich. Wiodą do niej stare drzwi, a ściany pokrywają piękne dawne malowidła: tu Matka Boska o wspania łych jasnych włosach i anioł, tam panowie i panie hradeckiego rodu klęczące przed Nią, tam znów święci anieli, a na błękitnym sklepieniu . stropu i na ścianach znaki panów z Hradca oraz białawe wstęgi z wybla kłymi staroczeskimi napisami. Tu, w tej cichej świątyni, przed ołtarzykiem z rzeźbionymi figurkami, klękała także - jak głosi legenda - Biała Pani. Tu modliła się do B oga o opiekę nad całym swym rodem, którego miłować nie przestała nawet po śmierci. Ta miłość zmuszała ją do opuszczania grobowca, tą miłością wiedziona obchodziła siedziby swych potomków, piastując ich dziatki, udzielając przestróg, niosąc radość i żałobę, które życie niosło, i nie tając zbliżającego się końca, który wszystkich czeka. Różana polanka Wśro d falujących zbóż, za którymi ciemnieją sosnowe lasy, ukryta jest niewielka łączka, dwadzieścia kroków wzdłuż a piętnaście wszerz licząca. Na jej skrajach rozrastają się bujne niskie krzewy obsypane czerwonymi różami. Jest to osobliwy gatunek róż. Nigdzie wokoło nie ma podobnych. Inny grunt im nie służy Przesadzano je, ale się nie przyję Nie minął rok, ły. Potem próbowano je zniszczyć: wykopano wszystkie. a zazieleniły się znowu rozrastając się coraz dalej w głąb łączki. Od nich samotne to miejsce, żalem zbożnych przodków uświęconc, nosi nazwę Różanej Polanki. Znajduje się ona na wzgórzu niedaleko wsi Moraszice, dobrą godzinę drogi na zachód od Litomyśla. Wokoło rozciąga się ładny widok na okoliczne gaje, nad którymi górujc wieża makowska, na wioski bielejące w zieleni, na zalesione zbocza wzgórz pod Czeską Trzebovą i na piękny stary zamek litomyski. Przed czterystu laty, gdy stał jeszcze pierwotny gród, mieszkali w nim panowie Kostkowie z Postupic, wierni obrońcy czeskich braci i Obok zamku znajdował się w mieście zbór bractwa. prawie wszyscy mieszczanie byli jego członkami. Gdy Ferdynand I zwalczył opór stanów, zabrał panu Kostce z PostUpic jego mienie i zamek litomyski, a bracia z miasta i z okolic musieli iść na wygnanie. Ujęto wówczas także starszego Jednoty Brackiej, Jana Augu Mowa tu o członkach tzw. Jednoty Brackiej, założonej w r. 1458. Ich system religijny przejmował i kontynuował tradycje husyckie, kładł nacisk głównie na praktyczną, obycza jową, mora1ną stronę życia religijnego. w dziedzinie społecznej bracia wyznawa1i zasadę równości, utrzymywanie się z pracy własnej; wystęPowali przeciw wojnie i wszelkiej formie Ze względu na swą odrębność wśród innych wyznań podlegali często prześlado Przemoy waniom Jednoednoa Bracka w okresie ucisku politycznego przechowywała narodowej postępo we tradycje czeskie. Członkami jej byli najwybitniejsi przedstawiciele kultury czeskiej w. XVI i częściowo XVII wieku. 217 stę i . Przebraily za chłopa, ukrywał się w okolicach Litomyśla. Ale sam . się zdradził. Zapomniawszy o swoim stroju chłopskim wyciągnął ponoć z zanadrza czerwoną, jedwabną chustkę, by otrzeć pot z czoła Ujrzeli to pachołkowie królewskiego wojewody Szejnochy, w owym czasie zarzą dcy zamku w Litomyślu; ujęli Augustę i odprowadzili do Litomyśla, a po tem z pisarzem jego, bratem Bilkiem, na zamek Krzi .voklat. Tam trzymano ich w ciężkim więzieniu przez lat czternaście. Po latach, za króla Maksvmiliana, syna Ferdynanda, nastały nieco lepsze czasy. Bracia wrócili z wv gnania i znowu osiedli w Litomyślu i okolicy.Nie cieszyli sięjednak zbyt długo wolnością. Nadciągała straszna burza, która rozszalała w roku l6l 8 2. Wielkie prześladowania spadły na ziemię czeską podczas tych walk religijnych, a największe po bitwie pod Białą Górą. Kto nie był katolikiem lub nie chciał się wyrzec swej niekatolickiej wiary, musiał OpUśCiC kraj. Musieli uciekać także bracia z Litomyśla i okolic. Zanim wszakże odeszli, zmówili się, że raz jeszcze zbiorą się wszyscy, wspólne nabożeństwo odprawią, bowiem publicznie i otwarcie czynić już tego. nie mogli, i razem pożegnają się z krajem rodzinnym. Na zebranie to upatrzyli sobie łączkę wśród lasów za Moraszicami. DI(.l większego bezpieczeństwa zebrali się w nocy, gwieździstym pod sklepieniem niebios, pośród czarnvch, milczących borów tam po raz osta tni na ojczystej ziemi komunię pod dwiema postaciami przyjęli, po raz ostatni do Boga się modlili pobożne pieśni śpiewając. A potem żegnali się z sobą i z krajem ojczystym. Niejeden garść ziemi na pamiątkę schował, niejeden czarną rolę ucałował i łzami zrosił. A z tych łez wyrosły owe róże, by dać świadectwo wierności i ukochania ojczv zny i wiary. Tejże nocy po skończeniu nabożeństwa zakopano na polance złoty kie lich, z którego komunię przyjmowano. Kielich ten ponoć po dziś dzień tam leży, głęboko w ziemi schowany. Lud po jakimś czasie zapomniał o braciach. Lecz miejsce, gdzie żegnali się z ojczyzną, otaczano czcią i szacunkiem. Polanka była dawniej większą, a lasy wokół niej ciemniejsze i głębsze. Teraz na miejscu tych borów są jeno gaje i szerokie łany. Polankę rów Ferdynand I ( l526- 1564) dążąc do rządów absolutystycznych ograniczał prawa panów czeskich, głównie pod pretekstem obrony katolicyzmu. Szczególnie ostro wystąpił w r. 1547 przeciw Jednocie Brackiej. Ofiarą prześladowań stał się m.in. sam A u gu s t a ( 1500-1572), biskup bracki, postać w dziejach Jednoty w ybitna, przez wiele lat więzion Y. 2 Początek wojny trzydziestoletniej. 218 nież z czasem na skrajach podorano, tak że została z niej niewielka łączka. Chciano ją uprawić i w pole zamienić, jako że wszędzie wokół ciągnęły się łany zbóż. Łączka wśród nich była jakby zagubiona i zgoła niepotrzebna. Dlatego miała zniknąć. Ale jak gdyby sama Opatrzność czuwała nad tym miejscem. Działo się tu coś podobnego jak na Polu Żiżki pod Przibyslaviem. Ilekroć zaczynano orać, psuł się bądź pług, bądź koń padał. Wreszcie zasiano tam Ien. Wyrósł, zakwitł, wyrwano go, namoczono, wysuszono i nuż międlić. Aż tu nagle len zajął się płomieniem, a od niego zapaliła się szopa i cała zagroda gospodarza, który len na łączce posiał. W pożarze tym spłonęła także młodziutka jego córka. Od tej pory nikt nie odważył się obsiewać Różanej Polanki. Kiedy w roku l8 l 3 ciągnęli tamtędy Ros.janie idąc przeciwko Napoleo nowi I, niektórzy z nich wypytywali o Różaną Polankę. Gdy imją pokaza gdzie się potem no, zeskakiwali z koni i na kolanach szli do samej łączki, żarliwie modlili. Jest i stara wieszczba dotycząca Różanej Polanki. Ma być na niej stoczona bitwa, i to tak straszna, że krew strumieniami popłynie. A potem spotka się tam siedmiu królów i podpiszą wiecznv pokój. Tu, wśród róż, na miejscu, gdzie bracia czescy, wrogowie wojny i krwi przele wu, żegnali się z ojczyzną. Róże na łączce kwitną, zboże wokół na polach faluje i szumi. Cicho tu i miło, lecz mimo woli wspominasz starych przodków swoich, wspomi nasz, jaki żal serca ich ściskał, gdy nadeszła gorzka chwila pożegnania, gdy łzami skrapiali ziemię ojczystą. I żywiej odczuwasz proste wiersze czeskiego wygnańca: Niech cię Bóg błogosławi. czeska ziemio. z tobą żegnam się smutny.... Przed oczyma majaczy grupa biednych uchodźców, zatrzymujących się w drodze i łzawym wzrokiem spoglądających za siebie na błogosławio ny kraj, gdzie był ich dom rodzinny ... ...i ojczyzna miła... SądB oży I Ważnego szlaku wiodącego przez bory szumawskie z Domażlic do Niemiec pilnowali od niepamięt nych czasów Chodowie, lud twardy, tęgi i bitny. Wioski ich . Tlumaczov . Lhota, Pocinovice, Kyczov, Medakov , i Straż, Ujezd, Drażenov, Postrzekov, Chodov i dzisiejsze miasteczko Klencz, leżące ongiś na samym skraju granicznych lasów królewskich, rozsiadły się na nizinach i na wzgórzach w sześciomilowym pasie wzdłuż granicy przy ważnych przejściach i ścieżkach. Chodowie, za dawnych czasów czeska straż graniczna, chodzili wzdłuż . granicy i baczyli, by sąsiedzi Niemcy nie uszczuplali ich, borów nie rąbali, zwierzyny nie tępili i w ogóle bezprawia się nie dopuszczali. W czasie napaści wroga pilnowali dróg i ścieżek, przekopywali je, obronne wieże przy nich stawiali, zasieki robili i walczyli we wszystkich potyczkach i bitwach, które w ich okolicach się toczyły. Nieodłącznym towarzysiem był im zrazu czekan, później rusznica o długiej lub krótkiej lufie, a najwierniejszym druhem - wielki, silny pies. Broń nosili przy sobie zawsze, nawet w czasach, gdy nikt z obywateli kraju zezwolenia na nią nie dostawał. Ilekroć król czeski przejeżdżał przez ich okolice, Chodowie witali go w pełnym uzbrojeniu, pod propor cem swoim: proporzec był biały, widniał na nim znak psiej głowy. Staro dawnym obyczajem, uczciwszy pana swego baryłką miodu, odprowadzali go jako straż honorowa przez góry do granicy. . Zaciężką i niebezpieczną często służbę królowie obdarzyli Chodow szczegÓlnymi przywilejami. Zawsze byli wolni i prócz króla nie mieli nad . sobą żadnej zwierzchności. Pańszczyzny ni żadnych poddan czych powin ności nie o.drabiali, a z lasów , których bronili, korzystali swobodnie; na . zwierzynę mogli polować bez ograniczenia. Mieli swo j . własny sąd na zamku w Domażlicach. Na czele tego sądu stał wójt chodzki przez króla wyznaczOny. W domażlickim zamku prze. chowywali . . też swój proporzec, pieczęć i przywileje nadane im przez 2 królów. Karola IV, Wacława IV, Jana Luksemburskiego, Jerzego Podiebradzkiego i innych. Po raz ostatni sprawowali Chodowie swą powinność wojenną w nieszczęsnym roku l 620, budując szańce i zasieki na bawarskim pograniczu. Wtenczas także po raz ostatni rozbrzmiewały w głębokich borach szuma wskich nawoływania straży chodzkiej, po raz ostatni nad głowami cze czarno lamowany, ozdo skich pograniczników powiewał biały proporzec biony psią głową. Potem przyszła bitwa pod Białą Górą. Powszechne nieszczęście dotknęło również cichy zakątek w wolnym pasie chodzkim. Czterdziestego dnia po egzekucji na Starym Rynku Karol z Lichtensztejnu, namiestnik cesarza. oddał ród Chodów w poddań stwo Wolfowi Wilhelmowi Lammingerowi, wolnemu panu z Albenreuthu, który był jednym z komisarzy cesarskich w czas strasznej tragedii w dniu 2l czerwca 1621 rok u i w dziewięć lat później "sprzedano" Chodów temuż Lammingerowi na 56 000 złotych dukatów. Nowy pan nie całkowitą dziedziczną własność za chciał uznać i nie uznał ich swobód i przywilejów, nadanych ongiś przez królów , i postęPował z nimi,jak z ludem poddanym. Ale dzielni Chodowie nie poddali się w milczeniu i nie chcieli bez walki wyrzec się wolności swej i przywilejów po ojcach odziedziczonych. Prawowali się więc z nową zwierzchnością, której uznać się wzbraniali. Trwało to długo. W olf Wilhelm Lamminger u marł tymczasem i spór zakończył się dopiero za syna jego, Maksymiliana, na niekorzyść Chodów. Wydano wyrok, raz na zawsze odrzucając ich żądania, znosząc przy wileje, a im samym pod surową karą prz ykazując perpetuum s.ilentium. 2 Wyrok ten wielce Chodów przygnębił i na jakiś czas w kraju ich za panowała grobowa cisza. Ale cisza ta nie trwała wiecznie. Chodowie nie zapomnieli o swych przywilejach i dawnej swobodzie, a najbardziej zaufani przechowywali, niczym najcenniejszy skarb , stare dokumenty królów czeskich, nadane ongiś ich przodkom. Dopókije mieli, wierzyli, że nie wszystko stracone i że mogą jeszcze swych praw dochodzić. Lecz pan na Trhanovie dowiedział się, na czym Chodowie opierają swoje nadzieje. Rozkazał przeto, by mu owe dokumenty wydali. Ale to tym mocniej przekonało Chodów o ważności pergaminów. W przeciwnym razie, po co pan by ich żądał. Nie usłuchali więc, a dokumenty zostały 1 Mowa tu o egzekucji dokonanej na osobach przywódców stanów czeskich po klęsce pod Białą Górą. 2 Perpetuum silentium (łac.) - wieczne milczenie. 221 gwałtem i także jeszcze głęblej schowane. Wówczas Lamminger zagroził gwałtem wydarł chodzkie przywileje w Ujeździe, gdzie były wtenczas przechowywane. Nie udało mu się jednak zabrać wszystkich. Dwa najważniejsze uratowali i na ich podstawie wszczęli spór z trhanovskim "Lomikarem", jak zwali Lammingera. Najpierw w roku l692 wysłali deputację do cesarza do Wiednia. Nadeszły stamtąd wieści, że cesarz przyjął posłów łaskawie. Podniesie ni na duchu, utwierdzeni w wierze. iż prawo zwycięży, nie czekając rozstrzygnięcia sporu w sądzie, Chodowie odmówili trahanovskiemu panu wykonywania wszelkich obowiązków i pańszczyzny nie odrabiali. Lamminger złożył na nich skargę, opisując ich postępowanie jako wichrzyciel skie i zgoła niebezpieczne, tak że w Chodzkie został wysłany wojewoda Hora. . pilzneński, Wszystkich Chodów zwołano do siedziby pańskiej w Trhanovie. Dzie dziniec zamkowy zabielił Się zgrzebnymi sukmanami. Stali ściśnięci, mąż wedle męża, ciężki czarny kapelusz wedle kapelusza, gdzieniegdzie tylko widniała barankowa czapa. Wszyscy czekali z niecierpliwością, co im wojewoda oznajmi. Większość z nich była przekonana, że nowiny będą wesołe, że spór wygrali. Wreszcie w oknie zamku ukazał się pan w długiej kędzierzawej peruce, w kabacie złotem haftowanym. Był to sam wojewoda. Razem z nim do okna podszedł urzędnik i odczytał niecierpliwie oczekującym Chodom pismo urzędowe, którego treść brzmiała, że prawa ich są dawno nieważne, że nakazano im perpetuum silentium, a oni nakazu nie usłuchali i dlatego zasłużyli na karę. Wszakże winy zostaną im odpuszczone, jeśli zaniechają oporu i będą posłuszni swemu panu. Chodowie byli mocno zawiedzeni tym wyrokiem. Niewiele brakowało. a rzuciliby się na Lammingera. Gniew ich najlepiej wyraził młody chłop z Ujazdu, Jan Sladky, Koziną zwany. który najgorliwiej praw chodzkich bronił. Powiedział wojewodzie wprost w oczy, że nie wierzy w to, co im przeczytano, bowiem jest to sprzeczne z wszelkim prawem. Chodowie nie usłuchali i spór o swoje swobody prowadzili dalej. Skar gę ich przesłano do nowego rozpatrzenia w sądzie apelacyjnym w Pradze, a jedn ocześnie zażądano, by wysłali do tegoż sądu siedmiu mądrych i za ufanych ludzi. Obok starego Krzysztofa Hrubego, wójta draz enovskiego, najprzedniejszym ws ród nich był Jan Sladky, Kozina. Ale w Pradze w są dzie apelacyjnym nie rozmawiano z nimi o starych przywilejach, tylko o nieposłuszeństwie wobec Lammingera i wykroczeniach, które w jego sprawozdaniach i skargach niebywale urosły. Chodowie znowu domagali 222 się swych praw. Na dowód przedstawili dwa ocalałe dokumenty królew sk ie. Ale sędziowie zerwali pieczęcie, a per gJmin na pół przecięli twier dząc, żejestjuż nieważny. Ponadto zażądali od owych siedmiu zaufanych, by w imieniu wszystkich Chodów poddali się i Lammingerowijako swemu zwierzchnikowi zaprzysięgli wierność i posłuszeństwo. Poniewąiż nie uczynili tego. wtrącono ich do więzienia. Tymczasem rządca Lammingera. Kosz. działając w myśl życzenia sweg go pana, rozdrażnił uz yciem przemocy chłopów chodzkich do te go sto pnia że napadli I1a niego i jego sługusów. Najechał bowiem gospodarstwo g g Krzysztofa Hrubego w Drażenovie. chcąc odebrać niektóre listy posłów, z Wiednia nadesłąne. Kiedy chciał to samo w Ujeździe uczynić, Chodowie stąnęli kuPą przeciwko napastnikom. Rządca Kosz rozkazał przeto my śliwcom. pańskim ze swej drużyny dać ognia do ludzi. Ale ujeźdźcy Chodowie m yśl iwców rozbroili. a bu rgrabie go Zą m k oweg go poj mJl i rządca g Kosz ledwie z życiem na koniu uszedł. Była to woda na młyn Lammingera. Natychmiast Zażądał przysłania wojska. które rzeczywiście przybyło i ruszyło najpierw na Ujazd. Ale nim dotarlo na mie.jsce. Chodowie opuścili wieś i zgromadzili się w lesie koło HJmr. Dołączyli się do nich g Chodowie z sąsiednich wsi. Jednak wobec przewagi napastników musieli się cofnąć az do Pocinovic. L tam rozgorzałą między nimi a ścigającym ich wojskiem sroga bitwa. g g II Niejeden z ChOdów życie tam oddał za starą złotą wolność, ale darem nie. Ulegli g przewadze. Spośród pojmanych ponad siedemdziesięciu osadzono w lochach Pilzna. Tyna i w Strzibrze. gdzie bito ich i znęcano się nad nimi. jakby złodzie.jami lub włóczęgami byli. Pozostali zaś, wieś za wsią - a działo się to przed samymi żniwami - wzywani byli kolejno nazamek do Trhanova i tam musieli w szyscy. gospo darze i chałupnicy. na świętą Ewangelię przysięgać. że są i pozostaną. oni i ich potomkowie, poddanymi i pańszczyźnianvmi ludźmi szlachetnie urodzonego pana L..mmingera z Albenreuthu i jeg go spadkobierców. że wszyscy uznają nieważność swych dawnych praw i przywilejów i że nakazane im perpetuum silentium zachowywać będą. Ciężka była droga do Trhanova. Milczący i przygnębieni czekali Chogdowie przed kancelarią na wezwanie. Buta ich była złamana. a kto jeszcze nie poddał się w duchu. zdawał sobie sprawę. że wszelki opórjest daremny. 223 Ponurym głosem powtarzali słowa przysięgi, niejednemu głos się załamał i zadrżał. A tymczasem Kozina, Krzysztof Hruby i inni siedzieli w Pra dze w ratuszu nowomiejskim. I od nich panowie domagali się, by złożyli przysięgę na poddaństwo panu z Albenreuthu. Przysięgali, dowiedziawszy się, co się w ich WSi wydarzyło. Ale nie wszyscy. Stary Hruby i Kozina podpisać przysięgi nie chcieli. Kozina rzekł: - Lomikar może nas zmuszać do odrabiania pańszczyzny, ale jakże mogę przysiąc, że nasze prawa są niewazne? Są przecież ważne. Zdamy to na Boga! Ci, którzy podpisali, mogli wrócić do domu. Wszakże stary wójt draże novski i bratanek jego Kozina pozostali w więzieniu. Ale Lamminger nawet teraz nie był zadowolony. Kara, którą sąd apelacyjny na Chodów nałożył, nie zdawała mu się wystarczająca. Złożył odwołanie do sądu najwyższ ego, gardłowego, domagając się kary śmierci. I wygrał. Krzysztofa Hrubego, Kozinę i Cztveraka, czyli Filuta, jako głównych przywódców buntu, skazano na śmierć przez powieszenie, pozostałych zaś znaczniejs .zych Chodów na pręgierz i ciężkie więzienie jako karę za zuchwałość. W Wiedniu wyrok zatwierdzono z tą zmianą, że postanowiono powie sić nie trzech, lecz jednego. Tymczasem stary Krzysztof Hruby, ongiś najbardziej poważany wójt wśród Chodów, zmarł w więzieniu praskim. , Należało więc rozstrzygnąć. który z dwóch pozostałych skazańcow ma być powieszony. Sąd postanowił zgładzić Kozinę, jako że był"bardzo wy gadany, a więc niebezpieczny. i z wszystkich najbardziej zatwardziały, gdyż nie chciał o odpuszczenie prosić". Przywieziono go do Pilzna, gdzie wyrok miał być wykonany. Gdy zbli żał się dzień egzekucji, Lamminger rozkazał, by sześćdziesięciu ośmiu Chodów ze wszystkich wsi Chodzkiego wraz z dziećmi przyszło do Pilzna popatrzeć, jak będą wieszać Kozinę, aby zapamiętali i oni, i ich dzieci i z pokolenia na pokolenie przekazywali, jak ukarano bunt przeciwko trhanovskiemu panu. Sam Lamminger również przyjechał do Pilzna zobaczyć, jak Kozina będzie umierał. Skazaniec mężnie gotował się na śmierć haniebną, pocie szając się tym, że wprawdzie przed sądem świeckim wygrał Lomikar , ale tam, przed sądem bożym, wygra on,umiera bowiem niewinnie, a sprawa ich była słuszna. W dzień egzekucji, 28 listopada 1695 roku, zebrało się w Pilznie mnó stwo ludzi mie.jscowych i przybyłych ze stron dalekich. Wszyscy szli za 224 skazańcem, za którym kroczyła rodzina i ziomkowie jego. sześćdziesięciu ośmiu Chodów, wysokich i statecznych mężów, w sukmanach i kożu chach, ale bez czekanów. Prowadząc za ręce dzieci swe, szli posępni, z żalem spozierając na nieszczęsnego Kozinę. Długie przebywanie w wię zieniu odbiło się na jego wyglądzie. . był blady, wychudzony, ale szedł mocnym krokiem wśród żołnierzy i głowę trzymał wysoko. Pochód ciągnął za miasto. Bęben czarnym suknem obciągnięty warczał ponuro; jego stłumiony głos łączył się z żałobnym dźwiękiem dzwonu. Za miastem na wzgórzu stała szubienica. W ojsko ustawiło się wokół niej , a pośrodku stanęli panowie radni i urzędnicy; bvli tu także oficerowie na koniach, wojewoda Hora, a obok niego Lamminger z Albenreuthu. W to zamknięte koło wprowadzono Kozinę. Wszystko wokół ucichło. W ciszy rozległ się jeno stłumiony szloch jego rodziny i przyjaciół. Młody gospodarz stanąwszy pod szubienicą ucałował podany mu przez księdza krzyż i po raz ostatni spojrzał na swoich i na tłum obcych. Wtem dostrzegł wśród oficerów na koniach tego, który był przyczyną wszy stkiego - Lammingera: Kozina wyprostował się, spojrzał mu w oczy i zawołał głosem mocnym, jasno rozbrzmiewającym w czystym, mroźnym powietrzu: - Lomikarze! Lomikarze! Nim rok minie. staniemy razem przed sądem bożym! . Tam się wyjaśni, który z nas... W tej chwili oficer dowodzący błysnął w powietrzu obnażonym mieczem, kat szarpnął za stołek i głos Koziny umilkł na zawsze. Jan Sladky, zwany Koziną, żyć przestał. Lamminger patrzył na niego blady śmiertelnie, ale wnet zawrócił konia i szybko odjechał w stronę miasta. Chodowie i zgromadzona ludność, klęcząc, ze wzruszeniem i żalem modlili się za duszę nieboszczyka. Płakali nie tylko jego ziomkowie, ale i obcy, i do głębi poruszeni powtarzali jeden drugiemu, jak to Kozina wezwał trhanovskiego pana na sąd boży. III Lamminger nie powrócił już z Pilzna na zamek trhanovski Przez wysłanego śpiesznie gońca wezwał żonę, by do niego przyjechała, obiecu jąc czekać na nią w Pilznie. Do zamku powrócił dopiero na jesieni, po roku. Kto go ujrzał, mówił, że jest zmieniony, wymizerowany. Był też jakiś markotnie.jszy i surowszy niż dawniej. 225 Nigdy nie wyjeż dżał teraż sam,jeno zawsże w orszaku: nie dowierzał Chodom. w domu zaś, samotny, chodził bez przerwy po wielkiej komnacie nie spokojny i zadumany. I sen go opuścił, a gdy usnął, jęczał i Krzyczał, dręczony okropnymi zjawami. Nie mógł zapomnieć słów Koziny i ciągle liCZył dni. Minął już prawie rok i nic się nie stało. Zaczął się pocieszać, że nie spełni się groźba chodzkiego chłopa. Ale przychodziły chwile gdy myślał o nim bez przerw y, musiał myśleć: Kożina jawił mu się We śnie, blady, z płonącymi oczami, i wzywał go na sąd boży. By się nieco rozerwać, Lamminger zapraszał licznych gości na trhano yski zamek. urządzał wielkie łowy, a po nich huczne przyjęcia. Wszakże dla Chodów był stale nieubła gany. Musieli odrabiać pańszczyznę, Zaś w czasie łowów naganiać zwierzynę w lasach, w których ich ojcowie i oni sami niegdyś polowali. Minął październik, nadszedł listopad. Zdarzyło się razu pewnego, że Lamminger siedział z gośćmi po łowach przy uczcie: zanosiło się na burzę, Lamminger był tego dnia wesół, bowiem ostatnio skłonńy był już wierzyć, że Kozina na wiatr jen. o rzucił swoją groźbę, Skoro do tej pory nic się nie stało, zapewne już nic się nie stanie. Przeżyje listopad, jak przeżył wszystkie poprzednie miesiące. Wino również uderzyło mu do głowy. I zaczął mówić głośno o tym, o czym nigdy dotychczas przed ludźmi nie mówił: o terminie wyznaczonym mu przez Kozinę. Wreszcie roześmiał się i zawołał butnie. - O, Kozino, proroku marny! . Oto kończy się rok, ty tam jesteś, a ja dotychczas tu ! w tej chwili zwalił się w tył na oparcie fotela. Jednocześnie na dworze zawyła wichura, aż drzewa pod oknami za wszystkre drzwi w sali otworzyły się, a szyby zadzwoniły: przez szumiały, jadalnię sunęła zwolna biała postać. Trhanoyski pan zamilkł, Z oczami w słup, leżał nieprzytomny. Odszedł tam. dokąd Kozina go wzywał. Na wpół martwi z przerażenia goście drżeli. Wieść o śmierci Lammingera lotem błyskawicy rozeszła się ws ród Chodów.wszędzie sławiono sprawiedliwość bożą i serdecznie wspomina no Kozinę, powtarzaj 'ąc: - Sąd boży ! , Sąd boży ! . Pana Lammingera z Albenreuthu złożono na wieczny spoczynek w ko ściółku w Klenczy, a klątwy Chodów towarzyszyły mu do grobu. Wdowa z córkami natychmiast po uroczystościach żałobnych wyje 226 chała z Trhanoya i nigdy więcej do zamku nie wróciła. Przed upływem roku sprzedała go, a wraz z nim Kout i Ryzmberk. Dzielny Jan Kozina na zawsze pozostał w pamięci swych rodaków, którzy po jego śmierci zaczęli nosić na swych białych sukmanach czarne sznureczki na znak żałoby, . Chodzki lud po dziś dzień sobie opowiada,jak Kozina niewinnie został stracony. i że to był święty. O Janosiku I Królewska Hala wznosi się nad ogromnymi lasami, nad piękną doliną górnego Hronu. Wysoka to góra, pamiętna! Potężny jej szczyt jest niezalesiony, nagi. Wiatr rzadko kiedy przycicha na tej słonecznej wyżynie. A na Królewskiej Ha1i; czy w słońcu i wichurze, czy we mgle i grzmotach burz, stoi samotny, stary, omszały kamienny stół. opuszczony sterczy . , spośród traw, wrzosów i kosodrzewiny. Ongiś, bardzo już dawno temu, miewał swoich gości, a płaski szeroki szczyt hali rozbrzmiewał gwarem i okrzykami; było to wówczas, kiedy przybywał tam na łowy władca ziemi węgierskiej, wesoły król Maciej i . Ilekroć polował na niedźwiedzie i dziki w Górach Liptowskich i w zwo leńsk . ich lasach, zatrzymywał się ze swą liczną drużyną na ha1i; król w sza tach łowieckich ze złotym rogiem, panowie magnaci w bogatych dolma nach 2, lśniących pasach, w drogocennych futrzanych czapach, piórami ozdobionych, z oszczepami w dłoniach i toporami u boku, smagli, gładkich lic, lecz z długimi wąsami, zasiadali wokoło kamiennego stołu. U nóg ich kładły się sfory psów myśliwskich, ogarów i wilczurów, szyb kim oddechem łapiących chłodne powietrze. Słudzy i mieszkańcy doliny znosili z koszów na stół jadło i napitki, . a król ze swymi gośćmi ucztował wysoko na szczycie. z zadowoleniem ogarniał wzrokiem góry, rozległe zbocza, a niżej ciemne bory i zielone doliny , zalane blaskiem .słońca. w jego promieniach, daleko w głębi pięknego kraju słowackiego jaśniały białe kasztele i czerwieniały dachy zamków nad chatami wiosek i dworzyszczami. __ 1 Król Maciej, Maciej Korwin (1457-1490), sprzyjał w swym państwie iywiołowi słowiańskiemu, zwłaszcza słowackiemu. husarska. 2 Dolma-zwierzchnia kurta 228 Tak bywało za króla Macieja. Ale po jego śmierci na Królewskiej Hali zaległa cisza i kamienny stół długo, długo stał opuszczony. A u stóp gór, w dolinach i na równinach wiele się zmieniło. W kasztelach i zamkach szalała pańska samowola, po wsiach dręczyła ludzi niewola pańszczyźniana. Wielka krzywda działa się ludowi: magnaci i szlachta uciskali poddanych pracą i dziesięcinami, a "branka" do wojska nie dawała spać spokojnie rosłym juhasom. Było tak źle, że nie mogło być gorzej. Młodzi uciekali z domu przed uciskiem panów i chronili się w górach, Tam z niewolnych stawali się "gór skimi chłopcami", lasy były ich mieszkaniem, karpackie hale - ich wol nymi polami. W ten smutny czas bywało zawsze wesoło na Królewskiej Hali, a wokoło kamiennego stołu znowu zasiadała drużyna wraz z swym wodzem, o' Nie był to jednak król, lecz "chłopiec górski", Janosik z Tarchoyej w Gór notreczyńskiem, a z nim nie magnaci, wielmoże w dolmanach i drogich pasach, lecz jego "kompania", jedenastu młodych juhasów w szerokich kapeluszach, zielonych koszulach, w białych sukiennych nogawicach, z szerokimi pasami, w kierpcach na nogach. Nie mieli mieczów ni cennej broni, tylko kordelasy w pochwach, po dwa pistolety za pasem, czekan w ręku i samopał na plecach, A zwali się: Suroyec, Adamczik, Hrajnoha. Potuczik, Garaj, Uhorczik, Tarko, Mucha, Durica, Michalczik i gajdos i , spry tny Ilczik. Nie tylko jesienią zatrzymywali się na Królewskiej Hali i zasiadali dokoła kamiennego stołu: łowy uprawiali od wczesnej wiosny do późnej zimy. Janosik wodził ich na wyprawy, aby krzywdy naprawić, biednych i nieszczęśliwych bronić. Żal mu było ciężko ciemiężonego słowackiego ludu, z którego sam pochodził. Skoro nie mógł mu pomóc, mścił się przy najmniej. Mścił się także za własne krzywdy. Zakosztował ich niemało od panów i on, i jego ojciec, który nie znał nic innego krom nędzy i tylko jedno żywił pragnienie: by syn miał lżejsze życie niż on sam. Dlatego to za namowa krewniaka swego, księdza, oddał syna, zdolnego i bystrego chłopca, do szkół. Tak więc Janosik uczył się - w Keżmarku ponoć - łaciny i wszelakich mądrości, by zostać kiedyś duchownym. Ojciec od ust sobie odejmował, by dla syna starczało. Nie podobało się to jego zwierzchności, wielkiemu magnatowi. Gniewało go, że stary chłop chce z syna pana zrobić, z poddaństwa go uwolnić. I gnębił gazdę, jak tylko mógł. A panowie mogli wówczas bardzo wiele, ___ 1 Gajdos - dudziarz. 229 . wszystko! Mogli czynić nieprawości i krzywdy i nikt ich za to do sądu nie skarżył ani nie karał. Gdy ojciec Janosika najcięższą pracą na swym polu był zajęty, wzywano go nagle; musiał wszystko rzucać i to zawsze wtedy. kiedy robota była najpilniejsza, kiedy łąkę kosił albo siano suszył, kiedy zboże żął lub wiązał. Wzywano go i chłop musiał iść. na pańskie. Trzy mano go tam tak długo, póki mu siano nie zmokło i nie zaparowało albo póki mu zboże nie porosło. Krzyż pański miał także z daninami, nic się bowiem panom nie podobało, nigdy dogodzić im nie mógł. Gdy kury czy gęsi jako daninę odnosił, zawsze były za małe lub za chude; Pędzono go z kasztelu do wsi, by lepsze, bardziej utuczone przyniósł. . Na różne sposoby dręczono i prześladowano starego gazdę. Lecz on dla syna wszystko cierpliwe znosił, a gdy czasem gorycz serce mu zalewała . i rady sobie dać nie mógł, zawsze pocieszał się myślą o swym Janosiku: "Panem będzie, nie będą mie1i nad nim władzy, a on może staremu ojcu się odsłuży, żeby mu przynajmniej przed śmiercią choć trochę lżej było." Janosik uczył się chętnie i dobrze. Aż tu nagle ze szkół do domu go . wezwano. Z rodzinnej wsi przybiegł goniec, by wracał co prędzej, bo matka ciężko zachorowała, pewnie zemrze, więc niech się śpieszy bo pragnie pożegnać się z nim przed śmiercią. . Janosik - miał wówczas dwadzieścia jeden lat - wyruszył natych miast do domu. Ale zaledwie wszedł do izby i z matką się przywitał, już za nim wkroczył pański hajduk o smagłej twarzy i czarnych wąsach i srogo przykazał, by jutro z samego rana stary i młody, gazda i student, przyszli na pańskie łąki siano grabić. Janosik, serdecznie stroskany śmiertelnie chorą matką, ledwie go dostrzegł. Jeszcze mniej uwagi zwrócił na jego słowa. Stary ojciec wszakże dobrze słyszał i zrozumiał, ale tym razem, acz kolwiek zawsze rozkazom posłuszny, zawahał się. Żona umiera, każdej chwili może skonać. Hajduk sam to widział, na pewno zamelduje w kancelarii dworskiej. Chyba nic złego się nie stanie, jeśli raz z tak ważnej przyczyny na pańskie nie pójdzie. A Janosik . ? N. ie po to go z miasta wezwał, żeby szedł do roboty. Przeciez jest studentem, niemal już księdzem! I matka śmiertelnie chora! Chyba znajdzie się w panach iskierka współczucia, chyba się ulitują! Ale nie ulitowali się. W południe przybiegł hajduk już nie sam, lecz z kilku innymi drabami. Wymyślali, krzyczeli nie zważając na śmiertelnie chorą kobietę. Męża i syna w jej oczach sPętali i powlekli do zamku, za trzecią wsią leżącego. T am w sklepionej izbie stały już ławy, a na nich wiązki giętkich prętów leszczynowych. tam czekał już także sam pan. 230 Na widok gazdy i jego syna ogarnęła go nowa falal wściekłości: klnąc i wymyślając kazał ich na ławach rozciągnąć i rzemieniami przywiązać, sam zaś usiadł, faljkę zapalil, nogę na nogę założył i rozkazał: - No, al teraz, sma gajcie , dworski, licz! Każdemu sto batów, i to tęgich! A ty - zwrócił się drwiąco do Janosika - zobaczysz! To ci będzie łacina! Już ja cię nal pewno wyćwiczę! Hajducy bili bez miłosierdzia, nie po chrześcijańsku, aż stary gazda zemdlał. A zanim dworski do stu doliczył, skonał w bólach. Syn cięgi wytrzymał. Ale ponieważ nie mógł potem ani podnieść się, ani na nogach ustać, włożyli go wraz z trupem ojca na wóz od gnoju i do rodzinnej wsi zawieźli. Matka żyła jeszcze, lecz ujrzawszy, co zrobili z jej mężem i synem, zmarła z żalu. Gdy tylko Janosik nabrał trochę sił i rany podgoił, zniknął ze wsi. Do miasta i do szkół już nie wrócił. Uciekł w góry. Tam ukrywał się u pasterzy w opuszczonych szałasach i tam również otrzymał dziwną, tajemniczą pomoc. Pewnego razu wyszedłszy z szałasu skierował się do samotnego źródełka, by nabrać w czerpak wody. Wierny jego pies, jedyna puścizna z rodzinnego domu, szedł za nim, Źródełko biło pod skałą, a wokół rosły gęste krzewy tarniny i głogu. Gdy Janosik przyklęknąwszy na ziemi nabierał wody, pies jego skoczył nagle ku krzewom: zaczął wściekle ujadać i do gęstwiny doskakiwać. Janosik obejrzał się: wtem wydało mu się, że w krzakach coś zakwiliło. Zerwał się, odegnał psa i sam wdarł się w gęstwinę. Tam wśród dzikich różyczek ujrzał "pannę w bieli". Była piękna i miłego wejrzenia: stała przed Janosikiem dziękując mu, że psa odpędził, A potem spytała juhasa, czego pragnąłby w nagrodę, bowiem chciałaby mu się jakoś odwdzięczyć, Janosik nie namyślał się długo. - Siły! - zawołał. Potrzebował jej dużo, zamierzał bowiem ukarać okrutnych panów za wszelkie cierpienia zadawane biednemu ludowi. I piękna wiła ofiarowała mu pas z czarodziejską żyłką oraz ciupagę, która dawała siłę stu mężów. Gdy ją w ręku trzymał, nikt go nie zmógł. II Od tej pory Janosik wraz ze swymi towarzyszami chodził "na zbój" mścić Się za swoje krzywdy i za biedny lud słowacki. Wszyscy uciśnieni nazywali ich "dobrymi chłopcami" i pomagali im, jak tylko mogli. 231 W czas niebezpieczeństwa użyczali im schronienia w szałasach lub chatach. Tam również, gdy nadeszły mrozy, a góry i lasy śnieg zasypał, spędzali chłopcy zimę u dobrych gazdów jako ich czeladź lub w innym przebraniu. Ale gdy tylko buczyna zaczęła puszczać zielone listki, jazda w góry! . Na zbój! Janosik wszelako unikał krwi rozlewu, Sam nikogo nie zabił i zabijać nie pozwalał. Napadali tylko na bogatych i możnych. - Daj Bohu duszu, a nam peniaze! 1 - krzyczeli wymachując bronią. Janosik najbardziej się zawziął na okrutnych panów, na szlachtę. Gdy któreg oś dopadł, grzmiał groźnym głosem: - Sem, pane, tie zdrane sedlacke mozole! 2 Zabrawszy łup dzielił go pomiędzy druhów. , , swoją część oddawał biednym i potrzebującym lub chował po skałach, jaskiniach i w dziuplach starych drzew, tak że miał ukryte ogromne zapasy pieniędzy, sukna i rozmaitej broni. Ponoć wiele kremnickich d ukatów zakopał w ziemi, by ich nikt nie używał, ani panowie, ani zbójnicy. Przebywał często na górze Vapor, w pieczarze, gdzie ponoć również skarb był ukryty i skąd wiódł most z rzemieni, jak powiadają, upleciony na Nowy Hrad. Stroma skała Hradu nieraz gościła go na swym szczycie. Lubił muzykę i śpiew. Często pod wieczór zasiadał w szałasie wśród juhasów i słuchał ich grania na fujarce. Lubił też słuchać śpiewu dziew cząt na halach; nieraz prosił, by zaśpiewały, i hojnie, często nawet złotem, wynagradzał je za piosenki. Gdy był ze swymi chłopcami sam i gdy ognisko rozniecali w bezpie cznym miejscu, w lesie, w ciemnym żlebie albo wysoko na Królewskiej Hali, zawsze wtedy kazał grać bystremu Ilczikowi. Ilczik brał dźwięczne . . dudy z trzema głosami i "gajdował" 3 Grał, grał, aż Się po lasach i górach rozlegało, aż rozweselił całą kompanię. Wtedy i Janosik, pykając drewnianą fajeczkę, zdobioną rybią ością, miedzią i mosiądzem, rozjaśniał poważne, zachmurzone lica. Niekiedy wszakże w takie wieczory bywało na Królewskiej Hali ciszej. Wtedy mianowicie, kiedy któryś z chłopców przywiódł tu włóczącego się po lesie studenta. Robili to, bY się Janosikowi przypodobać. Student, czy to młody, czy starszy , bladł i drżał ze strachu, gdy na pustej hali przy kamiennym stole ujrzał w blasku ognia uzbrojonych "górskich chłopców", a wkoło nich złe psy-wilki, warczące i poszczekujące groźnie. Lecz psy uciszano, Ilczik odkładał na bok dudy, a wszyscy chłopcy milkli. Daj Bogu duszę, a nam pieniądze! (słow.). 2 Oddaj, panie. tę wydartą chłopską krwawicę! . (słow.) 3 Ga j d o w a ć (ze słow.) - grać na dudach, 232 Tylko Janosik zabierał głos i przemawiał do studenta. Nie krzyczał na niego, nie groził, bawił się jego zdziwieniem i zakłopotaniem, śmiał się, gdy student czegoś nie wiedział, i chwalił go, gdy dobrze odpowiadał. Jeżeli student był w nauce mocniejszy, kazał mu przemawiać do "chłopców" , kazanie wygłaszać. Chłopcy dorzucali wtedy na ogień: gałęzie trzaskały, dym buchał , . w górę w ciemności, potem wysoko strzelały płomienie oświetlając halę i szczyty górskich olbrzymów tonących w mroku nocy. Student stawał na skale i chcąc nie chcąc zaczynał mówić. Mówił poważnie o z ' yciu chrześci jańskim, o dobrych uczynkach i wiecznej nagrodzie. Wokół cicho było jak w świątyni. A tu wysoko wśród gór, pod rozgwieżdżonym niebem, tchnęło świętością, dostojeństwem, niczym w koś ciele. Bywało, że chłopcy łzę uronili ze wzruszenia, a sam wódz pochylał głowę w zadumie, gdy kaznodzieja prawił o śmierci, o końcu wszystkiego. Kiedy student milkł, a wszyscy wyrzekli "amen", zwracał się Janosik do swych druhów upominając, by teraz, gdy słowo boże usłyszeli, tym bardziej pamiętali, jakie zadanie wzięli na swe barki: nikogo bez przyczyny nie krzywdzić, ale ludzką krzywdę naprawiać. Potem przyjmował studenta-kaznodzieję z honorami i ugaszczał, jak mógł: a rano, gdy go na wolność wypuszczał, napełniał mu kapelusz dukatam1 ' albo kazał chłopcom odmierzyć mu sukna na nowe odzienie. Chłopcy przynosili belę sukna i mierzyli przeogromnym łokciem - od buka do buka; a że buki były stare, o grubych, wielkich pniach i stały daleko jeden od drugiego, młody kaznodzieja ledwie mógł udźwigać swą zasługę. Janosik najchętniej przebywał na Królewskiej Hali. Było to jego ulubione miejsce. Tu też stoczył bitwę z trzema żupami, kiedy panowie wysłali na niego swych hajduków i wojsko, chcąc go pojmać. Ale nie ujęli Janosika, przeciwnie., z hańbą uciekli. Odpędził ich sam jeden swą czarodziejską ciupagą, którą siekł za stu. Czasami zatrzymywał się też gdzie indziej, w Dolinie Prosecznej albo Rimayskiej, gdzie ubił generała wiodącego oddział sześciuset żołnierzy. Gdy generał padł, wszyscy rzucili się do ucieczki. Janosik chodził także często w przebraniu: jako żebrak włóczył się od wsi do wsi lub jako mnich przybywał do miasta. Nieraz na koniu, w pańskich szatach, przyjeżdżał na zamek, pozwalał przyjmować się jako gość, potem zabierał, co chciał, często karząc butnego pana, i odjeżdżał ze swymi chłopcami poprzebieranymi za sługi i hajduków. Co dzień był gdzie indziej. Jednego dnia zameldował się w Liptowie, a już nazajutrz zjawiał się, gdzie go nie posiano i nie oczekiwano, choćby na drugim krańcu słowackiej ziemi. 233 , Gdy na niego urzadzano zasadzki, wyślizgiwał się jak węgorz albo też zasiadał niedale ko we wsi w karczmie i z juhasami się weselił. Popił, pośpiewał z nimr, a potem. nagle znikał. Dopiero wtedy ci, co go ścigali, dowiadywali się, gdzie był, co robił, i że go mieli niemal w garści, Tak chodził po górach przez lat kilka, mszcząc się na panach, wspoma gajac biednych, broniąc uciśnionych, Zajego czasów w niejedny o' m kasztelu czy zamku obchodzono sięjuż z poddanymi o wrele lepiej: nie z miłosr er dzia, ale ze strachu przed zemstą Janosika. gdzie się Aż wreszcie zgubiła go zdrada. Jego gajdos zdradził panom, Janosik ukrywa i w jaki sposób można go pojmać. Pomagał mu w tym za gazda. Gazda ów dobrze znał się z Janosikiem, judaszowy grosz pewien Pewnej zimy zaprosił "górskiego chłopca" do swego domu i sam po gościa pojechał. Janosik ufał gaździe, wsiadł na wóz nie przeczuwając zdrady. Gdy zsiadali, gazda podstępnie zabrał mu je go mocną ciupagę. A w chacie , czyhali .jUż hajducy i żołnierze, Janosik wchodząc do izby pośliznął się i upadł. Nasypano mu bowiem grochu.. Ledwie upadł, rzucili się na. niego ze wszystkich stron, pod nogi powalili i spętali. Ale zaledwie spętali. szarpnąl się mocno, zerwał Pęta i począł okładać nimi żołnierży i hajduków śmiejąc się. - Kolko drabow i{Iie do jednej polkil y! I już było z nimi kiepsko, już się do drzwi cisnęli. Nagle z przypiecka ozwał się ostry głos starej, pomarszczonej baby. -. Sieczcie go po pask u ! . . I zaraz pewien żołnierz ciął, i to tak szczęśliwre, że jednym ciosem przeciął żyłkę mocy zaszytą w pas, przez dobrą wiłę podarowany ' A gdy żyłka Pękła, osłabła siła Janosika; dzielny juhas bez czarodziejskie j ciupagi rady im dać nie mógł. Działo się to w Klenovcu w pobliżu Tisovca u gazdy Blaha. Janosika spętali, na wóz położyli i do więzienia powieźli. Zrazu na Hrachoyo, na stary kasztel w Rimayskiej Dolinie, potem na yranoyski zamek koło św. Mikołaja. Leżał tam w ciemnym lochu do muru przykuty, a uwalniano go jeno, gdy go na tortury Wi .edziono. Tęskno i smutno mu było w tym okrutnym więzieniu, ale nie o swe . zalem wspominał komżycie się troskał, jeno o druhów i lud biedny. Z . , jak z "chłopcami" na Królewskiej Hali sia panów i wolność.wśród gór. dywał, jak z nimi chodził po górach, lasach i dolinach o porannej zorzy, . o' w gwiezdne noce, za dnia i przy księżycu. A gdy o biednych chłopach myślał, wzdychał crężko: Słowackie powiedzonko ludowe odpowiadającc naszCmU: ..Sila Złego 11..i jednC go. a znaczące dosłownie: .,Tylu chłopa do jedne j pólkwarty [wina llIb wódki]' 234 - Oj. ludu nieszczęsny" kto się za tobą wstawi? Wszechmogący Panie, Ty z nimi zostaniesz, zbaw go! Wreszcie postawiono go przed sąd w liptowskim zamku s w. Mikołaja: i tam dnia 13 marca roku 17 13 na śmierć go skazano. Otoczony żołnierza mi, przez rzesze ludzi odprowadzany. szedł na szubienicę. Po raz ostatni spoglądał na góry, lasy, na boże słonko, taki młody. taki pełen życia! Ale nie upadał na duchu. Szedł mocnym krokiem, głowę dumnie do góry zadzierał i cztery razy wkoło szubienicy "zbójeckiego" odtańczył, żeby panowie widzie1i, że się ś mierci nie boi. , . . Tak skończył Janosik, dobry "góralski chłopiec". III A mocna Janosikowa ciupaga? Gdy panowie dostali tę ciupagę z rąk żołnierzy. ukryli ją i zamknęli za siedmiu drzwiami, Ale ciupaga nie pozostała w tym więzieniu. Sama zaczęła rąbać drzwi, rąbała, rąbała, aż je rozwaliła. Gdy przez pierwsze się wydostała. zabrała się do drugich, potem do trzecich. A gdy zaczęła rąbać siódme, Ja nosika właśnie na śmierć prowadzono. A gdy wydostała się przez nie było za późno. Janosik stał już przed tronem bożym. Wówczas ciupaga uciekła w gór.y, w wolne góry, tam gdzie Janosik był taki szczęśliwy. I .tkwi na Królewskiej Hali wbita w pień topoli. A kompania Janosika? Marnie wszyscy skończyli. Gdy nie stało Janosika, nie zdołali oprzeć , skonali w lo się przewadze. Jednego po drugim pojmano i uwięziono. chach lubjak ich wódz - na szubienicy. Najgorzej skończył Jakub Suroyec: wpleciono go w,koło i nic mu nie pomogła jego ,.samopałka" z dwiema lufami i jednym cyng1em, którą sam sobie zmajstrował i która podwójnym wystrzałem wzbudzała przera .żenie jego przeciwników i podróżnych. "Górscy chłopcy" wyginęli, ale imiona ich zachował lud w pamięci. A najwdzięczniej wspomina imię Janosika. I miejsce, gdzie przebywał, kędy chodził, je go ścieżk i, jask in ie Lecz najwięcej gadek k rąży o ska rbach , kto re ukrywał w zagłębieniach stromych ścian skalnych lub w starych, spróchniałych pniach: Hrajnoha, druh jego, ukrył w ten spośób wie1ki skarb w starym dębie pod Białą Górą. W wielu wioskach słowackich spotkać można po chatach malowane na szkle obrazki .,dobrych chłopców"w zielonych koszulach, w szerokich 235 pasach i białych nogawicach, z ciupagą w ręce i strzelbą na plecach. A gdy w długi wieczór zimowy stary gazda zabłądzi wspomnieniem w dawne czasy, na pewno zacznie prawić o "górskich chłopcach" i pokazywać obrazki na ścianie: tu gajdos, tam Suroyec kręcący ciupagą młynka nad głową, tu Hrajnoha skaczący przez jodły i buczki; wszystkich pokazuje, a najczęściej Janosika, Starzec opowiada ojego sile, o tym, ile wycierpiał, o tym; jak lud swój pomścił i jak go panowie za to ukarali. Ciszę w izbie zakłóca jedynie niekiedy lekkie westchnienie. Wszy scy żałują "dobrego chłopca". A siwy gazda jeno ręką macha i dodaje: - Sto bohov prabohov! To mal za to, że sa svojich Slovakov ujimal. Ale je stare proroctvo, dieti, vertie, że Janoszik pridie zas Slovaczi na pomoc. A pak budie lepszie. Aby len uż prisziel! 1 Oto są opowieści dawnych lat i stare proroctwa 2 o ziemi naszej. Szczęśliwa bądź, ojczyzno miła, niechaj mężnieje twoje pokolenie, niechaj zwalcza przeciwności wszelakie, niechaj dziedzictwo święte zachowa: język ojczysty i stare, dobre prawa swoje. . Niechaj pracą i zapałem krzepnie twe pokolenie, by mocne było jako skała i zawsze siły pełne. __ 1 Laboga świętego! To go spotkało za to, że ujmował się za swoimi, za Słowakami. Ale jest stare proroctwo, dzieci; wierzcie, że przyjdzie czas, kiedy Janosik znowu Słowację uratuje, A potem będzie lepiej, Niechby tylko już przyszedł! (słow.) 2 Po opowieści o Janosiku następuje w oryginale czeskim cykl legend pt. "Ze staroda wnych proroctw", który opuściliśmy w polskim wydaniu, aby utrzymać chronologiczny układ tomu. .